Showing posts with label Belgia. Show all posts
Showing posts with label Belgia. Show all posts

Sunday, January 25, 2015

Kosztowne europejskie stolice kultury: Mons kontra Wrocław...


   Do wczorajszej inauguracji Europejskiej Stolicy Kultury w Mons organizatorzy przygotowywali się cztery lata. Koncerty, iluminacje i pokazy uliczne zapoczątkowały rok, w którym to właśnie w tym belgijskim mieście i w czeskim Pilźnie będzie biło serce europejskiej kultury. Ten szczytny tytuł europejskie miasta przekazują sobie co rok od 1985, gdy po raz pierwszy zaproponowano by w taki właśnie sposób promować europejską kulturę i dzięki temu pomagać w rozwoju miast i turystyki. 
   W pokryzysowych czasach zaciskania pasa w Europie wydatki na kulturę są jednak szczegółowo kontrolowane i często jako pierwsze padają ofiarą cięć budżetowych, zwłaszcza gdy okazuje się, że nie tylko się nie zwracają, ale są często po prostu marnowane. Takie "niedociągnięcie" wytknięto Mons jeszcze przed wczorajszą inauguracją. Kilka dni przed uroczystym otwarciem obchodów organizatorzy musieli zlecić rozebranie drewnianej instalacji artystycznej. "Dzieło" kosztowało 400.000 euro i po zaledwie kilku dniach istnienia zaczęło dosłownie "walić" się mieszkańcom Mons na głowy...
   Na organizację ponad 300 imprez i wydarzeń kulturalnych w tym roku w Mons przeznaczono 70 mln euro. Taki budżet jest prawie dwukrotnie większy niż ten, jaki na swoje uroczystości wydały ubiegłoroczne stolice kultury: 24 mln euro - Ryga i 46 mln euro szwedzka Umea. W pompowaniu pieniędzy w kulturę nie byłoby nic złego, gdyby dzięki temu powstawały nowe miejsca pracy, a turyści faktycznie wynagradzali artystów i gospodarzy nie tylko brawami i nie tylko "jednorazowo". Ale choć taki był zamysł unijnego projektu to "europejskie stolice kultury" coraz częściej porównuje się do olimpiad, które choć prestiżowe, zostawiają goszczące miasta z długami i infrastrukturą, z której po obchodach mało kto korzysta. Raport szwedzkiego urzędu pracy z ubiegłorocznych kulturalnych inwestycji w Umea wykazał, że wcale nie przyniosły one oczekiwanych skutków. Miasto odwiedziło wprawdzie tysiące turystów, ale wcale nie zwiększyło to zatrudnienia. Po rocznych obchodach w Umea pozostały m.in. dwa muzea, hotel i nowe centrum kultury, które już wkrótce mogą stać puste. 
   Z takich wyników władze Wrocławia, który w w przyszłym roku przejmie od Mons tytuł Europejskiej Stolicy Kultury bynajmniej nie wyciągnęły żadnych wniosków. Wręcz przeciwnie, na przyszłoroczne obchody w Polsce już przeznaczono 800 mln złotych, czyli prawie 200 mln euro. Tyle pieniędzy na swoje kulturalne wydarzenia w 2013 roku nie wydała nawet francuska Marsylia, która do tej pory była najdroższą Europejską Stolicą Kultury, przy czym związane z obchodami wydarzenia i  infrastrukturę rozproszono w całym regionie. Inwestycjami w kulturę Wrocław nie zamierza się z nikim dzielić, choć to mniejsze miasta wokół stolicy Dolnego Śląska bardziej potrzebują promocji. W porównaniu do poprzednich europejskich stolic kultury, świętowanych w średniej wielkości, często zupełnie nieznanych europejskich miastach, Wrocław już na starcie ma zresztą całkiem niezłą infrastrukturę. Ale to wszystko organizatorom nie wystarcza. Zgodnie z tak lubianą w Polsce zasadą "zastaw się, a postaw się", musimy przecież przebić innych...Tylko w czym? W organizacji kulturalnej olimpiady, która jak pokazują statystyki już dawno nie przynosi oczekiwanych zysków i rezultatów, a Wrocławiowi, jednemu z najbardziej znanych i cenionych polskich miast zagranicą, wydaje się być najmniej potrzebna...



Inauguracja Europejskiej Stolicy Kultury w Mons  ©Hoslet


Inauguracja Europejskiej Stolicy Kultury w Mons  ©Hoslet 


Inauguracja Europejskiej Stolicy Kultury w Mons  ©Hoslet

Tuesday, January 13, 2015

Zamach w Brukseli to kwestia czasu...


  Ogłoszony dziś w brukselskiej dzielnicy Etterbeek alarm bombowy to kolejny w ciągu ostatnich dni sygnał, jaki tutejszym władzom wysyłają ogarnięci psychozą strachu, ale również solidarni z zamachowcami z Paryża obywatele Belgii. W brukselskich alarmach bombowych nie brakuje nawiązań do wydarzeń ostatnich dni nad Sekwaną. W niedzielę w wyniku telefonicznego szantażu ewakuowano redakcję największego belgijskiego dziennika, "Le Soir". Autor telefonu z pogróżkami tłumaczył, że nie podoba mu się to, że gazeta za bardzo broni muzułmanów. Bo choć europejskie media nawołują do nie stawiania znaku równości między terrorystami a muzułmanami, to po atakach w Paryżu wyraźnie rośnie napięcie w multikulturowym społeczeństwie Europy. I choć nie da się tego zobaczyć we francuskiej czy belgijskiej telewizji, to wystarczy przejechać się metrem po Brukseli. W ostatnią niedzielę, gdy ulicami miasta, na znak solidarności z Paryżanami przeszło 10.000 Belgów, w wagonie podziemnej kolei byłam świadkiem kłótni dwóch kobiet. Po tym jak jedna z nich zwróciła uwagę drugiej, że ta zbyt głośna (w języku arabskim) rozmawia przez telefon, została wyzwana przez Arabkę od "piep……  Żydówki, którą powinno się zabić, jak tych w Paryżu"... 
   O rosnących napięciach między Belgami a muzułmanami, czy też między muzułmanami i żydami w kraju świadczy fakt, że żydowskich instytucji w Brukseli, tak jak w Paryżu chronią obecnie zastępy policji. Ochronę zwiększono zresztą już po tym, jak w maju ubiegłego roku w ataku terrorystycznym na Muzeum Żydowskie w Brukseli zginęło 4 ludzi. Autorem zamachu był dżihadysta obywatel Francji, algierskiego pochodzenia. 
   Belgijskie służby bezpieczeństwa nie lekceważą żadnych alarmów bombowych również ze względu na geopolityczne znaczenie kraju. Uznawana za "serce Europy" Bruksela, w której mieści się kilkadziesiąt międzynarodowych instytucji i którą co kilka miesięcy odwiedza kilkadziesiąt głów państw, to doskonały symboliczny cel ewentualnych ataków islamistów na "zachód". W sierpniu ubiegłego roku zresztą atak o takim właśnie wydźwięku, na Komisję Europejską, przygotowywany przez dwóch dżihadystów w ostatniej chwili udaremniono. Gdy informacje na ten temat wyciekły do mediów belgijskie władze przyznały, że w ostatnim czasie znacząco wzrosła liczba zamachów, którym udało się zapobiec. W ich przygotowaniu brali udział dżihadyści z europejskimi paszportami. Z ponad 400 obywateli Belgii, którzy wyjechali by walczyć w szeregach Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku, do kraju już wróciło  bowiem ok. 100. Belgijskie służby już kilka miesięcy temu szacowały, że co dziewiąty z nich ma zamiar przeprowadzić atak terrorystyczny. Po ostatnich wydarzeniach w Paryżu ten odsetek na pewno znacząco się zwiększył. Zamach w Brukseli to tylko kwestia czasu…

©European Parliament Audiovisual Unit

Tuesday, January 6, 2015

"Gallete des Rois", czyli Ciasto Trzech Króli w Belgii i Francji...

   Święto Trzech Króli w Belgii nie jest dniem wolnym od pracy, ale Belgowie, tak, jak Francuzi w wolnej chwili zajadają się dziś swoim specjalnym przysmakiem, wypiekanym ku czci trzech mędrców.        
   "Gallete des Rois" to tradycyjne francuskie ciasto, przy wyrobie którego nie żałuje się masła (na 2 kg mąki przypada 1 kg masła!). Dzięki takim składnikom ciasto ma charakterystyczną, warstwową strukturę. Ciasto Trzech Króli dodatkowo wypełnia się migdałową masą albo konfiturami i czymś jeszcze, co największą frajdę sprawia dzieciom... Zgodnie z tradycją cukiernik ukrywa w cieście porcelanową figurkę. Dawniej niespodzianka miała kształt jednego z członków świętej rodziny, teraz coraz częściej przypomina postaci z kreskówek. Tradycja porcelanowego fanta pochodzi jeszcze z obchodzonego w starożytnym Rzymie na przełomie grudnia i stycznia święta, w czasie którego jeden z niewolników stawał się "królem dnia". Według celebrowanej współcześnie tradycji temu, kto znajdzie figurkę w swoim kawałku ciasta spełnia się życzenie. Szczęśliwy znalazca przez cały dzień "króluje"  również w swojej rodzinie, co najbardziej podoba się jej najmłodszym członkom. 






Sunday, January 4, 2015

Metro, czyli największa podziemna galeria sztuki w Brukseli...

    Metro w Brukseli ma tylko cztery linie, za to jego stacje wypełniają prawdziwe dzieła sztuki. "To personalizuje przystanki metra i pozwala również lepiej je rozpoznawać, nie tylko po nazwie, ale prawdziwej tożsamości/osobowości/cechach, jaką nadają im dzieła sztuki", mówi rzeczniczka komunikacji miejskiej w Brukseli, Florence Le Dune.
  Na 69 stacjach brukselskiego metra podziwiać można ponad 80 obrazów, rzeźb i artystycznych instalacji, w większości wykonanych przez współczesnych artystów i często z pomocą samych użytkowników podziemnej kolei . "Gdy malowałem  swój obraz na tej stacji, mieszkający tu ludzie często sami mi  mówili, co na nim brakuje, lokalny botanik podpowiedział na przykład jakie rośliny rosną w tej dzielnicy" wspomina Paul de Gobert, autor dzieła na stacji Valkenberge.
Na stacjach brukselskiego metra nie brakuje również dzieł artystów światowej sławy, takich jak "Nasze stare tramwaje" surrealisty Paula Delvaux na stacji Bourse, czy charakterysytycznych poręczy i witraży  "Victora Hugo", na stacji jego imienia. 
   Sztuka w brukselskim metrze często opatrzona jest też społecznym, a nawet politycznym przesłaniem. Stację Parvis Saint Gilles, zdobią niebieskie płytki z fragmentami Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i białą linią symbolizującą granice europejskich krajów. "To dodaje podróży rozrywki, to dobry pomysł zwłaszcza na długą drogę do pracy", mówi mi jeden z mieszkańców Brukseli. "Dobrze, że w ten sposób można pokazać trochę belgijskiej kultury", dodaje inny.
   Kolorowe stacje metra przede wszystkim bowiem uprzyjemniają podziemną podróż po Brukseli. A to bywa niezbędne zwłaszcza, gdy transport publiczny zawodzi. Zdenerowawani przepełenionymi wagonami i spóźnionymi pociągami pasażerowie brukselskiego metra ukojenia nerwów mogą wówczas szukać w sztuce.









Wednesday, December 31, 2014

W Belgii mija rok saksofonu...

   W mijającym roku w Belgii dźwięk saksofonu słychać było prawie na każdej ulicy. Kraj twórcy tego instrumentu hucznie obchodził bowiem dwusetne urodziny swojego mistrza. 
 Adolf Sax urodził się w 1914 roku w Dinant, małym miasteczku na południu Belgii. Muzyczno-rzemieślniczego bakcyla zaszczepił w nim ojciec, który sam tworzył instrumenty dla orkiestry. W okolicach Dinant prężnie działały wówczas huty, dlatego o surowiec do ich budowy nie było trudno. Legenda głosi, że młody Sax tworząc saksofon inspirował się również lokalnymi wypiekami. Właścicielka słynnej ciastkarni, którą założono jeszcze przed wojną i która działa do dziś z dumą potwierdza tą wersję historii powstania saksofonu. 
   Pierwsze flety i klarnety wyszły spod rąk Adolfa Saxa, gdy ten miał zaledwie 15 lat. Potem jego muzyczne wynalazki wielokrotnie wygrywały konkursy w Brukseli i w Paryżu. W sumie w fabryce jaką Adolf Sax założył we Francji powstało ponad 40.000 instrumentów dętych. 
   Ale to stworzony przez 26-letniego wówczas Belga saksofon skradł serca muzyków na całym świecie, którzy w mijającym roku masowo odwiedzali miasteczko mistrza. Na początku listopada, w dniu urodzin Saxa, przed jego domem zagrało dwustu saksofonistów. Miłośnicy stworzonego przez Belga instrumentu liczą na to, że w Nowym Roku pojawią się kolejne okazje, by wspólnie uczcić pamięć ojca saksofonu. I pewnie wcale się nie zwiodą, bo choć w Dinant Adolf Sax spędził tylko pierwsze miesiące swojego życia, to jego mieszkańcy wiernie kultywują legendę mistrza i czego nie da się ukryć, czerpią z niej olbrzymie zyski.














Wednesday, December 24, 2014

Coraz mniej "boże" Boże Narodzenie w Europie...

   Boże Narodzenie w Belgii z roku na roku jest coraz mniej "boże". Na rynku głównym w Brukseli stoi wprawdzie choinka, ale już szopkę władze miejskie musiały okratować, po tym, jak stała się celem politycznych ataków. Kilka dni po ustawieniu figurek świętej rodziny do stajenki wdarli aktywiści walczący o prawa uchodźców i nielegalnych imigrantów. Na znak protestu wobec coraz ostrzejszej polityki belgijskiego rządu, wydalającego całe rodziny bez prawa pobytu w kraju,  aktywiści przebrani w policyjne mundury ukradli dzieciątko Jezus i spałowali Józefa i Maryję. Świętą rodzinę ich zdaniem również można uznać bowiem za "nielegalnych imigrantów", niemile widzianych w Belgii. Po tym incydencie szopkę na brukselskim rynku okratowano. 
   Losy stajenki ze święta rodziną w Belgii z roku na rok są jednak coraz mniej pewne również z innych powodów. Tak, jak we Francji coraz więcej obywateli szopkę w miejscach publicznych traktuje bowiem jako naruszenie zasad świeckości państwa i bezprawne narzucanie religijnych znaków coraz bardziej laickiemu społeczeństwu. W ten sposób właśnie swój wyrok zlecający usunięcie szopki z holu merostwa La Roche-sur-Yon tłumaczył na początku grudnia sąd administracyjny we francuskim regionie Wandei. Szopka przeszkadzała organizacji "Wolna Myśl", związanej z kręgami masońskimi, które wniosły sprawę na wokandę i...wygrały. 
   W Belgii również masoni zdobywają coraz większą władze. Swoje powiększające się szeregi tłumaczą rozczarowniem Kościołem katolickim, jakiego doświadcza coraz więcej Belgów. Afery pedofilskie z udziałem kapłanów sprawiły, że w kiedyś katolickim kraju, teraz za praktykujących  uznaje się jedynie 8% belgijskich katolików. Podobny trend widać zresztą w całej Europie. Według ostatnich badań Eurobarometru ponad połowa Europejczyków nie ufa Kościołowi. Rozczarowanych, byłych katolików z powodzeniem werbują  loże wolnomuralskie, współcześnie zwane "organizacjami humanistycznymi". Ich przywódcy, wszechobecni w politycznych i biznesowych kręgach jednocześnie dbają o postępującą sekularyzację państwa, zaczynając właśnie od usuwania religijnych znaków i tradycji z przestrzeni i życia publicznego. Pierre Galand z Europejskiej Federacji Humanistów tłumaczy takie działania oczywistymi jego zdaniem zmianami w społeczeństwie europejskim: "wielu Europejczyków uważa, że religia to sprawa prywatna, dlatego jej dogmaty, symbole, czy filozofie nie powinny być obecne w życiu publicznym". 
Takie, zdobywające coraz szerszą aprobatę w Europie podejście widać już nie tylko we francuskich sądach, ale również w unijnych instytucjach. Coraz więcej eurodeputowanych, w tym z partii chrześcijańskiej demokracji na przykład, składając życzenia w ogóle pomija słowo "Boże Narodzenie", zastępując je niewiele znaczącym i przez to "bezpieczniejszym" zwrotem "Season's Greetings", czyli życzenia świąteczne. O jakie święta chodzi, to odbiorca życzeń ma sobie dopowiedzieć sam... 
   W imię poprawności obyczajowej, albo raczej dla jak największych zysków bożonarodzeniowy jarmark w Brukseli nazwano "Plaisir d'Hiver", czyli w wolnym tłumaczeniu "Przyjemności Zimy". I faktycznie konsumenckich przyjemności na nim nie brakuje. Niemal co drugie stoisko serwuje grzane wino i wysoko procentowe alkohole, za to w żadnej z budek nie można kupić tradycyjnej szopki z figurkami świętej rodziny...Bo po pierwsze "nie daj boże" odstraszyłyby niewierzących klientów, a po drugie i równie smutne..pewnie i tak nikt nie chciałby ich kupić...
 





             Szopka za kratami, na rynku w Brukseli, ©Dąbkowski


Less and less "Christ" in Christmas in Europe...

   There is less and less "Christ" in Belgian Christmas and a similar trend can be observed all over Europe. "Grand Place" in Brussels is still decorated with Christmas tree this year but the nativity scene was barred after it had been used by activists. Just few days after the figurines of holy family were put on in the centre of Brussels, group of refugees and illegal immigrants defenders used them in their manifestation, as an example of foreigners who should also be expelled from Belgium, where the new authorities are more and more ruthless towards immigrants. 
   The future of nativity scene in Belgium is however  threatened also for other reasons. As in France, more and more citizens consider it as a religious symbol that should not be present in public life. Such reasoning was used at the begining of this month by French court, which ruled that the nativity scene should be removed from the City Council of La Roche-sur-Yon. The petition against nativitiy scene was filed by the free masonry movement. 
   Such  movements gain more and more popularity also in Belgium. Thier success is partly owed to the big comedown by the Catholic Church, as pedophily scandals with priests changed once a catholic country in one, where only some 8% of people consider themselves as actively practising  believers. Similar situation can be observed across Europe. According to the recent Eurobarometer study more than half of Europeans do not trust the Church. Dissapointed and disilusioned former-Catholics are easily recruited by masonry movements, nowadays often called "humanistic organisations". Their leaders are omnipresent in political and business circles in Belgium,  making sure that the secularisation of the state is moving forward smoothly and efficiently. As Pierre Galand from European Humanists Federation explains "many Europeans think that religion is a private matter, and its dogmats, symbols or philospohy should not be present in public life".  
   Such attitudes gain more and more support all over Europe and can be observed not only in France or Belgium but also in the EU institutions, where more and more members of the European Parliament, including the ones from christian democrat parties prefer to send you "Season's greetings" rather then to wish "Merry Christmas".
   For the sake of moral correctness, or rather pure economical benefits, christmas market in Brussels has also been called "Plaisir d'Hiver", "Winter Pleasures". And one has to admit that there is indeed no lack of pleasures there. Almost every other booth serves hot wine or stronger alcohol, but it is not possible to find the nativity scene for sale there...Figurines of the holy family could after all scared of the non-beliving but full wallets clients, and even if they were there, nobody would probably want to buy them anyway...

Saturday, December 13, 2014

Belgijsko-francuska wojna o frytki...

   O pochodzenie frytek Belgowie i Francuzi kłócą sie od lat. Według tych pierwszych pokrojone w podłużne kawałki o gubości ok. 1 cm, smażone ziemniaki po raz pierwszy  pojawiły się w Namur na południu Belgii już w XVII wieku. Legenda głosi, że w czasie jedenj ze srogich zim, która uniemożliwiła połowy ryb, zamiast smażonych szczupaków czy pstrągów mieszkańcy miasta na wrzący tłuszcz zaczęli wrzucać małe kawałki ziemniaków. 
Belgijska przekąska miała następnie wyjątkowo posmakować amerykańskim żołnierzom, stacjonującym w czasie I wojny światowej w francuskojęzycznej Walonii na południu kraju. I to Amerykanie "niestety" sugerując się językiem używanym przez miejscowych kucharzy, nazwali frytki "french fries", czyli "francuskie smażonki". Tak przynajmniej brzmi zawiła, belgijska wersja historii frytek. 
   Francuzi do legendy o smażonych ziemniakach nie przywiązują większej wagi, wskazując po porstu, że skoro przysmak nazywa się "french fries", to znaczy, że powstał właśnie nad Sekwaną i miał być jedzony już w czasie wielkiej rewolucji.
   Ale frytkowe różnice między Francuzami a Belgami nie dotyczą tylko pochodzenia smażonych ziemniaków. O ile we Francji frytki to zazwyczaj tylko część dania, które wraz z mięsem i warzywami je się widelcem i nożem z talerza, o tyle w Belgii często smażone na zwierzęcym tłuszczu, polane majonezem frytki serwuje się w papierowych rożkach. 
   W przygotowaniu takiego przysmaku w kraju specjalizuje się zresztą ponad 5000 smażalni frytek, które dziennie do tego celu zużywają 130.000 kg ziemniaków. "Fritkot", czyli smażalnia frytek, to obok kościoła, czy piekarni podstawowa część zabudowy każdego belgijskiego miasta. Pierwszy tydzień grudnia obchodzony jest ponadto w kraju jako "tydzień frytek", w czasie którego w konkursach organizowanych przez belgijskie media można wygrać przyczepę ze smażalnią, która na jeden dzień ustawi sie pod domem zwycięzcy i zaspokoi frytkowe zachcianki jego rodziny i znajomych.
   To właśnie z tych powodów zdaniem Belgów ich poparta szeregiem przykładów i dowodów tradycja smażenia i jedzenia frytek zasługuje na wpis na listę światowego dziedzictwa kulturowego Unesco. Prośbę o takie uznanie Belgowie zgłosili już w ubiegłym roku. Chęć dołączenia do belgijskich starań o tytuł Unesco od razu wyrazili jednak mieszkańcy północnej Francji. Minister rolnictwa Walonii dyplomatycznie zgodził się, by obydwa kraje wspólnie starały sie o wyróżnienie, pod jednym warunkiem, że będzie ono opatrzone dopiskiem "Najlepsze na świecie są belgijskie frytki"...





Sunday, December 7, 2014

Mustangi podbiły Brukselę...

   Po ubiegłorocznej wystawie Porsche, brukselskie muzeum samochodów "Autoworld" znów wypełniają tłumy. Miłośnicy luksusowych, czterech kółek tym razem podziwiać mogą Fordy Mustangi. Wystawę kultowych samochodów zza oceanu zorganizowano w związku z 50-leciem powstania legendarnego auta. 
   Pierwszego Mustanga wyprodukowano w kwietniu 1964 roku. Dziś warty miliony samochód, pół wieku temu kosztował tylko 2000 dolarów. "Własnie dlatego cieszyły się taka popularnością, bo były stosunkowo tanie i w związku z tym pozwolić mogli sobie na nie nawet młodzi Amerykanie", mówi mi dyrektor Autoworld, Sebastien de Baere. Młodym nabywcom Mustangów podobała się również sylwetka samochodu. Charakterystyczny wydłużony przód i atrakcyjna karoseria do dziś zresztą zachwycają fanów kultowego auta. Do legendy Mustanga w dużej mierze przyczyniło się samo Hollywod, wykorzystując samochód w swoich kasowych produkcjach.  Na wystawie w Brukseli podziwiać można zarówno model, którym Steve McQueen uczestniczył w słynnym wyścigu, jak i Mustanga, którym Nicolas Cage kradł samochody w 60 sekund. Panie mogą natomiast na chwilę poczuć się dziewczynami Jamesa Bonda, wsiadając do auta, którym w Goldfinger jeździła kochanka słynnego szpiega. 
Swoją nazwę legendarny samochód miało otrzymać od słynnych amerykańskich samolotów myśliwskich z okresu II wojny światowej i jak tłumaczy dyrektor Autoworld "tych nawiązań do samolotów w budowie auta jest bardzo wiele, wystarczy spojerzeć na charakterystyczne wentylatory". "Konia przebierającego nogami w oczekiwaniu na poranny bieg", jak pół wieku temu o Mustangu pisał tygodnik Time, wbrew pozorom łatwo było jednak prześcignąć. Jedynym szybkim modelem Mustanga był Shelby. Pozostałe wersje nie należały do szybkich samochodów, "zostały raczej stworzone do swobodnego podróżowania po autostradach, lub legendarną trasą 66 w Ameryce", mówi de Baere. Na wystawie w Brukseli nie może również zabraknąć najnowszej, szóstej generacji Mustanga. W samochodzie stworzonym na 50 urodziny marki po niedociągnięciach protoplastów nie zostało ani śladu, za to niestety znacząco zmieniła się jego cena... 

















Monday, November 3, 2014

Więzienie za uliczny podryw w Brukseli...

   Dziś mijają dokładnie 3 miesiące od kiedy w Brukseli zaczęło obowiązywać prawo przeciwko seksizmowi. Zgodnie z nowymi przepisami tzw. ulicznym podrywaczom grozi nawet rok więzienia, albo 1000 euro grzywny.  Władze  w Brukseli, jako pierwsze w Europie w ten sposób chcą walczyć z seksizmem, w czym dopingują ich obrońcy praw kobiet i równouprawnienia płci. "To prawo jest absolutnie konieczne w Belgii i innych krajach. Tylko tak możemy zacząć walczyć o pełne prawa kobiet" mówi mi Michel Pateel z Instytutu Równouprawnienia w Brukseli.
   Prawo, które sankcjonuje seksistowskie komenatrze w miejscach publicznych wprowadzono po tym, jak belgijska dziennikarka ukrytą kamerą sfilmowała zwykły spacer po Brukseli i towarzyszące mu niewybredne komentarze, a nawet seksualne propozycje, czyli problem, z jakim zmaga się wiele mieszkanek Brukseli. "To zdarza się cały czas i jest przykre", mówi mi jedna z nich. "Nie wolno tego ignorować, bo naprawde czujemy się poniżane", dodaje druga.
   Choć surowe, bo za końskie zaloty w Belgii można nawet trafić na rok do więzienia, albo zapłacić 1000euro grzywny, nowe prawo trudno jednak wyegzekwować. Po prawie 3 miesiącach obowiązywania, mandatami od 50-250 euro ukarano jedynie 18 prześladowców, choć na słowną agresję na belgijskich ulicach zdążyło poskarżyć się już ponad 2 mln osób. "Zazwyczaj po prostu brakuje świadków zdarzenia", tłumaczy mi Bertrand de Buisseret ze Straży Miejskiej w dzielnicy Ixelles w Brukseli.
   Trudna jest też definicja przestępstwa. Zdaniem obrońców praw kobiet ukaranym można być już bowiem za komentarz "ładne nogi". "Jeśli kobieta poczuje się nim poniżona, to sędzia może uznać to za złamanie prawa", mówi Michel Pasteel. I właśnie taka, szeroka interpretacja przeszkadza środowiskom konserwatywnym w Belgii. Dlatego rektor Katolickiego Uniwersytetu w Leuven prawo zwalczające seksizm uważa za absurd. "W takich kategoriach mężczyznę otwierającego kobiecie drzwi wkrótce też będziemy traktować za szowinistyczną świnię, która demonstruje swoją przewagę" mówi mi Rik Torfs. Rektorowi wtórują mieszkający w Brukseli polscy eurposłowie, którzy słyszeli o nowym belgijskim prawie. "Myślę, że tego typu prawo może być wykorzystywane do gnębienia facetów i to jeszcze jak udowodnic, że facet chciał powiedzieć komplement a rzekomo przekroczył jakąś granicę.." tłumaczy Ryszrad Czarnecki z PiS.  W skuteczność legislacji powątpiewa również, eurodeputowany SLD, Janusz Zemke. "Na nagminne zachowania trzeba zacząć reagować, gdyby to był jakiś mandat, uszczerbek finansowy, to może część osób zaczęłaby się gryźć w język, ale więzienie to przesada".  Zdaniem polskich europosłów raczej nie ma też, co liczyć na to, że prawo przeciwko seksizmowi wkrótce zacznie obowiązywać w Polsce.  "Jeszcze dużo wody upłynie w Wiśle", mówi Zemke,  zanim takie rozwiązania pojawią się u nas. "Szkoda" odpowiadają obrońcy praw kobiet, bo belgijskie prawo choć z niedociągnięciami, jest przynajmniej próbą walki o godność kobiet. Taką próbę zazwyczaj jednak łatwiej skrytykować, niż się jej podjąć . 







Prison for sexual harrasment on Brussels' streets...

   It has been exactly 3 months today since the new law against sexism in public space has entered into force in Belgium. According to new regulations "street seducers" can even be sent to prison or fined up to 1000 euro. Belgium authorities are the first one in Europe to introduce this kind of law, for which they are widely praised by women rights defenders across the continent. "This law is essential to properly fight for women rights and gender equality" explains Michel Pateel from Brussels Institute for Eguality of Men and Women. 
   The anti-sexism law has been prompted by discoveries made by Belgian undercover journalist. During her walk across Brussels she record sexist comments and even sexual propositions from men passing her on the streets of Belgian capital. Her "discovery" encouraged other Belgian women to speak out loud about the problem, so far only known to a part of society.  "It happens all the time and it's very humiliating" tells me one Brussels living girl when I asked her for street harrasement. "This problem should not be swept under the carpet because it is really touching many women in Brussels" confesses another one. 
   But despite the fact that the fines for the cumbersome street flirting are very heavy, the "street adorers" may even be sent to prison or punished with a 1000 euro fine, the punishements are hardly ever executed. After 3 months of existance, and some 2 mln official complaints made by women, only 18 people were oficially charged with street harrasment and had to pay fines from 50-250 euro. "The problem is that usually there are no witnesses of the crime" says Bertrand Bertrand de Buisseret, sancionateur d'Ixelles in Brussels.
   Furthermore, definition of the crime is also not clear enough. According to women rights defenders, a comment "nice legs!" can already be treated as a breach of law. "If a woman feels humiliated by that, the judge should decide that the law was broken", says Michel Pasteel. But such a wide interpretation of the new regulations is the main reason for growing criticism of the anti-sexism law in the conservative circles of Belgian society. Rector of Catholic University in Leuven conciders the new law as a pure absurd. "If we start to think in such categories, then even a man who opens doors for women will be treated as a chauvinist pig, who demonstrates his supremacy", explains Rik Torfs. 
 His opinion is shared by Polish members of the European Parliament who live in Brussels and hence have heard abot the new Belgian law. "I think that this kind of law can actually be used against men who sometimes want to say compliemnets to women and now they will be accused of breaking the law", says Ryszard Czarnecki from Law and Justice Party. Janusz Zemke, Polish socialist MEP doubts in effectiveness of the Belgian anti-sexism bill. "Of course we should react to street harrassement but I think that the financial fines should probably be enough, prison is exageration". Both Polish MEPs agree that the Belgian law will not arrive in Poland soon.  "It's a shame" reply women right defenders, because despite its shortcomings Belgian law against sexism is at least an attempt to fight for women dignity and rights. Whereas in Poland, like in many other European states, it's still easier to criticise it, rather than work on its weaknesses and implement it for the sake of women rights, if not just a respect... 




Tuesday, October 21, 2014

Belgijska minister zdrowia wielkiego formatu...

   Nowa belgijska minister zdrowia to jeden z najpopularniejszych polityków w kraju. Swoją ostatnią polityczną nominacją Maggie de Block popularność zdobyła jednak również poza granicami Belgii. I mowa tu raczej o czarnej sławie. Ważącą ponad 120 kg polityk za niewiarygodną w fotelu ministra zdrowia uznał belgijski korespondent w Stanach Zjednoczonych. Jego tweet wzbudził olbrzymie zainteresowanie amerykańskich i brytyjskich mediów, dla których otyłość z oczywistych względów to zawsze ciekawy temat. Amerykanie i Brytyjczycy od dawna znajdują się w czołówce najbardziej otyłych ludzi na świecie. Zajadający się frytkami i czekoladą Belgowie  z nadwagą wciąż radzą sobie lepiej, choć jak pokazuje przykład Maggie de Block, nie wszyscy...
   Mimo tego większość Belgów uważa swoją nową minister zdrowia za dobrego polityka. W ubiegłym rządzie jako minister ds. imigracji Belgijka bezwzlględnie walczyła z nielegalnymi wnioskami o azyl. A po wyborach to ją najchętniej widziano w fotelu premiera, w którym miała zresztą zastąpić otwarcie przyznającego się do homoseksualizmu Elio di Rupo. Orientacja seksualna czy tusza polityków większości Belgom bowiem nie przeszkadza. Swoich przywódców i  mężów stanu oceniają po wynikach, a politycznej wagi wielkoformatowej minister w Belgii bynajmniej nikt nie kwestionuje. Może zatem zamiast krytykować wygląd belgijskich ministrów, warto rozliczyć z pracy, a nie tylko międzypartyjnych kłótni i rzucanych na wiatr słów,  zgrabnych, choć nieudolnych polityków nad Wisłą? 









Wednesday, October 15, 2014

Lotniczy koszmar mieszkańców Brukseli...


  Dom z ogrodem w cichej dzielnicy Brukseli Phillipe kupił rok temu, ale spokojem jego rodzina cieszyła się zaledwie kilka miesięcy, zanim władze Brukseli zmieniły trasy lotnicze samolotów. "Miedzy 3 a 4 nad ranem nad moim domem przelatują 4 wielkie samoloty transportowe, które budzą nas i nasze dzieci, każdego dnia, nawet w weekend. Od 3-ej rano nie śpimy", mówi Phillipe. Od 6.00 rano  do 23.00 nad głową Helen co kilkanaście minut przelatują samoloty pasażerskie, choć gdy 7 lat temu kupowała mieszkanie, zdecydowała się właśnie na to droższe miejsce ze względu na panujący w nim spokój. Teraz ciszy zaznaje jedynie u znajomych. "Jestem tym bardzo zmęczona i poirytowana, by zdobyć trochę sił kilka razy w tygodniu idę do znajomych i śpię u nich na kanapie". 

   "Plan Whatelet" od nazwiska jego autora, ówczesnego ministra transportu Belgii, Melchior'a Whateleta wszedł w życie w lutym tego roku i zmienił życie mieszkańców Brukseli w lotniczy koszmar. Zmiany tras samolotów belgijski minister wprowadził na kilka miesięcy przed majowymi wyborami, by zdobyć głosy nowych wyborców, mieszkańców obrzeży Brukseli, którzy do tej pory mieszkając najbliżej lotniska, byli najbardziej narażeni na hałas przelatujących maszyn. Pozytywna dla 60.000 mieszkańców obrzeży miasta decyzja, uderzyła jednak w  600.000 mieszkańców Brukseli. I  jeszcze bardzie skłóciła podzieloną na regiony i wspólnoty językowe Belgię, w której od 8 miesięcy nikt nie potrafi przyznać się do błędu. Partyjny kolega Whatelet'a, Georges Dellmagne bezradnie wzrusza ramionami, bo rozwiązanie problemu jest tak wielkim wyzwaniem, że stało się jednym z powodów, dla których po majowych wyborach w Belgii stworzenie rządu zajęło ponad 4 miesiące.  "To bardzo trudna sprawa, bo po pierwsze lotnisko jest bardzo blisko centrum Brukseli, po drugie nasz kraj jest podzielony na regiony, w których żyją różne wspólnoty językowe, często o sprzecznych interesach". 

   Wybudowane tuż po wojnie lotnisko w Brukseli faktycznie oddalone jest od miasta jedynie o 12 km. Dlatego pod presją polityków w ciągu ostatnich 10 lat wielokrotnie zmniejszano liczbę obsługiwanych przez nie lotów. Na dalsze redukcie władze lotniska nie chcą się zgodzić. "Nie możemy cały czas ograniczać wydajności lotniska w Brukseli, bo odgrywana ono przecież olbrzymią rolę dla belgijskiej gospodarki i Brukseli, jako stolicy Europy, gdzie mieszczą się unijne instytucje, w których pracują ludzie z wielu krajów", tłumaczy mi rzeczniczka portu lotniczego Zaventem, Florence Muls.  Z lotniska w Zaventem korzysta również wielu mieszkańców Brukseli, którzy nie patrząc na podróżnicze wygody, najchętniej pozbyliby się samolotów.  "To zagrożenie dla naszego zdrowia i życia. Te samoloty nie tylko robią dużo hałasu, ale spalane przez nie przy starcie paliwo zatruwa nasze powietrze. Nie wspominając o tym, co będzie jeśli kiedyś któryś z nich spadnie na nasze domy", mówi mi Jean Pierre, jeden z aktywistów ruchu "Pas Question!" ("Nie ma mowy!"), jaki założyli przeciwnicy nowych tras lotniczych nad Brukselą.  

   Ale choć ich argumenty przekonały już Sąd w Brukseli,  to przywrócenie starych tras cały czas blokują politycy broniący flamandzkich mieszkańców obrzeży miasta. "Musimy znaleźć takie rozwiązanie, w którym samoloty będą latały wszędzie, nad Brukselą, nad Flandrią i we wszystkich kierunkach", tłumaczy mi flamandzki polityk Karl Vanlouwe. I właśnie takich, coraz bardziej oryginalnych pomysłów belgijskich polityków,  eksperci ruchu lotniczego nie mogą realizować.  "Trasy nie mogą przebiegać gdziekolwiek, gęstość zaludnienia to tylko jedno kryterium, trzeba brać pod uwagę też kierunek wiatru i warunki meteorologiczne, a to znacząco ogranicza wybór" , tłumaczy Dominique Dehaene z Belgocontrol. Belgijscy eksperci ruchu lotniczego mają dość kolejnych ministrów transportu, którzy karzą im co chwila zmieniać trasy lotnicze i domagają się, by zaostrzyć prawo regulujące kto i w jakich okolicznościach może wprowadzać takie zmiany. A zdeterminowani i zawiedzeni swoimi politykami mieszkańcy Brukseli ratunku chcą szukać u polskiego premiera. "Gdy Pan Tusk przejmie funkcję Van Rompuy'a i wprowadzi się do Brukseli, to powinien po pierwsze uważnie wybrać swoje miejsce zamieszkania, a po drugie spróbować nam pomóc", apeluje do Donalda Tuska Phillipe. Takie zadanie w belgijskich realiach może być jednak większym wyzwaniem niż nie jeden unijny problem. Trasy lotnicze od lat są bowiem w Belgii kartą przetargową w rękach polityków i tak długo, jak nią pozostaną, trwałym spokojem w Brukseli będą cieszyć się jedynie najbliżsi sąsiedzi króla. A na takie sąsiedztwo mało kto może sobie pozwolić. 














The planes horror of Brussels citizens...


  A house with a garden in in a quite district of Bruxelles, Philippe has bought a year ago. But the peace he longed for, he has only enjoyed for few months, before the Belgian authorities changed the flight routes over Brussels. "Between 3-4 in the morning there are 4 cargo planes flying over our roof, waking up me and my children every day, including weekend. We are awake since 3 AM". From 6.00 AM till 11PM passenger planes fly over the appartement of Helen, another Brussels inhabitant, who has been living the planes horror for 8 months now, despite the fact that when she bought the flat 7 years ago, she decided to pay more for it, due to its quite location. Now the only peace she finds is at the apartments of her friends. "I'm so irritated and tired of it that once a week I go to sleep at the sofa of my friends and this is the only time I get some rest", says Helene. 

  "Plan Whatelet" from the surname of its creator, former transport minister, Melchior Whatelet came into force in February last year, changing the life of Brussels citizens into a nightmare. The changes in the air traffic were made just few months before May elections in Belgium. By doing so, Belgian minister wanted to gain votes for his party from people living at Brussels suburbs, in small flemish towns closed to the airport. Such a decision, good for some 60.000 citizens, has destroyed the life of other 600.000 who live in Brussels, where the flights have been redirected. 8 months later the planes are still flying over the heads of Brussels citizens and despite numerous promises of Belgian politicians, including the ones, made by the new government, there is little hope for a quick solution. As the party colleague of Melchior Whatelet, Georges Dellmagne admits: "It is very difficult issue, because the airport is simply too close to the city centre and our country is divided into regions, and language groups with often contradictory interests. The flight routes have already made one government fall a few years ago " explains Belgian politician, shrugging his shoulders.

   Built just after the war Zaventem airport is indeed only 12 km away from the centre of Brussels. That's why under pressure of the politicians during the last 10 years a number of flights have already been reduced. And this is a reason why airport authorities don't want to introduce further reductions. " We cannot continue to diminish the flights numbers because this airport plays an important role for the economy go Belgium and in international transport, taking into consideration the importance of Brussels as a place for many european and inter nation institutions, employing people from all over the world", explains press officer of Zaventem Airport, Florence Muls. "Our airport is also used by many people who manifest against the flights", Muls points out the "hypocrisy"  of the planes enemies. For members of the movement "Pas Question!, ("No Way!"), the new flight routes though remain a pure, unacceptable evil. "These planes create a direct danger for our health and life. Not only they are creating a big noise but they also produce enormous mount of air pollution as they are departing above our heads, not to mention what could happen if one of them one day fall on our districts", says Jean Pierre, member of "Pas Question!".

  But despite the fact that such arguments have been recognized as valid by the Court in Brussels, coming back to old routes is not an easy solution at all, as the Belgian politicians who defend the population from Brussels' Flemish suburbs block the implementation of the Court decision. "We need to find such a solution where the planes will be able to fly everywhere, over Brussels, and over Flanders and in all directions", explains Karl Vanlouwe from NVA. Such "creative" ideas coming from Belgian politicians are often not possible to be implemented by the air traffic controllers.  "The flight routes cannot go anywhere, the density of the territory is not the only factor we need to take into consideration, we also need to think of the wind directions and meteorogical conditions in the areas, where the planes may fly, and all that restrict our choices" explains Dominique Dehaene from Belgocontrol. Belgian traffic controllers are fed up with their politicians, who constantly ask them to change the flight routes and opt for a permanent solution that would stop politicians from messing up with the air traffick.  Such propositions though remain unanswered by the Belgian authorities, as changing the flight routes is a powerful tool, useful especially in the election times, which in a federal state of Belgium almost never ends. No wonder why Brussels citizens have less and less hope for their politicians to solve the problem. And the most determined ones have now decided to ask former Polish PM, and future President of the EU Council Donald Tusk for help. As Philippe explains "When Mr Tusk will come to Brussels he should first make sure he will find a quite place to live here, and then he should try to  help us". Such a  task in Belgian reality may prove to be bigger challenge for Tusk than many EU problems. Because as long as the flight routes will be kept hostage by Belgian politicians, the only permanently quite place in Brussels will remain the Royal Palace in Laaken. Not many ordinary people though can afford to have a King as a neighbour . 







Tuesday, September 30, 2014

Belgia będzie uśmiercać więźniów?


   O specjalistyczną pomoc psychiatryczną albo eutanazję Frank Van de Bleeken poprosił 3 lata temu. Po 30 latach za kratami winny morderstwa i kilku przestępstw seksualnych skazaniec przyznał, że jest zbyt niebezpieczny by wyjść na wolność, a belgijskie zakłady karne nie są w stanie zapewnić mu odpowiedniej pomocy psychiatrycznej. Dlatego Frank Van Den Bleeken poprosił o transfer do holenderskiego zakładu karnego, gdzie mógłby skorzystać ze skuteczniejszej jego zdaniem terapii, albo w ostatecznym wypadku o eutanazję w Belgii. Belgijskie władze już wcześniej godziły się na uśmiercanie więźniów, ale ci zazwyczaj byli również ciężko chorzy i nie chodziło tylko o ich psychiczne cierpienie. 
   Problemy mentalne dla coraz większej liczby belgijskich lekarze stają się ostatnio wystarczające, by zgodnie z życzeniem uśmiercić swoich pacjentów. Tak było na początku 2013 roku gdy eutanazję wykonano na dwóch 45-letni braciach bliźniakach. Głuchoniemi od urodzenia mężczyźni całe życie spędzili razem. Gdy jeden z nich zaczął tracić wzrok i przez to jedyny, możliwy kontakt z bratem, obydwoje zdecydowali, że wolą umrzeć. Psychiczne cierpienie  bliźniaków zakwalifikowano w Belgii, jako wystarczający powód do pozbawienia ich życia. Podobnie będzie z pewnością w przypadku 52-letniego skazańca, bo Sąd w Brukseli wczoraj zgodził się na to, by prośbę Frank'a Van Den Bleeken rozpatrzyli lekarze, a dla tych ostatnich w Belgii eutanazja to zwyczajowy zabieg. W ubiegłym roku śmierć na życzenie otrzymało tu 1807 osób, czyli średnio dziennie odbywało się 5 eutanazji. O możliwości transferu więźnia na leczenie psychiatryczne do Holandii w Belgii mało się mówi. Za to po decyzji Sądu w Brukseli, w kolejce po eutanazję ustawiło się już kolejnych 15 więźniów. 


                                       ©European Parliament Audiovisual Unit


Wednesday, August 27, 2014

Pomidory i dynie na ulicach Brukseli...

   Pomysł zakładania warzywników na rondach, skrzyżowaniach i ulicznych skwerach do Belgii przyszedł z Anglii. Pomidory, marchewkę i brokuły zamiast kwiatów na nielicznych zielonych terenach w miasteczku Todmorden zaczęli sadzić jego mieszkańcy, by w ten sposób ograniczyć tzw. ślad węglowy, czyli po prostu ilość spalin produkowanych przez samochody dostawcze, dowożące żywność do miejscowych sklepów z niejednokrotnie bardzo oddalonych miejsc. Gdy warzywne przedsięwzięcie pt. "incredible edible" ("niewiarygodnie jadalne") zaczęło zdobywać wśród mieszkańców coraz więcej zwolenników, jego pomysłodawcy postawili sobie jeszcze ambitniejszy cel, sprawić by do 2018 roku miasto stało się samowystarczalne pod względem wyżywienia. Bakcyla ulicznych upraw szybko złapały nie tylko inne brytyjskie miasta, ale również Hiszpania, Niemcy, Kanada czy Belgia. 
   W Brukseli pierwsze warzywniki powstały na Rue Pelletier, ulicy, która często służy kierowcom, jako skrót do wyjazdu z miasta na autostradę. Na niewielkich wysepkach służących do spowolnienia pojazdów mieszkańcy posadzili pomidory, cukinie, dynie, rabarbar, mięte i szczypiorek. Uprawę rozpoczęły dwie sąsiadki, ale z jej zbiorów zaczęli szybko korzystać pozostali mieszkańcy ulicy. "Nie ma dnia, by któryś z sąsiadów nie częstował się naszymi warzywami, rozchodzą się w mgnieniu oka", mówi Catherine, jedna z założycielek ulicznego warzywnika. Kilka dni wcześniej z pierwszych w tym roku zbiorów Joelle i Catherine ugotowały zupę, którą podzieliły się z pozostałymi mieszkańcami swojej ulicy. I jak zapewniają, po daniu z ulicznych warzyw nikt bynajmniej się nie pochorował. "Mnie te warzywa  smakują lepiej niż z supermarketu. Na pewno nie są bardziej zanieczyszczone, bo wielu rolników w Belgii przecież również ma swoje pola uprawne tuż przy autostradach", tłumaczy Jose, jeden z mieszkańców Rue Pelletier, zajadając się zrywanymi prosto z krzaka pomidorkami. W tym samym czasie, kilka przecznic dalej inni uliczni hodowcy warzyw właśnie dzielą się swoimi pierwszymi w tym roku zbiorami dyni. Uliczne uprawy mogą już wkrótce zmienić oblicze Brukseli.






Tomatoes and pumpkins on Brussels streets...

   The idea of planting vegetables on the roundabouts, cross-roads and city squares have come to Belgium from England. Tomatoes, carrots and broccolli instead of flowers on the city few green spaces were first planted by the inhabitants of Todmorden in West Yorkshire. By doing so, they wanted to cut the carbone footprint produced by food suppliers who often drive their products for hundreds of kilometers. And as the scheme "Incredible Edible" started to work out well, gaining new participants from all over the town, its creators set up an even more ambitious goal: to make Todmorden the first town in the country that is self-sufficient in food by 2018.The original idea from West Yorkshire has already got followers in some other 20 UK's towns, and cities in Spain, Germany, Canada and Belgium.  
   First vegetable gardens in Brussels were created at Rue Pelletier, a little street that is often used by drivers in Brussels to join the motorway. Tomatos, courgettes, pumpkinns and rhubab are only some veggies that the inhabitants of the street planted at its two small road islands, used to slow down cars.
The cultivations was started by two neighbours, but everyone else can help themselves to its crops.
"At the moment our vegetables are so popular that they are almost disappearing", says Catherine. A few days earlier the two neighbours made a soup out of their street veggies and then distributed it amongst other inhabitants. "Nobody fall sick", they reassure me.  "For me these vegetables actually taste better than the ones bought at supermarkets. And for sure they are not more polutted as in Belgium many agricultural fields are also next to motorways", explains another neighbour, Jose, whilst picking cherry tomatos. At the same time, a few streets away other neighbours are just enjoying their own first crops, picking up pumpkins and courgettes. Street vegetables may soon change the look of Brussels.

Wednesday, August 6, 2014

Kriek, czyli słynne, belgijskie piwo wiśniowe...

   Belgijskie browary w lecie wyglądem i zapachem przypominają trochę wytwórnie konfitur i soków. Między beczkami i kociołami warzelnymi piętrzą sie bowiem skrzynki z owocami, których Belgowie dodają do swoich słynnych złotych trunków. Najbardziej znanym belgijskim piwem o smaku owoców jest kriek. Nazwa  napoju pochodzi od flamandzkiego słowa "kriek", oznaczającego odmianę kwaśnych wiśni z północy kraju. "Wiśnie kriek mają dużo więcej aromatu i cukru, ale są też bardzo kwaśne", tłumaczy mi uprawiający je Peter Van Den Dale. Kilka razy w tygodniu, punktualnie o 8.00 rano belgijski producent owoców dowozi swoje zbiory do brukselskiego browaru Cantillon. To właśnie w tej,  liczącej ponad 100 lat warzelni na Północy Brukseli powstaje tradycyjny kriek, który nie ma nic wspólnego ze słodzonymi cukrem piwami wiśniowymi, jakie produkują duże browary przemysłowe. 
   W Cantillon wiśnie wraz z pestkami dodaje się do dwuletniego lambica. To tradycyjne belgijskie piwo produkowane ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy i chmielu powstaje w wyniku tzw. spontanicznej fermentacji, do jakiej dochodzi po zaszczepieniu brzeczki dzikimi drożdżami. Dopiero po dwóch latach leżakowania w beczkach w lambicu zanurza się wiśnie.  "Na litr piwa przypada ok. 300 gram wiśni" tłumaczy mi pracownik browaru.  Połączone w ten sposób składniki krieka przez kolejne 3 miesiące nabierają aromatu, koloru i smaku, czyli używając fachowego określenia przechodzą "macerację". A podczas gdy zgodnie z wiekową tradycją piwo fermentuje w beczkach,  przed muszkami i innymi owadami chroni je armia pająków, która, tak, jak właściciel browaru z pokolenia na pokolenia kontynuuje "piwowarską tradycję". "Staramy się kontynuować tradycję naszych ojców i dziadków nawet w najmniejszych szczegółach, właśnie dlatego pomimo popytu nie przeszliśmy na masową skalę produkcji naszego piwa", mówi mi właściciel browaru, Jean Van Roy. Browar Cantillon w 1900 roku założył jego pradziadek i przez ostatnie 100 lat, nie wiele się tu zmieniło. Nieznacznie wzrosła również produkcja złotego trunku, bo w piwnicach Cantillon mieści się zaledwie 11.000 butelek. 
   Tego ostatniego żałują trochę miłośnicy brukselskiego piwa, którzy po łyk wyśmienitego trunku ściągają do stolicy Belgii z całego świata. W browarze krieka i innych odmian lambica codziennie kosztują między innymi grupy amerykańskich turystów.  "U nas taka butelka lambica z Cantillon może kosztować nawet 100 dolarów" tłumaczą mi Amerykanie, którzy do brukselskiego browaru przyjechali z Kalifornii i Texasu. Piwo Cantillon w Stanach Zjednoczonych traktuje się bowiem, jak najlepszego szampana. Choć w smaku bliżej mu chyba do wytrawnego wina, niż do słodkich bąbelków. Kwaśny smak dominuje bowiem w krieku nawet po wtórnej fermentacji, do jakiej dochodzi po rozlaniu piwa do butelek. Zapach i smak wiśni  jest za to jak najbardziej autentyczny i wcale nie przypomina tego, pochodzącego ze sztucznych syropów dodawanych do piw owocowych, produkowanych na przemysłową skalę. Zresztą co tu więcej pisać, tradycyjnego krieka trzeba po prostu spróbować! A wyniki tegorocznego, wiśniowego warzenia będą gotowe do degustacji już w październiku. 
















Kriek, Belgian famous, cherry beer...

   Belgian breweries in summer look and smell a little bit like jam factories, as between the barrels there are mounts of cases with fruits, that the Belgians add to their beer. The most famous fruity beer in Belgium is "kriek". The name of the drink comes from a word "kriek" which is used for sour cherries grown in the North of the country. "Kriek have much more aroma and sugar than other kinds of cherries, but at the same time they stay very sour" explains their grower, Peter Van den Dale. In the cherry season, a few times per week, punctually at 8.00 a.m., he delivers cases full of kriek to the Cantillon brewery. It is in that very brewery, in the North of Brussels, where traditional beer, including kriek has been breewed for over a hundred years now. And the cherry alcohol made there have nothing in common with the fruity beer, industrially produced by big commercial breweries. 
   At Cantillon cherries with stones are added to already a two year old lambic beer. Made of barely malt and unmated wheat lambic is a traditional beer produced by spontaneous fermentation, caused by the wild yeasts.  After two years of such a fermentation in the barrels, lambic is mixed with kriek cherries. "For one liter of beer we add 300 grams of cherries" tells me a brewery worker. Mixed ingredients for the next three months absorb its values: taste, aroma and color. 
   And whilst the beer ferment in the barrels, it is being protected from flies and insects by the army of spiders, which like the owners of the brewery, pass their duty from one generation to another. "We try to make everything in a traditional way and that's what our clients appreciate the most", explains the Cantillon owner, Jean Van Roy. And such attitude seems to work very well. The Cantillon brewery was set up by his grey grand father in 1900 and since then, not a lot has changed. 
   One significant difference can be spotted if you listen well to the languages spoken by the people who visit Cantillon, as a small beer factory in Brussels over the years have become very famous amongst tourists from all over the world. Cantillon is frequently visited particularly  by American beer lovers. "In the US for a bottle of Cantillon beer you have to pay even 100 dollars" explain tourists who travel to Cantillon from California and Texas. In the US traditional Belgian beer is as much respected and appreciated as a good champagne. Although its taste has much more in common with a dry wine, rather than with the sweet bubbles. The sour taste of kriek wins with the sugar even after the second fermentation of the beer that takes place in the bottles. But despite the sourness, thats dominates in the drink, the taste and aroma of the cherries can well be noticed. Want to try? The results of july cherry brewing should be ready to taste in October.