Showing posts with label UE. Show all posts
Showing posts with label UE. Show all posts

Sunday, January 25, 2015

Kosztowne europejskie stolice kultury: Mons kontra Wrocław...


   Do wczorajszej inauguracji Europejskiej Stolicy Kultury w Mons organizatorzy przygotowywali się cztery lata. Koncerty, iluminacje i pokazy uliczne zapoczątkowały rok, w którym to właśnie w tym belgijskim mieście i w czeskim Pilźnie będzie biło serce europejskiej kultury. Ten szczytny tytuł europejskie miasta przekazują sobie co rok od 1985, gdy po raz pierwszy zaproponowano by w taki właśnie sposób promować europejską kulturę i dzięki temu pomagać w rozwoju miast i turystyki. 
   W pokryzysowych czasach zaciskania pasa w Europie wydatki na kulturę są jednak szczegółowo kontrolowane i często jako pierwsze padają ofiarą cięć budżetowych, zwłaszcza gdy okazuje się, że nie tylko się nie zwracają, ale są często po prostu marnowane. Takie "niedociągnięcie" wytknięto Mons jeszcze przed wczorajszą inauguracją. Kilka dni przed uroczystym otwarciem obchodów organizatorzy musieli zlecić rozebranie drewnianej instalacji artystycznej. "Dzieło" kosztowało 400.000 euro i po zaledwie kilku dniach istnienia zaczęło dosłownie "walić" się mieszkańcom Mons na głowy...
   Na organizację ponad 300 imprez i wydarzeń kulturalnych w tym roku w Mons przeznaczono 70 mln euro. Taki budżet jest prawie dwukrotnie większy niż ten, jaki na swoje uroczystości wydały ubiegłoroczne stolice kultury: 24 mln euro - Ryga i 46 mln euro szwedzka Umea. W pompowaniu pieniędzy w kulturę nie byłoby nic złego, gdyby dzięki temu powstawały nowe miejsca pracy, a turyści faktycznie wynagradzali artystów i gospodarzy nie tylko brawami i nie tylko "jednorazowo". Ale choć taki był zamysł unijnego projektu to "europejskie stolice kultury" coraz częściej porównuje się do olimpiad, które choć prestiżowe, zostawiają goszczące miasta z długami i infrastrukturą, z której po obchodach mało kto korzysta. Raport szwedzkiego urzędu pracy z ubiegłorocznych kulturalnych inwestycji w Umea wykazał, że wcale nie przyniosły one oczekiwanych skutków. Miasto odwiedziło wprawdzie tysiące turystów, ale wcale nie zwiększyło to zatrudnienia. Po rocznych obchodach w Umea pozostały m.in. dwa muzea, hotel i nowe centrum kultury, które już wkrótce mogą stać puste. 
   Z takich wyników władze Wrocławia, który w w przyszłym roku przejmie od Mons tytuł Europejskiej Stolicy Kultury bynajmniej nie wyciągnęły żadnych wniosków. Wręcz przeciwnie, na przyszłoroczne obchody w Polsce już przeznaczono 800 mln złotych, czyli prawie 200 mln euro. Tyle pieniędzy na swoje kulturalne wydarzenia w 2013 roku nie wydała nawet francuska Marsylia, która do tej pory była najdroższą Europejską Stolicą Kultury, przy czym związane z obchodami wydarzenia i  infrastrukturę rozproszono w całym regionie. Inwestycjami w kulturę Wrocław nie zamierza się z nikim dzielić, choć to mniejsze miasta wokół stolicy Dolnego Śląska bardziej potrzebują promocji. W porównaniu do poprzednich europejskich stolic kultury, świętowanych w średniej wielkości, często zupełnie nieznanych europejskich miastach, Wrocław już na starcie ma zresztą całkiem niezłą infrastrukturę. Ale to wszystko organizatorom nie wystarcza. Zgodnie z tak lubianą w Polsce zasadą "zastaw się, a postaw się", musimy przecież przebić innych...Tylko w czym? W organizacji kulturalnej olimpiady, która jak pokazują statystyki już dawno nie przynosi oczekiwanych zysków i rezultatów, a Wrocławiowi, jednemu z najbardziej znanych i cenionych polskich miast zagranicą, wydaje się być najmniej potrzebna...



Inauguracja Europejskiej Stolicy Kultury w Mons  ©Hoslet


Inauguracja Europejskiej Stolicy Kultury w Mons  ©Hoslet 


Inauguracja Europejskiej Stolicy Kultury w Mons  ©Hoslet

Thursday, January 15, 2015

Unia Europejska broni grubasów ?

   Grubasom w pracy mogą przysługiwać takie same przywileje, co osobom niepełnosprawnym, uznał niedawno Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu. Taki wyrok unijnego sądu bynajmniej nie pomoże w walce z rosnącym problemem otyłości w UE, gdzie na nadwagę cierpi już 52% obywateli. Wbrew intencjom sędziów, może natomiast utrudnić miłośnikom hamburgerów znalezienie pracy. 
   Orzeczenie unijnego sądu, które teraz może być wykorzystywane w podobnych sprawach we wszystkich krajach członkowskich, dotyczyło obywatela Danii. Ważący ponad 160kg Karsten Kaltoft poskarżył się unijnym sędziom, że został zwolniony z pracy ze względu na swoją nadwagę. Pracodawca miał uznać, że otyły opiekun dzieci nie zapewnia im odpowiedniej opieki, bo ze względu na swoją tuszę nie może nawet pomóc maluchom w zawiązywaniu sznurówek. Duńczyk odrzucił zarzuty pracodawcy, twierdząc, że dodatkowe kilogramy nie przeszkadzały mu chociażby w zabawie z dziećmi na podłodze, a utratę pracy z powodu otyłości uznał za niesłuszną i dyskryminującą. Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu zgodził się z argumentami Kaltoft'a, orzekając, że "otyłość może w pewnych sytuacjach stanowić niepełnosprawność, jeśli utrudnia otyłej osobie pełny i świadomy udział w życiu zawodowym na równi z innymi". W takim przypadku cierpiący na otyłość pracownik podlega unijnej dyrektywie zakazującej wszelkiej dyskryminacji w związku z zatrudnieniem.
   Taka wykładnia europejskich przepisów w przyszłości może jednak przynieść negatywne skutki zarówno cierpiącym na nadwagę pracownikom, jak i zatrudniającym ich pracodawcom. Dla tych ostatnich zatrudnienie otyłego może bowiem oznaczać, tak, jak w przypadku osoby niepełnosprawnej dodatkowe koszty związane z zapewnieniem miejsca parkingowego, czy przystosowaniem miejsca pracy dla wielkoformatowego pracownika. Zatrudnienie grubasa, który zostanie uznany za niepełnosprawnego może oznaczać nawet "konieczność przyznania mu dodatkowych przerw w pracy, czy dodatkowego płatnego urlopu", ostrzega Instytut Interwencji Gospodarczych BCC, co z kolei jak tłumaczą jego eksperci "będzie niosło ryzyko większych trudności w znalezieniu pracy przez osoby otyłe, bo pracodawcy będą obawiać się związanych z nimi dodatkowych wydatków". Wygląda na to, że unijny trybunał wyświadczył europejskim grubasom niedźwiedzią przysługę...


©EC Audiovisual Service

Monday, January 12, 2015

Bezpieczeństwo czy wolności obywatelskie, czyli odwieczny po-zamachowy dylemat Europy...

   Symboliczne marsze, gesty i słowa przywódców z całej Europy, jakie zobaczyć i usłyszeć można było w Paryżu i innych unijnych stolicach w ciągu ostatnich dni, to zapowiedź zmian, jakie zazwyczaj zaobserwować można w po-zamachowej Europie. Wprowadzane naprędce w takich sytuacjach nowe unijne przepisy i strategie walki z terroryzmem zazwyczaj jednak równie szybko znikają, bo ich zwolennicy wciąż przegrywają z dużo silniejszymi i bardziej wpływowymi w Europie obrońcami swobód i praw obywatelskich.
  Po atakach terrorystycznych w Madrycie w 2004 roku i rok później w Londynie, w Unii Europejskiej przyjęto przepisy, które miały pomagać w ściganiu terrorystów. Tzw. dyrektywa retencyjna nakładała na firmy telekomunikacyjne obowiązek zbierania i przechowywania przez dwa lata informacji dotyczących naszych połączeń telefonicznych czy internetowych i w razie potrzeby przekazywania ich służbom bezpieczeństwa. Pod presją obrońców wolności obywatelskich dyrektywa, która miała pomagać w walce z terrorystami przestała jednak istnieć prawie tak szybko, jak powstała. W sierpniu ubiegłego roku ostateczny cios zadał jej Europejski Trybunał Sprawiedliwości, uznając przepisy o retencji danych za nieważne, bo niezgodne z unijną Kartą Praw Podstawowych. Jeszcze krótszy, albo nawet nawet wcale nie rozpoczęty żywot miały unijne przepisy o gromadzeniu danych o pasażerach lotniczych, tzw. dyrektywa PNR. Unijne regulacje miały pozwolić na zbieranie i przekazywanie policji danych pasażerów, tak by na ich podstawie można było budować profil podejrzanych o terroryzm obywateli. Ale choć UE zgodziła się takie dane zbierać i przekazywać Stanom Zjednoczonym, to ich wykorzystywanie przez policję w Europie w 2011 roku zablokował Parlament Europejski. 
   Wczoraj w Paryżu do jak najszybszej reaktywacji dyrektywy PNR, jako głównego narzędzia walki z ponad 3000 europejskich dżihadystów, którzy po powrocie z Syrii i Iraku mogą wzorem braci Kouachi organizować zamachy w Europie, wezwali unijni ministrowie spraw wewnętrznych. Sęk w tym, że przekonanie do niej zakochanych w wolnościach obywatelskich eurodeputowanych, może być nie lada wyzwaniem dla reprezentującego zdanie unijnych rządów szefa Rady Europejskiej, Donalda Tuska. Pierwszą próbę Polak ma podjąć już jutro. Biorąc pod uwagę temperament niektórych eurodeputowanych, debata o potrzebie nowych, zwiększających bezpieczeństwo, ale ograniczających swobody obywatelskie przepisach może wcale nie odzwierciedlać pokojowych nastrojów wczorajszego Paryża, a raczej mieć  wybuchowy charakter...Propozycje unijnych rządów, które Tusk ma jutro przedstawić w Europarlamencie, zbombardować mogą zresztą nie tylko zachodni liberałowie, ale również eurodeputowani z Polski i innych państw naszego regionu. W Paryżu w ramach nowej strategii bezpieczeństwa UE wczoraj mowa była bowiem nie tylko o zwiększeniu kontroli na granicach zewnętrznych UE, ale również o potrzebie rewizji zasad Schengen, czyli zdaniem wielu Polaków największego dobrodziejstwa Unii, którego pod żadnym pozorem nie powinno się ruszać...
   Dlatego choć w po-zamachowej Europie jeszcze długo będzie panowała żałoba, solidarność i strach, to te uczucia w nawet najbardziej spektakularnej formie i skali, do tej pory zazwyczaj przegrywały w starciu z ukochanymi przez Europejczyków prawami i wolnościami obywatelskimi. Zdaniem niemieckiego ministra sprawiedliwości zresztą słusznie, bo jak mówił już w ostatni piatek: "Nie wolno nam wpaść w pułapkę terrorystów. Ograniczenie wolności i zasad państwa prawa jest dokładnie tym, do czego chcą oni doprowadzić". W tych słowach Heiko Mass'a jest dużo prawdy. Tylko, czy sam dialog z muzułmanami, który sugeruje Niemiec wystarczy, by powstrzymać kolejne zamachy w Europie? Czy za bezpieczeństwo mimo wszystko trzeba będzie zapłacić prawem do prywatności?


©Hoslet, EPA

Sunday, January 11, 2015

Półroczne cenzurki polskich europosłów...

   Choć od wyborów do Parlamentu Europejskiego minęło zaledwie pół roku, to w Brukseli już widać, który z polskich eurodeputowanych solidnie podchodzi do swoich nowych obowiązków, a komu mniej na nich zależy. Kim są polscy pracusie i lenie w Europarlamencie trudno ocenić, bo nie chodzi w niej o ilość wykonywanych zadań, ale ich rzeczywisty wpływ na tworzone unijne prawo. Pomocą w wystawianiu cenzurek europosłom służą portale, takie jak votewatch czy mepranking, kóre śledzą i punktują polityków za konkretną pracę w Brukseli. Według tego ostatniego najpilniejszym polskim eurodeputowanym do tej pory był Andrzej Duda z PiS, który w ciągu pół roku przygotował 12 sprawozdań. "To czego dotyczy sprawozdanie jest istotne, bo jedne tematy wymagają większego nakładu pracy, inne mniejszego" zwraca jednak uwagę rzecznik PE, Cezary Lewanowicz. Sprawozdania Dudy do tej pory można raczej zaliczyć do tych drugich, bo dotyczyły one zasad wymiany towarowej UE z Turcją. 
   Wysoką ocenę mepranking otrzymali również eurodeputowani PO: Jarosław Wałęsa, Jerzy Buzek, czy Andrzej Grzyb z PSL. Najwięcej do powiedzenia na sali spośród wszystkich Polaków w Europarlamencie do tej pory mieli natomiast Ryszard Czarnecki z PiS i Bogusław Liberadzki z SLD. Głównie dlatego, że jako wiceprzewodniczący i kwestor często po prostu prowadzą obrady. 
   Praca w Brukseli może natomiast nie ciekawić, albo onieśmielać Stanisława Żółtka z KNP i Julię Piterę z PO, bo do tej pory ani razu nie zabrali głosu w Europarlamencie. 




EuroparlTV o pracy europosła:

http://europarltv.europa.eu/en/player.aspx?pid=ae32032f-410d-4077-bd5b-a3f400a13c9e&utm_campaign=engagor&utm_content=engagor_Mjc2MzY3Ng%3D%3D&utm_medium=social&utm_source=twitter


  ©European Parliament Audiovisual Unit

Tuesday, December 23, 2014

W Europarlamencie Polak Polakowi wilkiem...

   Polskich eurodeputowanych w tej kadencji Parlamentu Europejskiego właściwie łączy tylko język, którym jednak wolą się ze sobą nie porozumiewać. "Na razie nikt się nie pali do organizowania regularnych spotkań", wyjaśnia szef klubu PO w Parlamencie Europejskim, Jan Olbrycht. Główny powód tego, że polscy eurodeputowani w Brukseli wolą się unikać niż ze sobą współpracować to wybory w Polsce i jak twierdzi Olbrycht spowodowana nimi  "trochę inna atmosfera w Parlamencie Europejskim". Ta "trochę inna atmosfera" to nie tylko patrzenie na siebie wilkiem, ale coraz bardziej widoczne kłótnie i wyborcze zagrywki Polaków w Brukseli. 
   Z tych powodów właśnie choć od wyborów do Parlamentu Europejskiego upłynęło 7 miesięcy, w Brukseli do tej pory nie powstało tzw. koło polskie, czyli nieformalne zgrupowanie polskich eurodeputowanych wszystkich partii. "Zle, że nie ma, pamiętam, że w pierwszej kadencji 2004-2009 odgrywało bardzo pozytywną role, integrowalo nas Polaków tutaj w Parlamencie", wspomina eurodeputowany PiS Ryszard Czarnecki. Koło polskie przede wszystkim pomagało ponad partyjnymi podziałami bronić interesów Polski, bo to na nim Polacy uzgadniali, jak głosować nad istotnymi dla kraju unijnymi ustawami.
   Aż 80% obowiązujacego nas wszystkich  prawa stanowią bowiem przepisy uchwalane własnie w  Europarlamencie. O to by były one dobre dla ich kraju ponad politycznymi podziałami dbają m.in. europosłowie z Włoch czy Niemiec. "Dla europosłów z większości krajów, poza Polakami to normalne że rozmawia się tu i utrzymuje kontakty również z politykami z innych partii. W Europarlamencie nie ma rządu i opozycji dlatego koalicje buduje się wokół powstajacych przepisów" tłumaczy były niemiecki eurodeputowany, Frank Schwalba Hoth.
    Korzystne, czy szkodliwe dla Polski unijne przepisy polskich eurodeputowanych jednak coraz mniej interesują. Dużo bardziej zajmująca jest dla nich kampania wyborcza w Polsce, którą  próbują prowadzić także w Brukseli. Dlatego w ciągu ostatnich tygodni W Parlamencie Europejskim kilkakrotnie można było dowiedzieć się o sfałszowanych wyborach samorządowych w Polsce, najpierw gdy eurodeputowani PiS bezowocnie próbowali namówić do potępiania Polski w rezolucji cały Europarlament, a potem, gdy na kilkugodzinnym wysłuchaniu publicznym w Parlamencie Europejskim rozliczali polskie władze, albo raczej jak określał je na unijnym forum "znajomych królika".
   Zamiast współpracować polscy europosłowie w Brukseli coraz częściej oskarżają się również nawzajem o działania na szkodę Polski. Takie zarzuty eurodeputowanym PO: Jarosławowi Wałęsie i Danucie Jazłowieckiej postawił ostatnio Tomasz Poręba z PiS. Poręba oskarżył eurodeputowany PO o głosowanie za zamknięciem petycji w sprawie budowy drogi ekspresowej Via Carpathia w Polsce Wschodniej. "Ja prosiłem moich kolegów z Polski, abyśmy w tej sprawie ważnej dla Polski, budowy tej drogi mówili jednym głosem, doszło do awantury", tłumaczy europoseł PiS. Zdaniem eurodeputowanych PO, petycja była czystą "zagrywka wyborczą" ze strony Poręby,  bo poza tym, że dzięki niej w Polsce zabawiłoby przez parę dni kilku zagranicznych europosłów, ich wizyta w żaden sposób nie wpłynęłaby na decyzję o unijnym finansowaniu drogi. "To jest draństwo najwyższego stopnia, bo to jest sprzedawanie nadziei ludziom, którzy potrzebują tej drogi, a na komisji petycji tego nie da się załatwić", tłumaczy Jarosław Wałęsa.
   To gdzie i jak szukać unijnego wsparcia dla drogi Via Carpathia polscy eurodeputowani mogliby uzgodnić na kole polskim, ale o tym żaden z nich nie chce słyszeć, odpowiedzialnością za brak woli współpracy oskarżając innych. "Do tanga trzeba dwojga, a Platforma woli stać w kącie", mówi eurodeputowany PiS, Ryszrad Czarnecki. "Jeśli komuś jest potrzebne koło polskie, to niech je założy" odpowiada Róża Thun z PO.  
   Koło polskie w Europarlamencie najbardziej potrzebne jest polskim wyborcom, o których interesy w Brukseli powinni dbać wybrani przecież w tym celu eurodeputowani. Na przenoszeniu przysłowiowego polskiego piekiełka poza granice kraju zazwyczaj bowiem nikt nie zyskuje, za to prawie zawsze traci Polska…


 



Jarosław Wałęsa (PO) kontra Tomasz Poręba (PiS) ©EuropeanParliament AudiovisualUnit



Wednesday, December 17, 2014

"Lajtowy", pierwszy szczyt Euro-Tuska...

   "Ludzie, którzy przygotowali te dokumenty chyba nie wiedzą, że Europa od lat jest w kryzysie" - tak z agendy, jaką na swój pierwszy szczyt opracował Donald Tusk na kilkanaście godzin przed jego rozpoczęciem kpił szef liberałów, byly belgijski premier, Guy Verhofstadt. Uważnie dobierając słowa w swojej miażdżącej krytyce, Verhofstadt utwierdził jednocześnie w przekonaniu wszystkich tych, którzy obawiali się, że Polak w unijnym fotelu nie będzie potrafił rozwiązywać gospodarczych problemów Europy. Idąc śladem słabo przygotowanych dokumentów na szczyt, polski Przewodniczący Rady może zresztą nie tylko zaniedbywać sprawy gospodarcze Unii, ale również ze strachu przed oskarżeniami o wrodzoną rusofobię, postawić krzyżyk na konflikcie ukraińskim. W dokumencie przygotowanym na szczyt o Ukrainie są bowiem dosłownie dwa nie wnoszące nic nowego akapity. Donald Tusk zrezygnował też z zaproszenia na szczyt Prezydenta Poroszenki, choć jego belgijski poprzednik robił to dwukrotnie. "Ten szczyt będzie jak cola w wersji light, żeby nie powiedzieć zerowej" "tak przygotowany szkic wniosków końcowych podsumował Verhofstadt. 
   Unijni dyplomaci z otoczenia Tuska bronią szefa, tłumacząc, że spotkanie przywódców na szczycie specjalnie zwołano w okrojonej wersji, by uskutecznić jego przebieg i wprowadzić w ten sposób potrzebne zmiany. Jeśli nikt nie zgłosi sprzeciwu wobec zapisów, jakie przygotował nowy Przewodniczący, co jest możliwe, bo paragrafów jest tak mało, że trudno w nich szukać kontrowersji, to nowy gospodarz może nawet zakończyć szczyt po kilku godzinach obrad.  A wtedy będzie można mówić już o prawdziwym nowym porządku, jaki zaprowadza w Brukseli Polak. 
   Sęk w tym, że pierwsze dla Tuska w nowej roli spotkanie unijnych przywódców  może nie być dobrym momentem na takie rewolucyjne zmiany, zwłaszcza, że obowiązek czterech do roku, dwudniowych szczytów UE jest jasno określony i zapisany w unijnych traktatach... Chcąc pokazać swoją skuteczność, były polski premier może więc w Brukseli wyjść na lekkoducha, który nie przywiązuje do unijnych problemów, wyzwań, czy zwykłych zasad wystarczającej wagi. Premiera Ewy Kopacz na unijnych salonach w ubiegłym miesiącu była więc chyba bardziej udana, choć i dużo łatwiejsza, bo oczekiwania wobec Premier Polski były dużo mniejsze niż wobec polskiego Prezydenta Europy...

Debiut Euro-Tuska na szczycie: 



Guy Verhostadt o dokumentach przygotowanych na szczyt: 



A tak, na swoim pierwszym, unijnym szczycie wypadła Ewa Kopacz: 






Friday, December 12, 2014

Żubrówka ocalona w unijnym sądzie ?

   Słynnego źdźbła polski alkohol chciała pozbawić szwajcarska firma Underberg AG, która już w 1996 roku zgłosiła w unijnym Urzędzie Harmonizacji Rynku Wewnętrznego taki właśnie trójwymiarowy znak towarowy dla swoich wysokoprocentowych napojów alkoholowych. Ówczesny producent żubrówki, Polmos Białystok, obecnie wchodzący w skład CEDC International sprzeciwił się przyznaniu Szwajcarom wyłączności na używanie trawy w butelce jako znaku towarowego, tłumacząc, że sam równiez posługuje się takim symbolem. Unijny Urząd Harmonizacji Rynku Wewnętrznego oddalił jednak sprzeciw Polaków. 
  Producenci słynnej żubrówki nie dali za wygraną i decyzję unijnych urzędników zaskarżyli do Trybunału w Luksemburgu. Trwająca ponad 18 lat batalia wczoraj przyniosła Polakom pierwsze pozytywne skutki. Sędziowie w Luksemburgu decyzję faworyzującą Szwajcarów uznali za niesłuszną. A to oznacza, że przyszłość słynnego źdźbła w polskiej wódce jest jaśniejsza niż się wydawało, choć znając unijne procedury na ostateczny wyrok w tej sprawie pewnie przyjdzie poczekać kolejnych kilka lat. 
  Problemy żubrówki powinny być sygnałem ostrzegawczym dla polskich przedsiębiorców, by nie lekceważyć zasad wspólnego rynku i rejestrować swoje znaki towarowe, zanim inna europejska firma świadomie lub nie, postanowi zarezerwować dla siebie rozpoznawalne i lubiane w Polsce logo.



 
©CEDC International

Saturday, December 6, 2014

Doszlifowany angielski, skomplikowany układ krzeseł i jelita ze stali, czyli pierwszy tydzień Tuska w Brukseli...

   Mija pierwszy tydzień Donalda Tuska w fotelu szefa Rady Europejskiej. Po oficjalnym przejęciu władzy, które odbyło bez zbędnej pompy czy fajerwerków, nowy unijny przywódca, wzorem swojego poprzednika rozpoczął codzienne, często żmudne obowiązki reprezentanta i administratora Rady Europejskiej, które w atrakcyjny sposób próbuje sprzedać podległy mu serwis prasowy. W ciągu pierwszych pięciu dni urzędowania Donald Tusk przyjął w swoim nowym gabinecie szefa Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, spotkał się z przywódcą Afganistanu i odwiedzającymi Brukselę politykami z Łotwy i Finlandii. Gości przyjmował w dość "swobodny" sposób - podkreślają obserwujący wizyty dziennikarze, którzy nie zauważyli u Tuska tremy unijnego nowicjusza, ani wyczekiwanych problemów językowych (warte 100.000 zł korepetycje z języka angielskiego, za które zapłacili polscy podatnicy przyniosły efekty), choć czasem wciąż myliły mu się zasady unijnego protokołu dyplomatycznego, gdy np. sadzał odwiedzających w złych miejscach. Zagraniczni dziennikarze za złe mają mu jednak przede wszystkim brak konferencji prasowej na rozpoczęcie mandatu. Współpracownicy Tuska bronią nowego szefa wskazując, że pięć lat temu Herman Van Rompuy również nie organizował specjalnego spotkania z dziennikarzami, ale w przeciwieństwie do Tuska też takiego nie obiecał. 
   Oczekiwania wobec polskiego premiera są ponadto dużo większe, niż wobec jego belgijskiego poprzednika. Mimo tego Donald Tusk na razie woli tylko naśladować Van Rompuy'a, dlatego oficjalne oświadczenie po spotkaniu z szefem NATO zamiast z głowy, odczytał z kartki. Za to w piątek, który wśród eurokratów traktowany jest jako dzień "poluzowanego krawata",  polski szef, ubrany zgodnie z "dress codem" w lichy sweterek, postanowił zjeść obiad w unijnej stołówce. Ten gest "bratającego się z podwładnymi przywódcy",  unijne służby prasowe Tuska oczywiście uwieczniły na twitterze. Jeden z eurokratów twitujący jako "captain europa" obiad Polaka w unijnej kantynie, której dania niejednego urzędnika i korespondenta (!) przyprawiły o rewolucje żołądkowe, uspokoił że "Tusk wychowany jest przecież na kuchni czasów Jaruzelskiego, dlatego na pewno jelita ma ze stali". Choć w pracy, która polega przede wszystkim na godzeniu często skłóconych unijnych stolic, bardziej niż jelita przydałyby mu się stalowe nerwy. 


                                                  Wydarzenia Polsatu, 29.12.2014


                                                      Wydarzenia Polsatu, 1.12.2014







Polished English, complicated EU protocol and intestines from steel - highlights of Tusk's first week  in Brussels...

   The first week of Donald Tusk in the chair of the EU Council President is coming to an end. After official passing of power, which happened without fireworks, the new EU leader from Poland has started his new, daily and sometimes boring EU duties, representing and administrating works of the EU Council. During the first five days Donald Tusk met with the chefs of the EU Commission, European Parliament, Nato and greeted visiting Brussels politicians from Afghanistan, Latvia and Finland.  He was at ease when welcoming the guests in his new role, admit journalists, who watched the visits. No signs of the newcomer's stress or attended language problems were noticed (so the 100,000 PLN of Polish tax payers money spent on Tusk English classes paid off), but former Polish PM was struggling a bit with the EU diplomatic protocol, putting his guests in wrong seats. 
EU corespondents also criticise him for not organising a press conference at the start of his mandate. And although Tusk's people in Brussels points out that there was also no conference organised by Van Rompuy when he took the job five years ago, the Polish EU President though has officially promised to make one, when he was elected. 
   Tusk is also raising more expectations than his Belgian predecessor. But despite that, so far he prefers  to only copy Herman Van Rompuy and that's why, like Van Rompuy, he didn't orate but read out his official statement after the visit of Nato Secretary General. 
On Friday though, which for many eurocrats is "a day without tie"the  Polish EU Council chef happily followed the special dress code and went even further than that. Dressed in a downmarket jumper he ate his lunch at the Council cantine, despite its reputation of causing stomach revolutions amongst EU workers and correspondents (!). The photo of this gesture of "a leader fraternizing with his subordinates" was then published on twitter by his press service. One of twitter users, known as "captain Europe" reacted to Tusk brave culinary experience: "The food can't be much worse than it was in Jaruzelski's Poland. Tusk must have intestines of steel". 
One is certain, to be efficient in his new job that requires making deals between often divided EU states, new EU leader from Poland does not only have to have intestines but also nerves made of steel.  


Thursday, October 30, 2014

Bruksela Tuska...

   Donald Tusk uczestniczy dziś w pożegnalno - powitalnym spotkaniu w Komisji Europejskiej, bo bieżący tydzień jest ostatnim w roli szefa Komisji Europejskiej dla Jose Manuela Barroso. Przewodniczący Rady UE, Herman Van Rompuy będzię urzędował w Brukseli wprawdzie jeszcze przez miesiąc, ale Belg też po mału pakuje już swoje manatki i robi miejsce swojemu następcy z Polski. A co czeka Donalda Tuska w Brukseli? 
  Biuro Hermana Van Rompuya, to skromny, niemalże surowy pokój, z jedną szafką i biurkiem na którym bynajmniej nie kłębią się unijne dokumenty, a książki, w tym tomy poezji "haiku", której belgijski Przewodniczący Rady jest gorącym zwolennikiem. Kopie przemówień i projektów unijnych przepisów łatwiej znaleźć na biurkach sekretarek i pomocników Van Rompuya. To grupa w sumie 40 osób, wchodzących w skład 5 sekretariatów, w tym aż 4 rzeczników. Jeśli jego następca, Donald Tusk zażyczy sobie więcej asystentów, to pewnie ich dostanie, bo nie ma regulacji dotyczących liczby ludzi, jaką może zatrudnić szef Rady. 
   Jest natomiast budżet do dyspozycji dla jego gabinetu, ale jego wartości nikt w Radzie nie chce ujawnić. Według dziennikarzy brytyjskiego Guardian'a koszty biura odchodzącego przewodniczącego wynosiły ok. 20 mln euro, z czego 4 mln euro stanowiły wydatki na podróże. I nie chodzi tu bynajmniej o prywatne wyjazdy Van Rompuy'a do ojczyzyny, bo po pierwsze belgijski polityk w Brukseli był jak najbardziej u siebie, a po drugie, jak tłumaczy mi Preben Aamann z gabinetu Van Rompuya "Rada nie finansuje prywatnych wyjazdów, dlatego jeśli Donald Tusk będzie chciał wracać na weekend do Sopotu, to będzie musiał sam płacić sobie za takie podróże". 
   Donald Tusk w Brukseli będzie musiał również sam znaleźć i opłacić sobie mieszkanie. "To nie Stany Zjednocznone, nie mamy Białego Domu, w którym mógłby zamieszkać Prezydent", tłumaczy Isabelle Brusselsman z Rady UE. Na mieszkanie Donald Tusk będzie otrzymywał jednak z budżetu Rady specjalny dodatek, rzędu 50 tys. euro rocznie. Jego dochody w Brukseli w porównaniu do pensji w Polsce wzrosną ponadto sześciokrotnie, z 230 tys. złotych do 1,250,000, czyli ponad 105,000 zł miesięcznie, jako szefa Rady. Do tego dojdzie prawo do unijnej emerytury. Obecny szef Rady, Herman van Rompuy ma jej dostawać ponad 20.000 zł miesięcznie. 
   Za takie wynagrodzenie jako Przewodniczący Rady Europejskiej Tusk będzie przygotowywał unijne szczyty, współpracował z Komisją i Parlamentem Europejskim, odwiedzał wszystkie 28 unijnych stolic i brał udział w szczytach Unia-Stany Zjednoczone, Chiny, czy Rosja. Jeśli zechce, przemówienia na wszystkie te wydarzenia będzie mu przygotowywał zatrudniony w tym celu człowiek. "Speechwriter" Hermana Van Rompuya, Luc przekonuje, że "choć szef Rady nie ma wielkich kompetencji, to często właśnie swoimi słowami może wpływać na politykę".
   W Brukseli do dyspozycji Donald Tusk będzie miał również szoferów, kamerdynerów i ochroniarzy. A od przyszłego roku także wartą ponad 330 mln euro nową siedzibę Rady. Do nowoczesnego budynku polski Przewodniczący oczywiście przeniesie się z całą swoją świtą. Choć tej wcale nie będzie mógł rano mówić "dzień dobry". W jego gabinecie zgodnie z unijnymi wymogami będzie mogło pracować jedynie kliku urzędników z Polski. Już wiadomo, że Tusk do Brukseli zabiera ze sobą byłego ministra ds. europejskich Piotra Serafina i rzecznika rządu Pawła Grasia. W jego gabinecie ma pracować m.in. Estonka, Francuz, Luksemburczyk, a rzecznikiem prasowym będzie Duńczyk Preben Aamann.
   Dlatego, choć Donald Tusk będzie znacznie lepiej zarabiał i pracował w znacznie lepszych warunkach, to na ręce będzie mu patrzeć znacznie więcej krytyków. Jeśli chce by tak jak Hermanowi van Rompuy'owi i jemu kadencję przedłużono z dwóch i pół do pięciu lat - będzie musiał naprawdę się napracować.









Video kalendarium wyboru Tuska na szefa Rady UE: 

30.08.2014



31.08.2014


01.09.2014




Brussels of Tusk...

   Donald Tusk is attending a farewell party at the European Commission today, as this week is the last one for Jose Manuel Barroso at the EC chair. The Council President, Herman Van Rompuy will still work for another month but Belgian EU leader is also already preparing to give his office to Donald Tusk. So what the former Polish PM will inherit from his Belgian predecessor? 
   The office of Herman Van Rompuy is a very ascetic, simple place with just a few shelves and a desk, where one can find classical literature and haiku poems rather than EU documents.  Official speeches and drafts of EU legislation pill up on desks of his advisors and assistants though. This team during the last 5 years consisted of some 40 people, grouped in 5 secretaries. But if Donald Tusk will ask for more staff, his demand will most likely be fulfilled, as in fact there is no particular regulation about the number of people working in the EU Council President cabinet.
   The number of staff however can be restricted by the budget which on the contrary is clearly defined, although the exact amount of it is not officially revealed. According to the Guardian journalists the leaving President Van Rompuy's spendings were around 20 bln euro, out of which 4 bln were traveling costs only. And we are strictly talking about professional, not private voyages, as Belgian EU chef didn't have to go abroad to see his family.  The new one will most probably do it but the Council authorities already warn him against using EU tax payers money for this purpose. "If Donald Tusk will want to visit Poland for private reasons, come back to his family in Sopot for the weekend for example, then he will have to pay for such journeys from his own pocket", explains Preben Aamann from Van Rompuy's office.
   Donald Tusk will also have to find and pay for his own accommodation in Brussels. "We are not United Stets of America, there is no white house for our President here", explains Isabelle Brusselsman from the EU Council. For accommodation expenses though Donald Tusk will be given extra money,  around 50.000 euro yearly. His incomes in general will grow six times, from 230.000 zlotys as a Polish PM to the equivalent of 1,250,000 zlotys as the Council President, so around 105,000 zlotys monthly. He will also be entitled to the EU pension. Herman Van Rompuy will be getting the equivalent of some 20.000 zlotys pension per month.
   For such a salary as the President of the EU Council Tusk will be preparing EU summits, closely cooperating with the European Commission and the European Parliament, pay constant visits to 28 EU countries and participate in EU summits with third countries. If he will like, all his speeches for these events will be written by a speechwriter. The one working for Van Rompuy, Luc admits that "despite the fact that the Council head doesn't have big competences, he can often influence the politicians with his words". 
   Donald Tusk in Brussels will also have at his disposal the army of butlers, drivers and security men. And next year he will also enjoy new office in the currently constructed for some 330 bln euro new EU Council headquarters. He will certainly move in there with all his "court", but he will not be able to say "dzień dobry"/ "good morning" in Polish language to his people. As according to EU rules, only couple of Poles will be allowed to work in his cabinet.  And most probably this post will be taken by Poland's ex european affairs minister, Piotr Serafin, and Donald Tusk's ex spokesperson, Paweł Graś. In his cabinet Tusk will most probably work with officials from Estonia, Luxembourg and France, and his spokesperson will be a Dane, Preben Aamann. 
   In a nutshel, even if Donald Tusk in the EU Council chair will earn much more and work in much better conditions, he will also be much more controlled and criticized for his mistakes, at least at the beginning. If his ambition is to pre-long his term for another 2,5 years, as in case of Van Rompuy, he will indeed have to work hard for it.


Wednesday, October 22, 2014

Euro-oryginały...

   Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami Europarlament w ciągu ostatnich 3 tygodni prężył swoje muskuły na potęgę. Na potęgę i... na czysty pokaz, bo choć eurodeputowani kręcili nosem na kilku kandydatów na komisarzy, to wymienić dla zasady kazali tylko jednego, byłą premier Słowenii, Alenkę Bratusek, za to, że nie zdążyła w ciągu miesiąca przyswoić sobie wiedzy na temat polityki energetycznej Unii, którą miała się zajmować w Brukseli i za to, że w internecie można obejrzeć wideo z komunistycznej uroczystości, w której kiedyś wzięła udział. Po wymianie Słowenki, która stała się kozłem ofiarnym europarlamentarnych przesłuchań, eurodeputowani dziś bez problemu zaakceptowali nowy "unijny rząd", choć w jego skład weszli politycy, którym zarzucić można dużo więcej niż komunistyczne biesiadowanie. Dlatego podsumowując tzw. przesłuchania kandydatów na komisarzy, w czasie których eurodeputowani nie żałowali często personalnej krytyki byłym ministrom i premierom, warto przypomnieć, jakie osobowości 5-miesięcy temu otrzymały mandat europosła. Wśród 751 nowo-wybranych eurodeputowanych nie brakuje bowiem prawdziwych euro-oryginałów, którzy dużo bardziej niż kandydaci na komisarzy zadziwiają, a często szokują swoimi życiorysami. 
   Po majowych wyborach w ławie europosła zasiada na przykład 92-letni Manolis Glezos. Gdy spotykam go w Strasburgu, wiekowy eurodeputowany bez pośpiechu przemierza korytarze Europarlamentu. Były członek greckiego ruchu oporu po raz pierwszy, choć nie ostatni został skazany na śmierć, gdy w czasie niemieckiej okupacji  zdarł swastykę z Akropolu. Teraz w Parlamencie Europejskim dzieli salę z neonazistami. "Trudno, nigdy się ich nie bałem, teraz też sobie poradzę, będę walczył już nie mięśniami, ale słowem", trochę na pokaz odgraża się Glezos. 
    W słowach nie przebierają jednak również neonaziści. Wybrany na europosła Udo Voigt uważa Hitlera za wielkiego męża stanu i żąda zniesienia w Niemczech zakazu używania pokojowego jego zdaniem, pozdrowienia "Heil Hitler". "Hitler był wielkim mężem stanu, dlatego spowodował wielkie zmiany na świecie, zresztą tak, jak Stalin i wielu innych polityków", tłumaczy mi eurodeputowany NPD, Udo Voigt.
   Na europosła Niemcy wybrali również satyryka.  Martin Sonneborn wygrał eurowybory hasłami  "Merkel jest Głupia", które po interwencji prawników kanclerz, przebiegle zmienił. "Zastąpiliśmy słowo głupia na gruba, bo tego nie trzeba udowadniać, wystarczy na nią spojrzeć", mówi Martin Sonneborn, eurodeputowany niemieckiej parti "Die Partei". W Europarlamencie niemiecki satyryk już przygotowuje swoją pierwszą propozycję unijnych przepisów. "Chcę by wszystkie pistolety produkowane w Unii miały kształt korniszonów, to najlepszy sposób na zwiększenie pokoju na świecie" , chwali się swoim pomysłem. Takie unijne przepisy mogą spodobać się greckiemu bohaterowi wojennemu, zwłaszcza że jako europoseł  nie zamierza zawieść swoich wyborców i pomimo strachu przed lataniem, do Brukseli z Grecji wciąż planuje dojeżdżać  autobusem, albo najlepiej, jak mówi: "Łodzią podwodną!". 
   Co na to mniej wyraziści europosłowie? "Ci wszyscy kolorowi w kwestii poglądów czy historii życia  europosłowie, oni nie mają znaczenia jeśli chodzi o wpływ na decyzje", tłumaczy mi Jerzy Buzek. Z wyborów na wybory to oni jednak coraz liczniej zasilają europarlamentarne ławy. A z nich do unijnego rządu, czyli Komisji Europejskiej tylko jeden krok. W nowej Komisji Europejskiej jest kilku byłych europosłów. Na razie wciąż nie tych najbardziej nieprzewidywalnych, ale i to może się zmienić, jeśli unijni politycy nie znajdą sposobu na ograniczenie rosnącej popularności polityków o radykalnych poglądach.








Manolis Glezos 

  

















Martin Sonneborn

                              UdoVoigt


Tuesday, October 7, 2014

Conchita Wurst gościem eurodeputowanych...

   Na kilka tygodni przed wizytą Papieża Franciszka w Europarlamencie, do Brukseli eurodeputowani zaprosili Conchitę Wurst, tegoroczną laureatkę Eurowizji. Brodata piosenkarka wystąpi na Esplanadzie "Solidarności 1980" przed Europarlamentem. I choć została zaproszona przez polityków europejskiej lewicy, to na jej występ zgodę wyraziły wszystkie frakcje w Parlamencie Europejskim. 
   Obywatele większości unijnych krajów deklarują mocną akceptację dla homoseksualizmu. Według ostatnich badań instytutu Pew Research Center, o ile w Polsce tylko 42% społeczeństwa popiera jednopłciowe związki i jest to najsłabszy wynik po Rosji, o tyle już w Niemczech, czy Belgii praw gejów i lesbijek chce bronić ponad 85% ludzi. Na czele belgijskiego rządu od ponad 3 lat stoi Elio di Rupo,  polityk, który zawsze otwarcie mówił o swojej orientacji seksualnej. Nowy premier Luksemburga nie tylko żyje w jednopłciowym związku, ale swojego partnera często zabiera w państwowe podróże. Osoby tej samej płci mogą zawierać małżeństwa w Belgii, Holandii, Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Danii i Wielkiej Brytanii. W tych krajach, poza Portugalią, małżeństwa jednej płci mogą również adoptować dzieci. Homoseksualne związki partnerskie można formalnie rejestrować także w Austrii, Belgii, Czechach, Danii, Finlandii, Francji, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Słowenii, na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii.
"Tajemnicą poliszynela" w Brukseli jest, że z takiego prawa korzysta również wielu eurodeputowanych, którzy żyją jednopłciowych związkach.  I mowa tu nie tylko o europosłach partii lewicowych. 

   Europejska chadecja, której kręgi zasilają polscy europosłowie z Platformy Obywatelskiej w teorii i w praktyce nie tylko broni, ale otwarcie promuje prawa mniejszości seksualnych. Ławy poselskie z eurodeputowanymi, którzy żyją w związkach jednopłciowych w Parlamencie Europejskim dzielą  również europosłowie Prawa i Sprawiedliwości. Jeden z nich jeszcze w ubiegłej kadencji mówił mi: "oczywiście, że wiemy o orientacji naszych kolegów z Europejskiej Frakcji Konserwatystów, ale lepiej żeby nasi wyborcy w Polsce o tym nie wiedzieli. Osobiście bardzo ich lubię, to mądrzy, sympatyczni ludzie; europejska prawica bardzo różni się od polskiej". Gejów i lesbijki w Brukseli szanuje nawet skrajna prawica. To z powodu "homofobii" Janusz Korwin Mikke  nie został przyjęty do skrajnie prawicowej, eurosceptycznej frakcji tworzonej w Parlamencie Europejskim przez Marie Le Pen. Anty-europejscy  politycy już dawno przekonali się bowiem, że o ile na kozła ofiarnego łatwo wskazać "Unię", albo nie mających głosu imigrantów, o tyle cios w homoseksualistów, to coraz częściej strzał w stopę, bo w coraz bardziej laickim i liberalnym społeczeństwie w Europie rośnie akceptacja dla osób o różnych orientacjach seksualnych, a w samych kręgach władzy w UE, bez wyjątku, nie brakuje otwarcie przyznających się lub wciąż ukrywających gejów. 
   Wygraną Conchity w Eurowizji Jarosław Kaczyński uznał jednak za "dowód na upadek współczesnej Europy". Jutro Europa w swoim sercu, będzie koncertem Conchity manifestować szacunek dla mniejszości seksualnych. Może to dobra pora na to, by polscy europosłowie w sprawie mniejszości seksualnych wreszcie pozbyli się hipokryzji i przyszli obejrzeć koncert, jakby nie było swojego gościa? 





Thursday, October 2, 2014

"Zadziorna, zawodowa biurokratka", czyli Bieńkowska na unijnym grillu...


  Gdy na pytanie prowadzącego przesłuchanie, Jerzego Buzka: "Czy mogę Panią prosić o przestrzeganie czasu", Elżbieta Bieńkowska odpowiedziała "prosić Pan może", kilku zszokowanych bezpośredniością Polki eurodeputowanych otworzyło szeroko oczy. Bieńkowskiej wystarczyło kolejnych kilka minut by utwierdzić europosłów, że choć Polka na komisarza ds. przemysłu, czy przedsiębiorczości się nadaje, to nigdy nie mogłaby zostać unijną szefową dyplomacji. "Gratuluję zdecydowania" nieśmiało zuchwałość Bieńkowskiej podsumowywała jedna z zagranicznych europosłanek. A w miarę, jak upływały kolejne godziny przesłuchania Polka coraz bardziej przemądrzale odpowiadała na pytania. "Obawiałam się, że zada mi Pani jakieś strasznie trudne pytanie, ale na to mogę odpowiedzieć po prostu dwa razy tak", w taki sposób Bieńkowska skwitowała pytanie zadane jej przez samą przewodniczącą parlamentarnej komisji ds. przedsiębiorczości, która omal się nie zaczerwieniła, gdy Polka uznała jej pytanie za banalne. 
   Na rosnącą z minuty na minutę zuchwałość Bieńkowskiej europosłowie również zaczęli reagować mniej wygodnymi pytaniami. "Czy to prawda, że nigdy nie pracowała Pani w sektorze prywatnym, a teraz chce dbać o interesy unijnych przedsiębiorców"? przewrotnie pytała jedna z eurodeputowanych. "Z Pani życiorysu wynika, że jest Pani zawodową biurokratką, która w dodatku nigdy nie była demokratycznie wybrana, a jedynie nominowana do sprawowania kolejnych urzędów", sceptycznie wtórowała jej druga. "Tak, ale to, co osiągnęłam, osiągnęłam sama. Nie jestem specjalistą we wszystkich dziedzinach, ale w każdej mam własne zdanie i mogę wyznaczyć drogę, która moim zdaniem jest najlepsza, a poza tym dobrze zarządzam ludźmi", bez cienia skruchy odpowiadała Bieńkowska. "Ona robi wrażenie osoby bardzo pewnej siebie, nawet momentami zadziornej, żeby nie powiedzieć bezczelnej", tak wystąpienie polskiej kandydatki na komisarza podsumowała eurodeputowana PO, Róża Thun. 
   Pewności siebie Bieńkowskiej brakowało tylko w chwilach, gdy zapominała polskich słów, a to zdarzało się prawie w co drugiej odpowiedzi. Przyszła polska komisarz sama zdecydowała, że po wygłoszeniu wstępnego przemówienia do eurodeputowanych w języku angielskim, na ich pytania będzie odpowiadała już w języku ojczystym, który dalej będą przekładali parlamentarni tłumacze. Jak się jednak okazało, Bieńkowskiej wystarczyło kilka godzin w Brukseli, by zapomnieć polskiego. Do swoich polskich odpowiedzi co chwila wkładała angielskie zwroty, tłumacząc, że polski odpowiednik wyleciał jej z głowy. A nie chodziło bynajmniej o skomplikowane słowa. "Umiejętności", "ocena ryzyka", "wspólne korzyści", czy "najpierw myśl na małą skalę" to tylko niektóre zwroty, których polskie wersji Bieńkowska nie pamiętała, albo z nerwów zapomniała.  Jej hiper-asertywność mogła  bowiem równie dobrze być tylko sztuczną zasłoną stresu? Jakby nie było, nie przeszkodziła w zdobyciu poparcia eurodeputowanych, którzy "zadziornej Polce" mimo wszystko oficjalnie dali dziś kredyt zaufania, a po cichu już współczuli jej współpracownikom w Brukseli. 


                                 © European Parliament Audiovisual Unit

Sunday, September 28, 2014

Przyszli unijni komisarze na ruszcie eurodeputowanych...


   W Parlamencie Europejskim rozpoczyna się jutro wielkie grillowanie. Na ruszcie europosłowie smażyć będą kandydatów na komisarzy. I choć tzw. przesłuchania polityków, jakich do Brukseli oddelegowało 28 rządów jeszcze się nie zaczęły, to niektórych kandydatów na komisarzy już czuć spalenizną. 
   Parlament Europejski jeszcze nigdy w swojej historii nie zaakceptował od razu przedstawionego mu składu nowej Komisji Europejskiej. Europosłowie w ten sposób nie tylko pokazują, że zależy im na tym, by unijne prawo proponowali i stanowili kompetentni i uczciwy politycy, ale również wykorzystują przesłuchania, by prężyć muskuły… Pięć lata temu grillowania europosłów nie przeszła Bułgarka, Rumiana Żelewa. Eurodeputowani zarzucili jej złożenie niepełnego oświadczenia majątkowego i brak kompetencji w dziedzinie pomocy humanitarnej, jaką miała się zajmować w Komisji Europejskiej. Ówczesny przewodniczący europejskiej chadecji w PE, z której pochodziła Rumunka, Joseph Daul po jej rezygnacji tłumaczył, że Żelewa padła ofiarą bezpodstawnych ataków ze strony przeciwników politycznych. "Nasi oponenci rzucali oskarżenia bez żadnego dowodu wiedząc, że ataki personalne choćby bez żadnych podstaw, podważą jej kompetencje", mówił Daul. Winna, czy nie, spalona kandydatka z Bułgarii to przykład tego, jak bardzo gorący i nieprzewidywalny bywa europarlamentarny grill. 
   Jego temperatura tym razem może być jeszcze wyższa, niż dotychczas, bo ogień pod kilkoma kandydatami został zapalony tuż po ich nominacji. Puścić z dymem eurodeputowani chcą m.in. brytyjskiego polityka, Jonathan'a Hill'a. Nominację lorda Hill'a, byłego lobbysty i obrońcy interesów City do fotela komisarza ds. usług finansowych, czyli tych dziedzin, które od czasu kryzysu gospodarczego znalazły się na celowniku Brukseli, wielu eurodeputowanych traktuje jako niesmaczny żart, przypominający "wpuszczenie lisa do kurnika". Bo prawie nikt nie potrafi sobie wyobrazić, że liberalny, wolnorynkowy polityk, rzecznik interesów londyńskiego świata finansów, w fotelu unijnego komisarza nagle się zmieni i będzie kontynuował pracę swojego poprzednika, polegającą na zwiększaniu unijnej kontroli i regulacji w sektorze bankowym. 
   Podobne podejrzenia eurodeputowanych budzi Pierre Moscovici, francuski kandydat na komisarza ds. gospodarczych i monetarnych. Minister finansów w socjalistycznym rządzie Francois Hollande'a nigdy nie krył swojej niechęci do dyscypliny budżetowej, dlatego wielu europosłów nie wierzy w to, że w nowej roli będzie pilnował wydatków unijnych rządów. Władze w Paryżu zresztą już utwierdziły niechętnych Francuzowi europosłów w tym przekonaniu, gdy dzień po jego nominacji, zuchwale zapowiedziały, że nie zredukują swojego deficytu na czas, jaki wyznaczyła im Bruksela. 

   Na unijnym grillu poza kandydatami do najważniejszych, gospodarczych departamentów Komisji Europejkiej, spaleni mogą zostać również politycy, wskazani do ważnych dla Polski tek energetycznych. Zastrzeżenia europosłów budzi zarówno Hiszpan, Miguel Canete, który w ciągu kolejnych 5 lat miałby zajmować się polityką energetyczną, jak i Słowenka, Alenka Bratusek, która w nowej KE ma nadzorować powstającą unię energetyczną. Usmażyć tych polityków europosłowie mogą jednak nie ze względów politycznych, a raczej obyczajowych. Hiszpanowi wprawdzie początkowo wytknięto, że posiada udziały w spółkach naftowych, ale tuż po swojej nominacji miał je pośpiesznie sprzedać. Canete nie udało się jednak powstrzymać plotkarzy, którzy poinformowali eurodeputowanych o jego "wpadce" w czasie kampanii wyborczej w kraju, gdy swoją kontrkandydatkę uznał za mniej "światłą" niż on sam, z powodu płci. Taki incydent w przeczulonej na punkcie gender i równouprawnienia Brukseli traktowany jest jako olbrzymie wykroczenie i może spalić Hiszpana na unijnym ruszcie. 
   Płomienie Europarlamentu jeszcze przed właściwym grillowaniem dopadły również Alenkę Bratusek. Ogień pod byłą premier Słoweni rozpalili w Brukseli jej krajowi przeciwnicy, którzy nie tylko poinformowali unijne władze, że Bratusek sama zgłosiła się do posady w Brukseli, ale również zadbali o to, by w ręce eurodeputowanych dostał się film z święta komunizmu, na którym słoweńska premier świetnie się bawiła, śpiewając międzynarodówkę i piosenki o Unii Europejskiej jako bandzie złodziei…
   Na tle tak kontrowersyjnych kandydatów, zaproponowana na stanowisko komisarza ds. rynku wewnętrznego, przemysłu, małych i średnich przedsiębiorstw Polka wypada dość pozytywnie. Choć to wcale nie oznacza, że trzygodzinne grillowanie, w czasie którego Bieńkowska będzie musiała odpowiedzieć na ok. 45 pytań eurodeputowanych, a na każdą odpowiedź będzie miała tylko dwie minuty, pójdzie jej jak z płatka. Części eurodeputowanym nie podoba się, że w ramach swojego obszernego resortu Polka będzie zajmowała się również przemysłem farmaceutycznym, którego wrażliwości może nie znać. Podejrzenia innych budzi natomiast wyjątkowo ascetyczne oświadczenie majątkowe Bieńkowskiej, z którego wynika, że Polka jest najbiedniejszym kandydatem do unijnej posady. 


                                                                                                  ©European Parliament Audiovisual Unit



Thursday, September 11, 2014

Cwany jak polski rolnik w Brukseli...

   Komisja Europejska zawiesiła wsparcie dla rolników, bo zalały ją fałszywe wnioski o pieniądze z Polski. Do wykorzystania producenci łatwo psujących się owoców i warzyw, których eksport do Rosji uniemożliwiły sankcje, mieli 125 mln euro. O te środki rolnicy z całej Unii mogli ubiegać się na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, wysyłając do Brukseli wnioski z wyliczonymi stratami. Takie zasady, na które początkowo Polacy kręcili nosem, obawiając się, że ubiegną ich rolnicy z innych państw, okazały się jednak niezwykle korzystne dla farmerów znad Wisły. 89% wniosków o wsparcie, jakie wpłynęły do Brukseli właśnie z Polski. Sęk w tym, że ilość wniosków nie odzwierciedla ich jakości, a do tej ostatniej Komisja Europejska ma wiele zastrzeżeń. Bruksela nie ukrywa również żalu do polskich władz za to, że nie wypełniły obowiązku dokładnej kontroli składanych przez rolników podań. Już dwa tygodnie temu, gdy polscy producenci jabłek i papryki protestowali przed Komisją Europejską, unijni dyplomacji mówili, że "polski rząd, zamiast nasyłać rolników na Brukselę, powinien po prostu pomóc im prawidłowo wypełnić wnioski, a wtedy z unijną pomocą nie będzie problemu". Rzecznik KE ds. rolnictwa, Roger Waite dziś oficjalnie już przyznał, że  choć  w ciągu ostatnich dni Komisja Europejska kilkakrotnie prosiła polskie ministerstwo rolnictwa o weryfikowanie danych dotyczących rzeczywistych strat polskich rolników, to polskie władze pozostawały głuche na apele Brukseli. 
   Tymczasem fałszerstw w polskich podaniach nie sposób nie zauważyć. Polscy producenci kapusty w swoich wnioskach o unijne wsparcie na przykład twierdzą, że starty jakie ponieśli na skutek rosyjskiego embarga są pięć razy większe niż cały roczny unijny eksport tego warzywa do Rosji... Nic dziwnego, że takie wyliczenia Polaków wzbudziły wątpliwości w Brukseli. I choć Komisja Europejska rzeczywiście zbyt skąpo potraktowała potrzeby poszkodowanych rosyjskim embargiem unijnych rolników, to przez oszustwa Polaków i przymykanie na nie oczu polskich władz, szanse na jakiekolwiek odszkodowania stracili producenci owoców i warzyw z innych państw, którzy do wniosków o pomoc chcieli podejść rzetelnie i uczciwie. 
Pieniędzy najpewniej nie dostaną zresztą również polscy oszuści, bo Bruksela ich wnioski odeśle do Warszawy, licząc na to, że polskie ministerstwo rolnictwa tym razem wywiąże się ze swoich obowiązków i zweryfikuje dane. Przy okazji oddalone mogą zostać jednak również  poprawne podania z Polski. Na nierozsądnej zagrywce polskiego ministerstwa rolnictwa najwięcej stracą zatem polscy rolnicy i to pewnie nie tylko tym razem. Bruksela jest pamiętliwa i raz zdobytej łatki oszusta, żerującego na unijnej kasie, trudno się tu pozbyć...


                                            Polscy rolnicy manifestują przed Komisją Europejską

Sunday, July 13, 2014

Pierwsze kroki polskich euronowicjuszy...


   Oficjalnie zaprzysiężonych w Strasburgu, zarejestrowanych w Brukseli, a nawet podzielonych na grupy polityczne i komisje parlamentarne 51 polskich europosłów ma już za sobą pierwsze doświadczenia w Parlamencie Europejskim. W tym tygodniu po raz drugi wezmą udział w sesji plenarnej, na której zostanie wybrany nowy szef Komisji europejskiej. Po pierwszych kilku tygodniach sprawowania europoselskiego mandatu, ze mną podzielili się mniej oficjalnymi spostrzeżeniami. 
   Janusz Korwin Mikke na przykład pomimo tego, że w Europarlamencie posługuje się dwoma językami obcymi: francuskim i angielskim, czego byłam świadkiem, nie potrafił uruchomić parlamentarnej maszyny do kawy…Ekspresu wprawdzie nie kopną ani nie opluł, a niezadowolony i zniechęcony nieudanymi próbami skwitował tylko: "nie ma nawet kawy, żeby mnie napoić, a mówiłem przecież, że ta Unia się rozwali z powodów finansowych". Kawę udało się wypić Markowi Jurkowi z PiS, ale nie był nią zachwycony. "Zwykła rozpuszczałka" odpowiedział, gdy zapytałam czy smakowała mu parlamentarna espresso. O tym, że w pracowitym dniu  europosła dodający siły napój jest niezbędny, przekonała się także Beata Gosiewska, choć eurodeputowana PiS nie szukała kawy, a herbaty, "ale nie znalazłam, bo tu wszyscy piją podobno kawę i jest deficyt herbaty". A stawiająca na nogi teina była europosłance bardzo potrzebna, bo jak relacjonowała: "Wstałam dzisiaj o 5-tej rano po to, żeby przylecieć z Warszawy do Brukseli. Potem była cała ta biurokracja, wypełnianie papierów i ten pracowity dzień skończymy ok. 21, więc jak na pierwszy dzień, to rzeczywiście te opowieści, że w Parlamencie Europejskim się  łatwo i przyjemnie spędza czas, nie są póki co prawdziwe". Prawdą jest natomiast, że nadgodziny można czasem odespać na sali, o czym przekonała się Julia Pitera. Świeżo upieczona eurodeputowana PO na swoim pierwszym posiedzeniu z trudem podtrzymywała powieki. "Ja dzisiaj jestem zmęczona niewątpliwie natomiast nie było czasu na odpoczynek po kampanii, bo ona przecież dopiero się skończyła" tłumaczyła Pitera. 
   A w Europarlamencie fizyczna i psychiczna sprawność zwłaszcza na początku, co zauważyli prawie wszyscy polscy euronowicjusze, bardzo się przydaje. "W momencie gdy weszłam do tej sali, gdy trzeba było od 1-6 stolika przechodzić, to się czułam jak tworzywo rzucone do obróbki na taśmie technologicznej..".  Tak proces rejestracji nowych eurodeputowanych relacjonowała Krystyna Łybacka z SLD.  W wyniku "obróbki" każdy europoseł otrzymał identyfikator, który Janusz Korwin Mikke porównał do "kolczyka, jaki świniom się wpina w uszy, a tutaj się na szyi wiesza", mówił dziennikarzom. I choć identyfikator otwiera drzwi do unijnych korytarzy, to, jak przekonali się polscy euronowicjusze,  by je poznać potrzeba prawdziwej siły w nogach. Dla byłego sportowca Bogdana Wenty nie stanowiło to problemu, a nawet było prawdziwą gratką. "Mam nadzieję, że jeszcze pobiegam tutaj trochę" mówił, gdy zatrzymałam go na jednym z korytarzy w parlamentarnym gmachu. Pokonanie kilometrów unijnych korytarzy nie wszystkim idzie jednak łatwo. "Na razie błądzę,  rzeczywiście budynek jest przepotężny i poznać topografię , geografie i ścieżki, którymi się trzeba poruszać to jest bardzo trudna sprawa.." przyznał Janusz Piecha  z PiS. Jeszcze trudniejsza, gdy ulice wokół Europarlamentu poznaje się w deszczu, jaki przywitał eurodeputowanych w Brukseli. "Ponoć to jest tak cały czas, że pada, wcześniej też padało i będzie padać i tak jest ciągle, trzeba  jakąś lampę sobie kupić rozświetlającą do domu, żeby nie dostać depresji, ja na przykład bardzo źle reaguje na tak mało słońca, ale wracam do Polski na weekend " już pociesza się Agnieszka Kozłowska Rajewicz z PO. Bo niektórym nowym europosłom z Polski wystarczyło kilka godzin w Brukseli, by zatęsknić za Warszawą… 




 © European Parliament Audiovisual Unit


 ©All rights reserved: Polsat TV Sp.Z.O.O.

Wednesday, July 9, 2014

Eurobiurowce vs. mieszkania w Brukseli...

   Do Brukseli powoli sprowadzają się zwycięzcy majowych wyborów do Europarlamentu. Nowi europosłowie, ich asystenci i sekretarki w stolicy Europy nie przez wszystkich są jednak mile widziani.  Zwykli mieszkańcy Brukseli mają bowiem dość eurokratów, którzy po zaporowych cenach wykupują i wynajmują jedyne dostępne na rynku mieszkania, zmuszając Belgów do szukania dachu nad głową o dużo niższych standardach, albo daleko poza centrum.  
Armia 40.000, a według niektórych szacunków nawet 50.000 eurokratów w Brukseli stwarza problem mieszkaniowy zresztą nie tylko ze względu na swoją ilość, czy siłę nabywczą, ale również sam cel  pobytu w belgijskiej stolicy. To dla unijnych urzędników już w latach 70-tych, gdy zdecydowano, że większość wspólnotowych instytucji będzie miała siedzibę w Brukseli, belgijscy architekci skupili  bowiem całą swoją uwagę na budowie biurowców, zapominając, że pracujący w nich w ciągu dnia ludzie, po pracy będą musieli gdzieś mieszkać. Skutki takich błędnych decyzji  z lat 70-tych widać w Brukseli do dziś. 
"W Brukseli do dyspozycji jest 13 mln m2 powierzchni biurowej. To bardzo dużo dla miasta, które liczy niewiele ponad milion mieszkańców", tłumaczy mi dyrektor  Observatoire des Bureaux w Brukseli. 
Tym bardziej, że znacząca część tej powierzchni pozostaje niewykorzystana, bo gdy na stare biurowce z lat 70-tych, w których trudno zainstalować nowoczesną infrastrukturę eurokraci zaczęli kręcić nosem,  belgijscy architekci i deweloperzy wybudowali im nowe obiekty. Komisja Europejska zajmuje obecnie aż 54 budynki (822.000m2), a Parlament Europejski w samej Brukseli mieści się w 16 budynkach, o łącznej powierzchni 561.000 m2 . Do krainy biurowców w Brukseli wkrótce dołączy ponadto warta miliard euro, nowa kwatera główna NATO i kolejny budynek dla unijnych przywódców (Rada UE), na który wydano 240 mln euro z kieszeni  unijnych podatników.. "Stary budynek był dobry, gdy w Unii było 15 członków, teraz jest ich 28, dlatego praca w nim jest po prostu niewygodna", tłumaczy mi Isabelle Brusselmans z Rady UE.  
   Na nowe, oszklone siedziby Unii Europejskiej zwykli Belgowie spoglądają ze wstrętem, zwłaszcza, że zazwyczaj tuż obok nich stoją stare, puste biurowce, które od lat czekają na wynajem. "Nam też jest niewygodnie w ciasnych, starych kamienicach" mówi mi mieszkanka Brukseli. Julie od ponad roku szuka większego apartamentu dla swojej powiększającej się rodziny. Po kilkunastu miesiącach poszukiwań kobieta wciąż nie znalazła wymarzonego M4, bo choć  do wynajęcia w stolicy Europy pozostaje ponad milion metrów kwadratowych powierzchni biurowej, to mieszkań jest jak na lekarstwo. Z większości kryteriów, jakie Julie postawiła sobie rozpoczynając poszukiwania, zrezygnowała już po kilku miesiącach. Teraz Belgijka nie wyklucza nawet, że zastanowi się nad kupnem mieszkania w przerobionym biurowcu. To ostatni sposób, w jaki próbuje się rozwiązać problem mieszkaniowy w Brukseli. 
   Starym biurowcom, którymi gardzą unijni urzędnicy drugie życie zaczęli nadawać bowiem skruszeni belgijscy architekci. "Robimy z nich mieszkania, hotele, wszystko zależy od struktury budynku, czasem trzeba zmienić fasadę, czasem nie", mówi mi jeden z nich, Anders Bohlke. Zamiana na apartamenty i mieszkania jednego z budynków, położonego między bardziej nowocześniejszymi siedzibami Komisji Europejskiej, zajęła inwestorom zaledwie kilkanaście miesięcy. "Ponad 57% apartamentów jest już sprzedanych, wprowadzać będzie się można w przyszłym roku" mówi mi przedstawicielka inwestora, Vittoire.  Sęk w tym, że ceny mieszkań w starych biurowcach nadal pozostają poza zasięgiem kieszeni zwykłego Belga, bo nawet te lokale eurokraci znów sprzątają im sprzed nosa. "My nie mamy takich środków do dyspozycji, co europejscy urzędnicy, musimy cały czas we wszystkim z nimi konkurować i zawsze w tej konkurencji przegrywamy" tłumaczy mi sfrustrowana Julie. Dlatego jeśli nowi europosłowie i otaczająca ich armia urzędników liczą na ciepłe przyjęcie w Brukseli, to mogą się przeliczyć….


foto: European Parliament Audiovisual Unit





Offices vs. apartments in Brussels...

   As the first winners of Euro-elections with their assistants and secretaries are slowly coming to Brussels, they should not expect a very warm welcome here, especially from the Belgian citizens. Brussels inhabitants in fact are fed up with EU workers who buy out the only apartments left on the Belgian real estate market, forcing less well off Belgians to look for much poorer quality flats or even move into Brussels suburbs. The army of over 40.000 eurocrats cause a big real estate problem in Brussels not only because of its number and full pockets ready to buy even the most expensive flats, but also because of the character of their stay in the Belgian capital. Back in the 70s when it was decided that Brussels will host most of the EU institutions, Belgian urban planers and architects had already prioritized offices over the inhabitant space in the city and have finally built too many offices. What they forgot about was that people who work in the offices during the day, in the evenings need to live and sleep somewhere. And although the results of such a bad planning can still be felt nowadays, the lessons haven't been learnt at all. 
   "In Brussels there is 13 million m2 of office space, which is a lot, considering the fact that there are only around million inhabitants here", says director of the Observatoire des Bureaux in Brussels. What is worse, a big part of this space is not in use, because as the old offices from the 70s became proved  to not fit the modern infrastructure , Belgian developers and architectures rushed to build the new ones. Hence, the European Commission at the moment occupies some 54 buildings (822.000m2) and the  European Parliament in Brussels only has 16 buildings and 561.000m2.  Furthermore, Brussels office-land will soon be enlarged by the new NATO headquarters, which, by the way costed over 1 bln euro and a new building of the EU Council, "Europa" which budget so far is estimated at 240 mld euro. All that of course from our, EU tax payers money. "Old building was good, when there were 15 Eu members, now with 28 members the work in it is simply uncomfortable", explains EU Council spokesperson, Isabelle Brusselmans. 
   "We are also very uncomfortable", says Belgian citizen, Julie, who searches for a flat to buy for over a year now. After months of flat hunting, she says she gave up on most of her previous criteria, but finding any apartment still remains a big challenge. As more than one million square meters that rest available for rent in Brussels are qualified as "office space". 
   Turning this very space into flats and apartments has become the latest way of solving Brussels housing problem. "We can turn offices into apartments, hotels, etc, everything depends on the structure of the building but there is always a way", explains Anders Bohlke, Brussels expert on giving new lives to old offices. One of such buildings, currently under renovation lies just between modern EU offices. "Over 57% of the apartments are already sold. people can start to move in from next year", tells me the agent, who shows me around the new apartments made in the place of old offices. When I show the folder with flats and prices that the agent gave me to Julie, she is far from being enthusiastic about it. "You see, even these flats are too expensive for us, we don't have the same means as the eurocrats and we have to compete with them all the time, knowing that one more time we will loose against them", she explains. And that's why, new members of the European Parliament and their entourage should probably not expect a warm welcome from everyone in Brussels...