Thursday, June 26, 2014

Europosady (nie) dla Polaków...

   "Kluczem jest wschód - energia, energia - wschód", tak w skrócie polską strategię w powyborczej grze o unijne wpływy podsumowuje eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski. On sam został już wybrany na jednego z czternastu zastępców szefa Europejskiej Partii Ludowej w PE. Teraz zabiega o to, by w ramach swojej funkcji otrzymać odpowiednią tekę, która będzie sie zgadzać z najważniejszymi dla Polski interesami w Brukseli, czyli polityką energetyczną i unijną polityką zagraniczną. 
   W nowym rozdaniu Polskę interesuje fotel unijnego komisarza ds. energii lub rynku wewnętrznego dla Janusza Lewandowskiego, albo Jana Krzysztofa Bieleckiego (kandydatura Jacka Rostowskiego na to stanowisko po aferze podsłuchowej raczej nie wchodzi już w grę) i szefa komisji Parlamentu Europejskiego w tych samych obszarach dla Jerzego Buzka. To ostatnie stanowisko jest już praktycznie przesądzone na rzecz Polaka. Jeszcze kilka tygodni temu głośno było również o stanowisku  szefa unijnej dyplomacji dla Radosława Sikorskiego. Minister spraw zagranicznych już przed aferą podsłuchową wiedział chyba jednak, że nie ma sporych szans na fotel Cathrine Ashotn. Na antenie Polsat News tłumaczył bowiem, że "to nierealistyczne, bo wszyscy wiemy, że skoro wygrała Europejska Partia Ludowa, to Wysoki Przedstawiciel będzie socjalistą, a ja socjalistą nigdy nie byłem" 
   Kandydaci z Polski mają szanse na ważne fotele w Brukseli tylko, jeśli będą pasować do zawiłej unijnej układanki, w której liczy się nie tylko pochodzenie narodowe czy polityczne, ale również płeć, mocne wsparcie własnego rządu i cechy personalne. To właśnie tych ostatnich, a nie pierwszych według brukselskich komentatorów brakuje Sikorskiemu. W pewnym stopniu potwierdziły to również nagrania ujawnione przez Wprost. O swoim temperamencie i ciętym języku Sikorski nie musiał zresztą w Brukseli nikomu przypominać. Już kilka tygodni wcześniej, jak mówi dziennikarz Le Figaro spalił się we Francji. "Sikorski uznawany jest za dobrego polityka, ale jego ostatnia krytyka sprzedaży francuskich mistrali Rosji mogła mu zaszkodzić we Francji.." tłumaczy Jean Jacques Melev. 
   O tym, jak trudno zdobyć wysoką pozycje w Brukseli doskonale wiedzą szeregowi, unijni urzędnicy z Polski. W  samej Komisji Europejskiej na 33.039 pracowników, Polaków jest niewiele ponad 1400 (1437). Hiszpanów, których populacja jest zbliżona do naszej, pracuje w Komisji o 1000 więcej (2406), a Francuzów prawie dwa razy tyle, co Polaków (3212). Połowa zatrudnionych w Komisji Europejskiej Polaków to sekretarki i obsługa techniczna. Jak tłumaczy sprawujący tu najwyższe stanowisko dyrektor generalny z Polski, w unijnej karierze, samo zdanie urzędniczego egzaminu często nie wystarcza. Jan Truszczyński, który sam często decyduje o unijnym personelu mówi wprost: "swoiste poparcie ma zatem czasem miejsce ale to jest poparcie w postaci dobrego słowa...".  I właśnie brak takiego poparcia zarzucają naszym władzom polscy kandydaci na unijne stanowiska.  Polska urzędniczka w Komisji Europejskiej, Maria Głowacz nazwiskami utalentowanych, perfekcyjnych kandydatów z Polski, którym zabrakło wsparcia rządu sypie, jak z rękawa: "każdy rząd dba o swoich pracowników; w pewnym sensie istnieją tak zwane lobbowania, i my tu rzeczywiscie mamy pewne opóźnienie w tej kwestii" przyznaje Głowacz. 
   Dlatego w tym rozdaniu najważniejszych unijnych stanowisk Polacy mogą znów zostać odprawieni z kwitkiem. Jeden z polskich dyplomatów w Brukseli, na pytanie, to na co liczy Polska, kilka godzin przed unijnym szczytem odpowiedział mi: "na to, co zechcą nam dać".  Szkoda, że polska strategia jest tak mizerna, bo o tym, że warto pomagać i promować swoich w Unii świadczą działania innych europejskich rządów. One już dawno przekonały się o tym, że promowani przez nich rodacy  na unijnych stanowiskach w Brukseli dbają o to, by unijne przepisy były korzystne i zbieżne z interesami krajów, z których pochodzą. 








                  foto: european parliament audiovisual unit





Euro-posts (not) for Poles...

   The key is "East - energy, energy - East", this is how Polish MEP, Jacek Saryusz Wolski sums up  Polish strategy in the EU game for the EU's top jobs. He, himself has already become one of 14 EPP's vice-presidents and now tries to get an important for Poland portfolio, such as energy or foreign affairs.
   In the new EU staffing in Brussels Poland aims to get the EU comissioner for energy or internal market, or the European Parliament committee's chair in the same area. Current Polish commissioner, Janusz Lewandowski or Jan Krzysztof Bielecki is mentioned to be the candidate for the EC post, and Jerzy Buzek for the EP committee chair. The highest post in the EU hierarchy, that Poland is aiming  at  is the chair of High Representative. However, the Polish candidate for the post, Radosław Sikorski even before the so called "taping scandal" was himself doubting his chances.  "It is unrealistic, as we all know that since the EPP won the European elections and hence will take the EC chair, the post of the High Representative will probably be given to a socialist and I am not a socialist", Sikorski told Polsat News.
   Polish candidates have chances to get important EU jobs only if they match a complicated EU jigsaw, which is played during the recruitment for the top posts in Brussels. For that, they not only have to  represent an appropriate country, but also political party or sex. They also have to have a clear backing from their government and personal features needed for the job. According to some experts and commentators in Brussels its the last two criteria that finally weigh the most, and that the Polish diplomacy chef  doesn't have. And he has clearly confirmed it in the taping scandal.  The temper and sharp tounge of Sikorski though have already been known to european partners before. As Brussels' correspondent of Le Figaro confirms, Sikorski has already burnt his candidature in France few weeks ago: "Sikorski is known to be a good politician, but his recent  criticism of the French Mistrals sold to Russia, could seriously harm him in France" says Jean Jacques Melev. 
   How difficult it is to get a high rang EU post is well known to many EU functioners from Poland. As after 10 years of the EU membership in the European Commission there are only 1437 Poles. At the same time, Spain which size is comparable to that of Poland has almost 1000 more people there, and France two times as many as Poland (3212 French EC workers). Furthermore,  over a half of the Polish people working at the EC are secretaries and technical assistants. As Polish EC's Director General explains that in the EU career, passing an exam is often not enough to get a high rang EU post. Jan Truszczyński, who often chooses the EC personnel, admits that "a specifiq backing does take place here sometimes, even if it is only a good word sometimes it matters". And this "good word" is exactly what the Polish candidates are missing in their EU career. Maria Głowacz, Polish EC functioner knows many examples of talented, perfect candiates from Poland who missed their chance in Brussels only because they had no political support from the Polish government.  "Every gouvernmet takes care of its candidates, there is in a way a form of a lobbying happening here, and Poland is lagging behind in such practices" says Głowacz. 
   And that's why in the current EU top jobs recruitment the Poles may one more time finish with nothing special at all.  Just few hours before the EU summit one Polish diplomat told me that "the Polish strategy is to take whatever they propose to us". If it is a true, then it is a real shame for the Polish government to not understand something that is so widely understood and practiced by other governments across Europe. And what is a very simple rule, that people who get the EU jobs with the government backing, once in Brussels make sure that the EU regulations and policies they are working on, are beneficiary for the national authorities who helped them with their EU careers.  



Monday, June 23, 2014

"Baltops 2014", czyli prężenie muskułów na Bałtyku...

  Ćwiczenia Baltops Amerykanie zorganizowali w tym roku już po raz czterdziesty drugi. Pierwszy raz amerykańskie manewry na Bałtyku odbyły się w 1971 roku. Pomimo upływu lat i jak wydawało się jeszcze do niedawna wielu zmian na scenie międzynarodowej, atmosfera towarzysząca sprawdzaniu zdolności współpracy marynarek wojennych w ciągu ostatnich dwóch tygodni miała wiele wspólnego właśnie z tą z lat 70. i 80. Ćwiczenia, w których uczestniczyło  30 okrętów i 52 statki powietrze z 14 państw, w tym krajów nie będących członkami NATO, jak Szwecja, Finlandia, czy Gruzja można uznać bowiem za celowy pokaz siły, związany z kryzysem ukraińskim.  "Nie jestem pewny czy powracamy już do konfliktu Zachodu ze Wschodem, ale na pewno nasze ćwiczenia są i będą przydatne w przyszłości" mówił mi głównodowodzący Baltops 2014, admirał Rick Snyder. 
   Bo choć głównym celem Baltops od zawsze było sprawdzenie umiejętności współpracy marynarek sojuszników i "amerykański nadzór sytuacji na Bałtyku", co w tym roku po raz kolejny podkreślał Snyder, to do tej pory Amerykanie do swojej kontroli Bałtyku często zapraszali również Rosję. Tym razem, ze względu na kryzys ukraiński zaproszenie dla rosyjskiej floty zostało jednak wycofane.  
   Baltops bez swojego udziału Rosjanie uznali za prowokację. Wiceminister spraw zagranicznych Władimir Titow powiedział rosyjskiej agencji prasowej Interfax, że ćwiczenia organizowane przez Amerykanów "zwiększają napięcie w i tak już trudnej sytuacji i jeśli Nato będzie kontynuowało swoją ekspansję, to Rosja zostanie zmuszona do podjęcia wszelkich działań politycznych i wojskowych, by bronić swoich granic". Rosjanie nie tylko skrytykowali ćwiczenia sojuszników, ale zorganizowali równoległe manewry tuż pod ich nosem, w obwodzie kaliningradzkim. I w ten  właśnie sposób na Bałtyku rozpoczęło się prężenie muskułów, a przygotowane na ćwiczenia scenariusze nagle stały się jeszcze bardziej realistyczne.  "Spodziewaliśmy się takiej ich odpowiedzi. Na razie nie zauważyliśmy niczego groźnego, to typowa rosyjska reakcja na ćwiczenia sojuszników" tłumaczył mi Craig Clapperton, dowódca amerykańskiego okrętu Mount Whitney.  "Typowa" oznacza również, że w czasie ostatnich dwóch tygodni Rosjanie często nie informowali natowskich sił o swojej nawet bardzo bliskiej obecności. "Jeśli tam są Rosjanie, to oznacza, że nie zaprosili mnie na swoją imprezę" żartował Chris Cookson tłumacząc, jak działają radary amerykańskiej marynarki...W dniu, w którym obserwowałam manewry na pokładzie brytyjskiego okrętu Montrose, popłoch załogi wzbudził natomiast przelot tuż nad naszymi głowami rosyjskiego samolotu.  "Faktycznie widzieliśmy ich. Ten samolot też tam sobie latał, oglądał…" relacjonował mi potem również uczestniczący w Baltops ,kapitan polskiego okrętu ORP Flaming, Piotr Pasztelan. "Najważniejsze, że z przeszkodami, czy bez, osiągnęliśmy nasze cele", uspokajał Matthew Dickinson z Mount Whitney. `I choć sprawdzanie zdolności wojskowych w takiej, niemalże zimno-wojennej atmosferze mogło mieć nawet swoje plusy, to lepiej byłoby, gdyby z tych przetestowanych na Bałtyku umiejętności nie trzeba było skorzystać...












Flexing muscles on the Baltic Sea at "Baltops 2014"

   "Baltops 2014" was the 42nd edition of the annual military exercises, organised by the United States Naval Forces Europe since 1971. But despite the long history and time passing away, the atmosphere in which the last weeks maneuvers on the Baltic see were held, resembled the ones of the 80s and 90s. The very participation of some 30 warships and 52 aircrafts from 14 states, including non Nato countries such as Sweden, Finland and Georgia, have already been linked to the Ukrainian crisis and hence treated like the Allies power demonstration.  "I'm not sure, if we can talk about East - West conflict yet, but our exercise for sure are and will be relevant", said the Baltops 2014 commander, Admiral Rick Snyder. 
   The main purpose of Baltops, since its start have always been to train cooperation skills of the allies' navies in potential real world crisis, but also "to control the Baltic sea", as repeated one more time, by its current commander, Risk Snyder. That's why "American-led maneuvers" were never warmly welcomed by the Baltic power, Russia. And in order to avoid controversies Russian navy was often invited to take part in Baltops. This time however, because of the Ukrainian crisis, the invitation for the Russians has been withdrawn. 
   Baltops without its participation, Russia has immediately called a "provocation". Deputy foreign affairs minister, Vladimir Titov told Russian news agency Interfax, that they "increase tension in already difficult situation, and if Nato will continue its expansion, Russia will be forced to take all possible political and military actions to protect its borders". Russia did not only criticise the allies manouver, but they also organized their own ones, just next to them, in the Kaliningrad region. And this is how the flexing muscles on the Baltic started, and how the scenarios prepared for the excersise have out of a sudden became much more realistic. "We expected such response from them. So far we haven't seen anything dangerous, this is a typical russian reaction to allies exercises" explains the captain of Mount Whitney, Craig Clapperton. But "typical" also means that during the last two weeks, Russian navy hardly ever notified the allies about its sometimes very close presence. "If there are Russians there, it means they haven't invited me to their party", joked one of the American Mount Whitney crew member, when explaining how their radars work…On the day, when I was observing the maneuver on the board of the British warship, Montrose, the crew panicked for few seconds, when an unidentified Russian aircraft flew just few hundreds meters above our heads. "Indeed we saw them. And we also saw that plane, who was flying over, watching us", admitted Piotr Pasztelan, Polish captain of Flaming warship, also participating in Baltops. "The most important is that with the obstruction or without it, we met all our goals", captain Matthew Dickinson from the  Mount Whitney was trying to calmly sum up the maneuvers. But although testing cooperation skills in case of a real world crisis, in an almost cold war atmosphere, could be qualified as advantageous, it would of course be much better, if such military abilities didn't have to be soon used for real...



Thursday, June 12, 2014

Europarlament chce surowszych kar za ustawianie meczów

    Rozpoczynające się dziś Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej mogą odwrócić na chwilę uwagę od unijnych wydarzeń, choć mundialowej atmosfery nie da się nie zauważyć ostatnio także w Brukseli.  Europosłowie bynajmniej nie przychodzą jeszcze do pracy w piłkarskich koszulkach czy korkach, ale zdecydowanie zwiększyli ostatnio swoje wysiłki by pomóc piłkarzom w walce z korupcją i ustawianiem meczów. Plaga futbolowych oszustw coraz bardziej opanowuje bowiem Europę, a w czasie Mundialu może wreszcie przyciągnąć większą uwagę. 
   Według danych Europolu, między 2008-2011 rokiem nawet 680 meczów mogło zostać ustawionych. W samym sezonie 2013-2014 o korupcję podejrzanych było ponad 460 rogrywek piłkarskich. To oznacza, że liczba ustawionych meczów mogła wzrosnąć nawet o połowę. "Walkę z korupcją w sporcie staczamy nie każdego roku, każdego tygodnia, czy każdego dnia, ale każdej godziny. Nawet w tym momencie, gdy rozmawiamy, ktoś na świecie próbuje wpłynąć na wyniki rozgrywek sportowych. Korupcja ma coraz bardziej zaawansowany kształt. Ustawia się już nie tylko wyniki najważniejszych meczów, ale również rozgrywki na niższym szczeblu. Co więcej graczom z góry narzucane są ustalenia, ile goli, i w której minucie meczu mają przepuścić. Dlatego jeśli nic z tym nie zrobimy, to ten wirus całkowicie zniszczy futbol i cały sport" mówi mi szef Federbet, Francesco Baranca. 
   Ustawianie wyników meczów stało się jeszcze bardziej lukratywne, gdy zakłady sportowe trafiły do internetu. Szacuje się, że obstawianie wyników rozgrywek sportowych na całym świecie rocznie generuje ponad 500 mld dolarów. 10% z tej kwoty zdaniem Federbet to wynik korupcji. Oszustw w meczach piłkarskich przybywa z różnych powodów. Tych w najniższej lidze, bo brakuje kontroli, a pozostające na granicy bankructwa kluby nie potrafią odmówić łatwych pieniędzy. Ustawianie rozgrywek na wyższych szczeblach winowajcom też uchodzi na sucho, bo jak tłumaczy Baranca "nawet jeśli doszło do korupcji, to większość narodowych federacji obawia się splamienia dobrego imienia swojej ligi i woli przymykać na nie oko. Dużą odpowiedzialność za taką sytuację zresztą ponosi sama UEFA".  
   Dlatego piłkarzom i ich kibicom postanowili pomóc eurodeputowani. "Przegłosowaliśmy już rezolucję wzywającą Komisję Europejską do opracowania zaostrzonych unijnych przepisów zakazujących zakładów sportowych w rozgrywkach młodzieżowych, czy też zakładów skłaniających do korupcji np. dotyczących tego kto dostanie jako pierwszy żółta kartkę. Chcemy również surowszych kar za ustawianie meczów", tłumaczy belgijski eurodeputowany Marc Tarabella. Na apele europosłów i niepokojące dane zebrane przez Federbet już odpowiedziała FIFA, zlecając organizacji nadzorującej zakłady sportowe kontrolę przepływu pieniędzy na kontach wszystkich reprezentacji uczestniczących w Mistrzostwach Świata. Taki nadzór pewnie nie powstrzyma korupcji, ale przynajmniej pozwoli szybciej ją wykryć. Informacje o możliwym ustawieniu meczów kwalifikacyjnych ostatnich Mistrzostw Świata w Afryce Południowej wyszły na jaw dopiero teraz, czyli cztery lata po fakcie. 










European Parliament wants more sever EU rules to fight against match fixing...

   As the World Cup starts, "Mundial" atmosphere can also be felt in the EU institutions. Members of the European Parliament have not changed their suits for football t-shirts or shoes yet, but they used the good timing to raise the problem of corruption in sport. And as match fixing is becoming a real plague in Europe, European Parliament is calling on the member states and European Commission to prepare more severe EU rules to fight corruption in sport. Examples of it are more than obvious. 
   According to Europol, whereas between 2008-2011 some 680 match-fixing was detected, in the season of 2013-2014 already some 460 cases of such behavior have been noticed, which means an increase of over 50%. "It's a fight we have to face not only every year, or every week, but every day. Even at this moment now somebody in the world is trying to fix the results of sport games. That's why if we don't stop this virus it will completely destroy sport" says Federbet chef, Francesco Baranca.
   Match-fixing became even more lucrative activity as the bets have become popular online. The annual turnover from sports bets worldwide at the moment is estimated at over  500 billion dollars. Some 10% of it can be of criminal origin. And although toxic matches are often identified by Federbet and other organizations, their findings are not pursued by the national federations. "They don't want to reveal that as they are afraid it will spoil the image of the whole competition. UEFA is also to blame in advising such behavior" says Baranca. 
   That's why members of the European Parliament try to help the footballers and their supporters to fight against match fixing. "We have already voted a resolution calling the states and the EC to prepare stricter rules and fines for match fixing. We had proposed the ban on bets for youth matches and ban on criminogenic bets, such as betting on who will make the first throw-in or obtain a yellow card", explains Belgian MEP, Mark Tarabella.  The calls of the European Parliament and Federbet have already been heard by FIFA, as it asked Federbet to conduct controls over financial flows around each match of the World Cup. And although such controls will not stop the corruption all together, but it can speed up its identification. The main goal of it is to not face a situation that took place few weeks ago, when the possible match fixing during the qualification matches at the World Cup in South Africa was detected and leaked to world media some four years later after the events took place.



Monday, May 19, 2014

Polska pod ostrzałem eurosceptyków ?

   Spot wyborczy z udziałem wnuka hitlerowskiego zbrodniarza, to do tej pory najbardziej szokujący wideoklip europejskiej kampanii wyborczej. Rainer Hoss przestrzega w nim przed wygraną skrajnej prawicy, która jego zdaniem, może doprowadzić do powtórki z najbardziej krwawej i najokrutniejszej historii Europy. "Moja własna historia nauczyła mnie tego, że demokracja, równość i prawa człowieka nigdy nie mogą być brane za pewnik. Wiele razy chciałem zaprzeczyć swojej przeszłości, udawać kogoś innego. Ale nie wolno nam zapominać naszej przeszłości bez względu na to, jak bardzo to boli. Bo jeśli zapomnimy, historia się powtórzy. Obawiam się, że to się właśnie dzieje", mówi Rainer Hoss. Takimi mocnymi słowami potomek komendanta z Auschwitz przestrzega przed głosowaniem na euroscepytków. Ale oryginalne spoty i organizowane w całej Europie unijne happeningi przegrywają z argumentami skrajnej prawicy. 
   Według ostatnich sondaży w Wielkiej Brytanii, Francji, Austrii i Danii wybory do Parlamentu Europejskiego wygrają politycy, którzy dążą do likwidacji Unii Europejskiej. Brytyjska Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) może liczyć na ponad 30% głosów, a francuski Front Narodowy na ponad 23%.  Dlatego gdy spotykam liderów obydwu ugrupowań w Strasburgu,  zrelaksowani i uśmiechnięci opowiadają mi o swoim rosnącym poparciu i wyborczych hasłach, które tak świetnie sprawdzają się w tegorocznej kampanii. "Unia Europejska jest jak związek sowiecki, narzuca swoją wolę ludziom, dlatego musimy zwrócić obywatelom ich suwerenność", jak mantrę powtarza Marie Le Pen.  I choć z takimi argumentami zgadza się również coraz więcej polskich polityków, w ubiegłej kadencji, po odejściu z PiS w jednej frakcji z eurosceptykami już zasiadali europosłowie Solidarnej Polski, a w kraju rośnie poparcie dla Ruchu Narodowego, to polscy eurosceptycy często zapominają, że ze swojej populistycznej broni, ich "koledzy" na Zachodzie Europy strzelają nie tylko do Unii, ale również bezpośrednio w Polskę. 
   Na własnej skórze odczuli to wielokrotnie polscy imigranci na wyspach brytyjskich, czy w Holandii, na których politycy UKIP, czy holenderskiej PVV od lat prowadzą nagonkę. Świadkiem wrogości do Polaków w Europarlamencie kilkakrotnie był zresztą również polski Premier. "Proszę zabrać sobie swoich Polaków do siebie" krzyczał w Strasburgu na premiera Tuska jeden z europosłów PVV, Barry Madlener. "Na jakiej Pan żyje planecie", szkalował go Nigel Farage z UKIP, wyśmiewając pro-europejskie przemówienie Donalda Tuska z okazji Polskiej Prezydencji w UE w lipcu 2011 roku. Gdy rozmawiam z Faragem, swoim charakterystycznym, podniesionym tonem Brytyjczyk mówi mi: "Lubimy niektórych Polaków, ale nie chcemy, by przyjeżdżały ich do nas miliony!". 
   Tydzień wcześniej na sali plenarnej w Brukseli, inny brytyjski polityk, Nick Griffiths z Brytyjskiej Partii Narodowej pouczał europosłów, że za kryzysem ukraińskim stoi niepotrzebne przyjęcie Polski do Nato. Zachodni eurosceptycy nie kryją swoich sympatii dla Rosji. W kwietniu, w czasie wizyty w Moskwie Marie Le Pen zgodziła się z Putinem, że najlepszym sposobem na rozwiązanie kryzysu na Ukrainie byłby podział państwa. Uważani za piątą kolumnę Putina w Europie, Polskę też, tak, jak Ukrainę najchętniej widzieliby jako rosyjską strefę wpływów. "To niepotrzebne przyjęcie państw Europy Środkowo-Wschodniej do Nato spowodowało napięcia z Rosją, których skutki obserwujemy do dziś " tłumaczy Griffiths. 
   Kontrowersyjne przemówienia, a niekiedy nawet zwykłe oszczerstwa wykrzykiwane przez eurosceptyków na sali Europarlamentu do tej pory były wprawdzie głośne i często po prostu nieprzyjemne, ale ze względu na małą liczbę deputowanych skrajnej prawicy, na krzyczeniu się kończyło. Tym razem może być inaczej. Jeśli eurosceptycy, zgodnie z sondażami zdobędą w Europarlamencie ponad 100 miejsc i stworzą wspólną grupę (do czego potrzeba tylko 25 europosłów z 7 krajów), to będą mieli realny wpływ na unijne prawo, żądając na przykład zamknięcia rynków pracy dla imigrantów, czy blokując kolejny, wspólny unijny budżet. 
   Marsz eurosceptyków po władze w Brukseli powstrzymać może tylko wysoka frekwencja w Eurowyborach. Dlatego UE staje na głowie by przekonać Europejczyków do siebie, a do głosowania w wyborach namawia wnuk hitlerowskiego zbrodniarza. Przedwyborcze sondaże dotyczące frekwencji to eurosceptykom znów wróżą jednak lepszą przyszłość. W wyborach do PE w tym roku może wziąć udział rekordowo niska liczba ludzi. Jeśli sprawdzą się sondaże i frekwencja wyniesie poniżej 40%, to dzięki swojemu, zawsze zmobilizowanemu elektoratowi, skrajna prawica zdobędzie w Brukseli olbrzymie wpływy. A wtedy pod jej ostrzałem znajdzie się nie tylko UE, ale również Polska. 





                  



Nigel Farage, UKIP


Marie Le Pen, Front National


Barry Madlener, PVV


Poland under fire of powerful extreme right in the new European Parliament? 

   Election spot with the participation of the grandson of Nazi murderer from Austria,  has so far been the most radical video-clip of this year european elections campaign. In the shocking video, Rainer Hoss warns against the victory of extreme right, which can let the most bloody history of Europe repeat itself. "I know more than any people about the desire to forget. There have been times when I wanted to deny my past, pretend I was someone else, but we must never forget our past, no matter how much it hurts, because when we forget, history will repeat itself. I fear that this is happening right now", says Hoss. With such strong words the descendant of the Auschwitz commander, appeals to Europeans to not vote for extreme right. But the election spots and pro-EU happenings which take place all over Europe now, still lose against arguments used by eurosceptics. 
   According to most recent pre-elections polls in the UK, France, Austria and Denmark, extreme right politicians will win the Euro-election this year. United Kingdom Independence Party (UKIP) may get more than 30% of votes, and French Front National over 23%. Therefore, when I meet the leaders of both parties in Strasbourg, they reply to my questions in relax manner, calmly anticipating their victory: "EU is like a Soviet Union, it imposes its will on people, that's why we need to give the sovereignty back to people", Marie Le Pen repeats to me her mantra.And although, there are more and more politicians in Poland, who agree with such arguments; Polish National Movement is also gaining power, the followers of the Western extreme right in Poland, tend to forget that the populist guns used by eurosceptics from Britain, France or Holland often targets not only the EU but also Warsaw. 
   Polish immigrants living in the UK or Netherlands have felt it a lot during the last few years, when the politicians from UKIP or PVV in Holland persecuted them with their anti-Polish actions. They also didn't hesitate to show their hostility to the Polish PM. During a debate in Strasbourg in July 2011, Dutch MEP, Barry Madlener shouted at Donald Tusk: "Take your Poles back to Poland". Nigel Farage also couldn't miss his chance: "What planet are you from?!?" he asked the Polish PM.  When I asked Farage if it wouldn't be a good idea to get the Poles living in the UK on his site and stop to persecute them, he laughs: "We like some Polish people, but we don't want millions of them!". 
   A week before, another British MEP, Nick Griffiths from BNP explains during a debate in Brussels, that it is Poland and its membership of NATO, that is responsible of aggravating relations with Russia, and hence the conflict in Ukraine. "Nato enlargement by countries from eastern Europe was a wrong decision, it made Russia angry and the consequences of this we can see now", tells me Griffiths. As extreme right from Western Europe do not hide its sympathy for Moscow. During her visit in the Russian capital in April this year, Marie Le Pen agreed with Putin that the best solution for the Ukrainian conflict would be federalization of the country. 
   Controversial statements, and sometimes simple slurs shouted out by the eurosceptics in Brussels so far have only been loud and unpleasant, but didn't have any influence on the European law, as there was only a small  group of EU enemies in the chamber. This time however, it might be different. If the eurosceptics gain over 100 places in the EP, which is expected in the pre-elections polls, and they will form one group (for which they only need 25 deputies from 7 countries), they will have a real influence on the EU legislation. As a result of that, they will be able to revise the EU law on open labour markets or block the new EU budget. 
  The eurosceptics March on Europe, could only be stopped by the high turnout. This however is quite unlikely, as according to  pools  less than 40% of people may attend this week Euro-elections. And it may mean that after victory of extreme right in Europe, it will not only be the EU but also Poland which will find itself  under eurosceptic fire. 


Friday, May 16, 2014

Wszystkie "sikające" pomniki w Brukseli...

   Manneken Pis czyli sikający chłopiec to jeden z najsłynniejszych pomników Europy. Przed figurką mierzącą zaledwie 61 centymetrów w Brukseli dzień i noc gromadzą się turyści z całego świata. Niewielu jednak wie, że kilka uliczek dalej Manneken PiS ma swoją siostrę  Yenneken PiS, a nawet  psa Zinneken PiS, którzy tak, jak on, jak gdyby nigdy nic siusiają sobie na brukselskich ulicach. 
   W wyniesieniu na piedestał siusiającej rodzinki Belgowie nie widzą nic dziwnego. W całym kraju spotkać można bowiem równie groteskowe monumenty. Jedni twierdzą, że to skutek belgijskiego poczucia humoru i zamiłowania do surrealizmu. Inni, że w liczącym niewiele ponad wiek państwie, to następstwo braków w narodowych zabytkach, które pośpiesznie  nadrabiano właśnie nie do końca przemyślanymi pomnikami, stawianymi ku czci kogolwiek, czegokolwiek i gdziekolwiek. W samej Brukseli, która z niewiele ponad milionem mieszkańców raczej nie jest wielką metropolią, rozsianych w artystycznym nieładzie już jest ponad 120 pomników i 70 fontann. Nowe pomniki wyrastają tu jak grzyby po deszczu, również dlatego, że  o postawienie swojego monumentu w stolicy Europy zabiega wiele państw. Te ostatnie przechodzą jednak wyśrubowaną selekcję, bo władze Brukseli zdecydowanie bardziej wolą swoje groteskowe pomniki, niż proponowane im wyniosłe statuy. I chyba dzięki takiemu właśnie podejściu, choć Bruksela jest uznawana za stolicę Europy, to Belgowie wciąż mogą się w niej "swojsko" czuć. 








All the peeing statues of Brussels...


   Manneken Pis, a statue of a pissing boy in Brussels is one of the most famous monuments in Europe. There are hundreds of people gathering in front of it every day. Not many of them however know, that few meters away from it, there are also stautues of pissing girl, Janneken Pis and a pissing dog, Zenneken Pis. 
   For the Belgians to make the monumets of the "pissing family" is nothing bizarre. Throught the country one can see many equally grotesque statues. According to some, it is a result of Belgian sense of humor, or love for surrealism in the country. Historians and architects underline another point. Since the country is less than a century old, it has had a serious lack of historical monuments and sites. That's why various statutes and art pieces have been quickly comissioned and put up to honour whoever, whatever and whenever. As a result of this, now in Brussels only, a city with little more than a million inhabitants, there are already 120 monuments and 70 fountains. New stautes are put with an amazing speed also, as many countries approach urban planning deprtament asking for their own statue to be build in the city, recognised as the heart of Europe. Such requestes though, as I am reassured in the city plannig office are often turned down, as the projects are simply too serious in the Belgian eyes. It's probably thanks to such an approach, native Brussels citizens, despite the city European status, can still feel here well and at home. 


Saturday, May 3, 2014

10.000 hektarów tulipanów...

   "Kaukenhof", czyli holenderska świątynia tulipanów, kiedyś był zwykłym ogrodem warzywnym. Ale choć jego nazwa, oznaczająca właśnie ogród kuchenny zachowała się do dziś, to w Lisse, 20 km od Hagii od 65 lat zamiast marchwi, czy kapusty, królują tulipany. Do tego najsłynniejszego ogrodu w Holandii każdego roku przyjeżdża ponad 800.000 turystów. Zapierający dech w piersiach widok, ktory na miejscu czeka kazdego to efekt pracy 30 ogrodników i ponad 7 mln cebulek, jakie kazdego roku sadza w Kaukenhof. "Ogród kwitnie przez 8 tygodni, ale my pracujemy nad nim cały rok" mówi mi Anne Marie Gerards, rzeczniczka Kaukenhof.
 Hodowcy tulipanów w Holandii, swoimi kwiatami obsiewają nie tylko 10.000 hektarów ziemi, ale prześcigają się również w tworzeniu ich nowych odmian. I choć zabawa w tulipanowego boga wcale nie jest trudna, bo by stworzyć nowy gatunek wystarczy pomieszać pyłki, to nikomu do tej pory nie udało się wyhodować legendarnego, czarnego tulipana. Jego historię w 1850 roku opisał Alexander Dumas. Od tej pory czarny tulipan pozostaje niedoścignionym celem i marzeniem holenderskich hodowców. Ci, ktorzy jak ogrodnik w Kaukenhof, Andre Beijk dali za wygrana, tlumacza: "To zwykły mit, czarny kolor w naturze nie istnieje, dlatego najciemniejsze płatki mogą mieć kolor głębokiej purpury, ale nigdy nie czerni"
   Jedno jest pewne, twórca czarnego tulipana, zbije na nim fortunę. Choć wcale nie będzie pierwszym, który w Holandii dorobił się na kwiatach. W XVII wieku, czyli złotej epoce tulipanów w Holandii, jedna cebulka poszukiwanej odmiany kosztowała tyle, co kamienica w Amsterdamie. Olbrzymi popyt na kwiaty sprawił, że zaczęto spekulować nimi na rynku, sprzedając tulipany, które planowano dopiero posadzić. Wywindowane ceny cebulek i niedotrzymywanie kontraktów na tulipany doprowadziły wreszcie do krachu. Tulipanowi handlarze stracili swoje majątki, a słowo "tulipomania"  do dziś używane jest jako synonim bańki spekulacyjnej. 
Pomimo złego doświadczenia Holendrzy nigdy nie zrezygnowali jednak z "zielonych" interesów i dziś, cztery wieki później wciąż dominują na światowym rynku kwiatów. Ich eksport przynosi Holandii rocznie ponad 5 mld euro zysku. Jego dużą część stanowią cebulki tulipanów. Holendrzy eksportują ich rocznie  ponad 2 mld. 
   "Kaukenhof" trudno nie opuścić zreszta bez torby cebulek, choć nie tych tulipanowych. Na posadzenie najsłynniejszych kwiatów Holandii jest już za późno. Podstawy pod własny kawałek tulipanowego raju w swoim ogródku, można złożyć dopiero na przełomie września i października, bo wówczas sadzi się tulipany. 






















10.000 hectares of tulips in Holland...

   Dutch tulips temple known as "Kaukenhof" used to be a simple vegetable garden. And although it has kept its original name, for more than 65 years now the carrots and cabbage have been replaced there with tulips. Located 20 km away from Hague, the most famous garden of Holland is now visited by some 800.000 tourists every year. And the colours and compositions of flowers mark everyone who come to Lisse. This incredible effect is a result of work of some 30 gardeners and 7 billion bulbs that they plant here every year. "Kaukenhof  flourishes during only 8 weeks per year, but we have to work on it for 12 months" explains Anne Marie Gerards, from Kaukenhof.
   Dutch tulip growers do not only plant their flowers on some 10.000 ha, but they also compete in cross-breeding and creating new cultivars of flowers. But despite the fact that being a tulip god is not too difficult, as it's enough to mix the pollens of the two cultivars to obtain a brand new, unique one, no one though has ever managed to create a black tulip yet. The legend of a black flower was created by Alexander Dumas, who in 1850 wrote a famous book "Black Tulip", which started the ever lasting competition amongst the growers. But as Kaukenhof gardener explains, that the black tulip is and will always remain a legend only. "The black colour doesn't exist in nature, therefore the petals can be dark purple but never black" says Andre Beijk. 
   One is certain, the creator of a black tulip will make a fortune on it. And he will not be the only one in Holland to become rich thanks to flowers. In XVII century, during the golden age of tulips, one precious tulip bulb could reach a price of a house in Amsterdam. Great demand for the flowers led to big speculations on bulbs at the markets. Tradesmen were betting and buying tulips which were only supposed to grow later on. Extraordinarily high prices and unfullfilled contracts finally led to crash.  Tulip dealers lost their houses  and "tulipomania" has become an international synonime of markets bubble. But despite the bad experience, the Dutch never gave up on the green incomes and nowadays, four centuries later,  the Netherlands remains the world's largest producer of tulips bulbs, providing an annual 4,2 billion bulbs, out of which half is exported abroad.  
   It is also almost impossible to leave Kaukenhof without a bag of bulbs, but not the tulips ones though. As it is simply too late to plant the tulips now. The basis for one's own piece of tulips paradise, one can only make in september or october, as this is the right seazon to plant tulips bulbs. 

Thursday, May 1, 2014

Polska woli być gorszym członkiem UE...

   Polska skorzystała na członkostwie w UE najwięcej spośród wszystkich "nowych" krajów. Dzięki kolejnym 106 mld euro, jakie Wspólnota wpompuje w naszą gospodarkę z nowego unijnego budżetu, status największego beneficjenta w Unii utrzymamy jeszcze przez co najmniej 7 lat. Ale to właśnie ten status "kraju na dorobku, który chce jak najwięcej skorzystać na członkostwie", traktując Unię w sposób roszczeniowy, sprawia, że Polska jest i jeszcze długo pozostanie w Brukseli krajem drugiej kategorii. Choć okazji do tego, by stać się pierwszoplanowym, współdecydującym o losach Europy graczem było kilka. Taka rola niesie jednak ze sobą nie tylko same korzyści, ale również straty. Dlatego polskie władze przez ostatnie 10 lat wolały uchodzić za  "pasożyta" niż sternika w Brukseli. Ten ostatni mógłby bowiem kosztować je utratę popularności w społeczeństwie, któremu trudno wytłumaczyć przecież geopolityczne rozgrywki, na których pozytywne rezultaty często trzeba czekać dłużej niż jedną kadencję. 
   Gdy w czasie kryzysu gospodarczego w Europie, unijne władze apelowały do Polski, by przyjmując euro, uratowała słabnącą pozycję wspólnej waluty na światowych rynkach, ówczesny polski minister finansów śmiał się unijnym politykom w twarz,  mówiąc, że "do walącego domu się nie wchodzi".  Polscy politycy szybko zapomnieli, że z ich własnych ruin, uratowały ich właśnie europejskie pieniądze. "Solidarnością" nie tylko na ustach, ale również w czynach; odwagą i poczuciem współodpowiedzialności za losy Europy wykazali się jednak inni "nowi": Słowacja, Estonia i Łotwa.  Do przyjęcia euro przygotowuje się również Litwa. Z "10" państw, które przystąpiły do Wspólnoty w 2004 roku, tylko Polska, Czechy i Węgry wciąż nie zadeklarowały nawet wstępnej daty przyjęcia euro. Rozczarowania z tego powodu w oświadczeniach z okazji 10-lecia w UE nie kryją dziś wszyscy czołowi unijni politycy.  
   Na europejską hipokryzję szybko zachorował zresztą również nasz Premier. Bo choć, z okazji rozpoczęcia Polskiej Prezydencji w UE w lipcu 2011 roku wygłosił w Strasburgu jedno z najbardziej pro-europejskich przemówień w historii Wspólnoty, to gdy rok później o pokierowanie Unią na stanowisku szefa Komisji Europejskiej poprosiła go sama Angela Merkel, uczucia Donalda Tuska do Europy nagle wyparowały. Polski Premier zrezygnował z fotela, o którym marzy wielu europejskich polityków. Zgodnie z logiką polskich polityków wolał bowiem zbijać na Unii  polityczny kapitał w kraju, niż "nie daj Boże" stać się współodpowiedzialnym za coraz trudniejsze losy Europy. 
 A przecież to na takiej właśnie współodpowiedzialności polega prawdziwe, pełnoprawne członkostwo w Unii Europejskiej…Ciekawe, ile jeszcze będziemy musieli na nie poczekać...


                                                                        © European Parliament


                                                                                                              © European Parliament



Poland prefers to be the second class EU member...

   Out of all the 10 states which joined the EU in 2004, it has been Poland who benefited the most from EU's membership. And thanks to further 106 bln euro, that the country will receive from the EU budget during the next 7 years, Poland will also remain the biggest EU's beneficiary for years to come... At the same time however, it is this very status of a "country orientated purely on EU money" that makes Poland to be seen as a second class member. Moreover, despite a few occasions to get rid of this derogatory title, Polish authorities have chosen not to become more involved and responsible for the EU's future. Instead, they preferred their role of "parasite", as at least, it would not risk the loss of popularity in this part of Polish society that doesn't understand the long-awaited results of geopolitical games.  
   One of such opportunity took place in the middle of the economic crisis, when many EU leaders were officially suggesting that Polish decision to join the euro zone could save the single currency image and position at the world markets.  Polish finance minister at that time, however was laughing at european politicians who had had such "crazy ideas", as he explained "one has to be stupid to enter the house which is falling apart". Polish politicians have quickly forgotten that only a few years earlier,  it was the european money that saved ruined economy of Poland. At the same time, three other "new" member states: Slovakia, Estonia and Latvia have positively replied to EU's appeals and shown solidarity (not only in the words but in actions), courage and responsibility for Europe, by joining the euro zone (Lithuania will do so next year). Out of 10 countries that joined the EU in 2004 now only 3 still haven't even declared when they could eventually adopt euro as their currency. And this deceiving situation have been pointed out in all the declarations made by all the european leaders on the occasion of the 10 years enlargement anniversary. 
   The european hypocrisy have also become a sickness of the Polish Prime Minister. Despite one of the most pro-european speeches ever, that Donald Tusk made in July 2011 at the occasion of the start of Poland's EU Presidency, only a year later he refused to be a candidate for the President of the  European Commission; the post that was proposed to him by Angela Merkel and many other influential european politicians. Polish Prime Minister, just like all  the Polish political class, simply preferred to use the EU to gain political capital for him and his party in Poland, rather than become a European leader, responsible for the future of Europe. A full membership of the EU though, only comes with such a responsibility, and not financial advantages and euro-romantic speeches only..I wonder how much longer my country will have to wait for it...


Sunday, April 27, 2014

Jan Paweł II nielubiany w Brukseli...

   Entuzjazm, z jakim Belgowie przywitali Jana Pawła II w 1985 roku zaskoczył nawet tutejszych przywódców Kościoła. Prymas Belgii, Andre-Joseph Leonard wspomina: "przyjechał do naszego kraju, w którym już wówczas postępowała laicyzacja społeczeństwa i mimo tego przyciągnął do siebie tłumy ludzi. On na nowo zjednoczył ludzi w wierze, naprawdę spowodował taki pozytywny wstrząs". Ten "pozytywny wstrząs" nie trwał jednak długo. Już w czasie drugiej wizyty w 1995 roku, pomimo, że JPII beatyfikował belgijskiego misjonarza, ojca Damiana, był witany w kraju już dużo chłodniej. "Druga wizyta papieża nie przebiegała już w tak radosnej atmosferze - przyznaje Prymas Belgii - bo nad belgijskim kościołem wisiały już czarne chmury po aferze Gayo", tłumaczy Leonard.  
   Od końca lat 90-tych belgijski Kościół w związku z aferami pedofilskim zaczął pogrążać się w kryzysie. W miarę jak na jaw wychodziły kolejne afery; według oficjalnych szacunków ofiarami 134 księży pedofilów padło ponad 500 osób, a 13 z nich popełniło z tego powodu samobójstwo; wierni nie tylko stracili zaufanie do księży, ale również całkowicie zrezygnowali z wiary. Wielu z nich to właśnie Jana Pawła II do dziś oskarża o milczenie w tej sprawie. Zresztą uważani obecnie za jednych z najbardziej liberalnych w Europie Belgowie (w tym roku zalegalizowano tu nawet eutanazję dla niepełnoletnich) kwestionują również inne decyzje papieża Polaka.  Prawie wszyscy, których pytałam w Brukseli o zdanie o Janie Pawle II wytykali mu niewłaściwe podejście do antykoncepcji. "Z wieloma jego przesłaniami i naukami się nie zgadzamy, na przykład zakaz używania prezerwatyw, który podtrzymał, spowodował pewnie śmierć z powodu AIDS tysięcy młodych ludzi, zwłaszcza w Afryce", tłumaczył mi jeden z mieszkańców Brukseli. "Jak dla mnie był bardzo starodawnym papieżem i niestety takie były również jego poglądy w sprawie antykoncepcji" mówił inny. Żadna z 20 osób, które zatrzymałam na ulicach belgijskiej stolicy, prosząc o komentarz na temat Jana Pawła II nie udzieliła mi pozytywnej odpowiedzi. Większość już słysząc słowo "papież", rezygnowała z udziału w sondażu, tłumacząc, że nie jest osobą wierzącą.  I to pewnie była poprawna odpowiedź, bo według belgijskich sondaży z ubiegłego roku,  w kiedyś katolickim kraju, dziś praktykujący katolicy stanowią jedynie 8% społeczeństwa. Dlatego również zainteresowanie kanonizacją papieży jest w Belgii dużo mniejsze niż w innych częściach Europy. 


                                          Wizyta Papieża Jana Pawła II w Belgii w 1985 © European Parliament


                                          Belgowie nie mają dobrej opinii o JPII;  ©Telewizja Polsat Sp.Z.o.o



                                         Prymas Belgii o wizytach Jana Pawła II;  ©Telewizja Polsat Sp.Z.o.o.





Jean Paul II disliked in Brussels...

   The joy and enthusiasm expressed by the Belgians during the first visit of Jean Paul II in the country surprised even the Church leaders in Belgium. Primate of Belgium, Andre Joseph Leoanrd tells me: "When he came to our country, the secularization of the society has already started and despite that, he managed to attract the crowds. He reunited people in faith again and caused such a positive shock". But "the positive shock" didn't last long. Ten years later, during his second visit, despite beatification of Belgian missioner, father Damien, the Pope was welcomed in a much cooler way. "The second visit caused much less joy than the first one, as dark clouds were already approaching Belgian sky after Father Gayo gate", admits Leonard. 
   From the end of the 90s the Belgian church has gradually plunged into crisis, as pedophile scandals started to come out. As a result of some 134 priests accused of abusing sexually over 500 people in Belgium, out of which 13 committed suicide (and this is only official statistics), many believers have not only lost their trust in Church, but also their faith in God. And many of them accuse Polish Pope for not reacting in a proper way. Moreover, the Belgians with their most liberal rights on gay marriage and adoption of children or voted this year law on euthanasia for miners, question other decisions of Jean Paul II too. Almost all the people I asked about the opinion about the Polish Pope on the streets of Brussels, criticized his ban on contraception. "We don't agree with many things he promoted, such as for example the ban of preservatives that he recommended, and which has probably already been mortal, because of AIDS to many young people" says Renauld. "He was very old-fashioned Pope, and so were his opinions on contraception", claims another Brussels citizen, Peter. Out of around twenty people I asked for a comment on Jean Paul II in the Belgian capital, not a single one had something positive to say and many declined to say anything at all as soon as they heard the word "pope". They were simply explaining to me that "they don't believe in God" and turning back. And this was probably an honest answer, as according to the recent opinion polls, carried out in Belgium last year, only some 8% of the society here claim to be active believers. This is also the reason why the interest in the Popes canonization, happening in Rome today,  in Belgium is much smaller than in other parts of Europe. 


Monday, April 21, 2014

Euro-imprezowicze i euro-podróżnicy ...

   Mieli pilnować polskich interesów i przygotowywać dobre dla Polski unijne przepisy, w czasie 5 lat w Parlamencie Europejskim polscy eurodeputowani odkryli jednak również bardziej atrakcyjne zajęcia. Za pieniądze unijnych podatników organizowali bankiety, wozili się po świecie i promowali w swoich okręgach. Niezależnie od tego, czy w Brukseli zajmowali się tworzeniem unjjnego prawa, czy dekorowaniem ścian Europarlamentu wszyscy zarabiali prawie 50.000 złotych miesięcznie. 
   W organizacji wystaw i bankietów wyspecjalizowało się kilku polskich europosłów. Choć w tej kadencji każdy eurodeputowany mógł zorganizować 2 wystawy to Ryszard Czarnecki i Tomasz Poręba z PiS zorganizowali ich po 7 każdy. "Często można coś dobrze sprzedać, trafić do odbiorcy, niekoniecznie ważnym wystąpieniem politycznym tylko przez język sztuki", tłumaczy Czarnecki. I choć za promocję polskiej sztuki w Europie, europosła pewnie nie powinno się krytykować, to należy zauważyć, że Czarnecki w Europarlamencie zorganizował m.in. wystawę znaczków pocztowych a jeden z bankietów poświęcił prezentacji dzieł japońskiego artysty. 
  Parlamentarna rozrywka zdaniem wielu eurodeputowanych nie jest jednak najgorszym przewinieniem. Europoseł Polski Razem, Paweł Kowal przyznaje: "można nawet w tym nie uczestniczyć. Są tacy, którzy po prostu wpadają, pobędą tu chwilę, podpiszą się, zagłosują i wyjeżdżają". Puste krzesło na sali może oznaczać też, że eurodeputowany jest w zagranicznej podróży służbowej. Tak swoje często nieobecności w tej kadencji tłumaczy Michał Kamiński. "To jest prawda, że Parlament Europejski bardzo często wybierał mnie do delegacji międzynarodowych". A Kamiński choć mógł odmówić i zostać w Brukseli by pilnować ważnych dla Polski spraw, wolał to robić podczas opłacanych przez Unię służbowych delegacji. 
   Polscy europosłowie, podróży sponsorowanej z unijnego budżetu nie odmawiali zresztą również swoim wyborcom. Choć każdy eurodeputowany może zaprosić  do Brukseli 110 osób rocznie, to Czesław Siekierski z PSL unijne wycieczki fundował zdecydowanie większej liczbie ludzi ze swojego regionu. "Ja to robię bardziej oszczędnie, to przyjmuje dwa a nawet trzy razy tyle", tłumaczy Siekierski. 
    Oszczędzać wszyscy europosłowie mieli z czego, bo każdy z nich obecny, czy nie, zaangażowany w unijną politykę, czy organizacje bankietów, zarabia ponad 7,5 tysiąca euro, czyli ponad 31 tysięcy złotych brutto miesięcznie. Razem z dziennymi dietami, w wysokości 300 euro i 4000 euro na prowadzenie biura mógł uzbierać miesięcznie ponad 50.000 złotych. "Ja właściwie mam już z czego żyć do końca życia" chwali się Marek Migalski z Polski Razem, który za parlamentarne wynagrodzenia kupił 3 mieszkania. Na łamach prasy oficjalnie krytykuje jednak zbyt wysokie zarobki w Brukseli. "Jeśli słyszę wypowiedzi moich kolegów, zwłaszcza Pana Migalskiego, który mówi, że są bezsensownie wysokie zarobki i mówi to także w imieniu Portugalczyków, Niemców, Hiszpanów, których o zdanie nie pytał, to ja mu odpowiadam, oddaj chłopie polowe tej pensji na cele charytatywne i nie marudź" mówi poirytowany hipokryzją Migalskiego, Tadeusz Zwiefka z PO. Migalski słów Zwiefki nie pozostawia bez odpowiedzi: "Jeśli Pan Zwiefka uważa, że zarabianie przez niego 50.000 złotych miesięcznie jest ekwiwalentne do tego co robi w Parlamencie Europejskim to ja uważam, że to nie jest ekwiwalentne, bo on zarabia trzy razy tyle co Prezydent Rzeczpospolitej".
  To, co za nawet 50.000 złotych miesięcznie europoseł robił albo czego nie robił w Brukseli już wkrótce ocenią wyborcy. A przy tej ocenie warto chyba wziąć pod uwagę takie jego zajęcia w Brukseli, na których skorzystała Polska, a nie tylko sam europoseł i grupa jego znajomych. 





                                                                                         


MEPs who like to party and travel...

   Although elected to represent and defend national interests in Brussels, some Polish MEPs have found much more attractive activities during the last 5 years in the European Parliament. Banquets, foreign trips and auto-promotion paid from EU tax payers money became their favourite things to do whilst in Brussels or in Strasbourg. Despite the EP's rule which says that every MEP can organize maximum 2 exhibitions per term for example, Polish MEPs such as Ryszard Czarnecki and Tomasz Poręba managed to organize 7 of them each. "It's a good way of selling something or attracting somebody's attention, not only through important political statements but also using art", explains Czarnecki. And although promotion of Polish art in Europe by Polish MEP could indeed be a good thing, one has to know that Mr Czarnecki organised exhibitions of stamps or pictures made by a Japanese artist. 
   Parliamentarian entertainment however, according to many MEPs is not the worst abuse in Brussels. Polish MEP, Paweł Kowal admits "There are some MEPs who don't participate even in these kind of events, as they come here for a very short moment, sign the list, vote and go away". Empty chairs though may also mean that MEP is away on foreign delegation. This is an explanation given by Polish MEP Michał Kamiński, often absent in Brussels during the last term "It is true that European Parliament was often choosing me for foreign trips". And Kamiński never declined invitations. As much more than staying and defending Polish interests in Brussels, he preferred to travel around the world. 
  Polish MEPs could also not say no to travel opportunities for their electors. Despite the EP's rule which says that every MEP can invite up to 110 people per year, Polish MEP Czesław Siekierski proudly admits that he managed to sponsor with EU money travel and hotels in Brussels and in Strasbourg much more inhabitants of his region. "I just did it in a more economy way and it's true that I double or even triple the number of my invites". 
   But although Polish MEPs didn't care to spend EU's tax payers money on parties and trips, whilst working in Brussels they learnt very well how to save their own money. And as a result of it, many  of them have become millionaires in Poland (in Polish currency). To save a fortune for Polish MEP during the last 5 years was in fact not to difficult as every MEP, doesn't matter which country he is from,  gets 7,600 euro salary per month, plus 300 euro for his daily expenses while in Brussels or Strasbourg and 4000 euro for his bureau. In case of a Polish MEP it means that he can monthly earn up to 50.000 zlotys, much more than Polish President or Prime Minister of Poland. Thanks to his salaries in Bruxelles Polish MEP Marek Migalski for example bought three flats in Poland. "In fact I have now enough (investment) to leave from till the end of my life" he admits. But in his electoral campaign now ironically Migalski has become the first one to criticize unnecessarily high MEPs salaries. "When I hear such comments, which Mr Migalski makes for all of the MEPs including the ones from Germany, Portugal or Spain, I just want to reply to him: stop to complain and if you have too much, give it to charity", says irritated with Migalski, another Polish MEP Tadeusz Zwiefka. Migalski eagerly continues the polemic: "If Mr Zwiefka thinks that 50.000 zlotys per month is equivalent for the job he does in the European Parliament, than I don't agree with that, because it means he earns three times more than the President of Poland". What a MEP does, or doesn't do for some 50.000 zlotys per month in Brussels will soon be assessed by all of us, during European elections in May. Maybe during this assessment it is worth to take into account what a MEP has indeed done for Poland, rather than for himself and a group of his friends. 

Saturday, April 19, 2014

Czarni pątnicy w Belgii...

   Parada czarnych pątników w Lessines jest jedynym tego rodzaju wydarzeniem Wielkiego Tygodnia w Belgii, a może nawet w tej części Europy. Z wielkopiątkowych marszy pokutników słynie przede wszystkim Hiszpania. Ten w belgijskim Lessines ma upamiętniać północne krucjaty krzyżowe.  Pierwszy pochód czarnych pątników zorganizowano tu w 1475 roku. Miał on wówczas przybliżyć wiernym nie umiejącym czytać, mękę i śmierć Jezusa. Sześć wieków później parada pątników wciąż budzi olbrzymie zainteresowanie miejscowych i turystów, przybywających do Lessines w Wielki Piątek z całej Belgii.
   Ubrani w czarne sutanny z kapturami uczestnicy parady uasabiają zakonników z końca XV wieku. Ich bractwo świadczyło ostatnie posługi kapłańskie skazańcom prowadzonym na śmierć na gilotynie. To właśnie tą owianą zgrozą i tajemniczością atmosferę próbują oddać czarni pątnicy, maszerując przez miasto przy świetle pochodni i dźwiękach kołatek i bębnów.  Pomimo tego, że parada rusza z Kościoła św. Piotra w Lessines i uczestniczą w niej także księża, to w Belgii, która już dawno uważana jest za świecki, a nie katolicki kraj, cała uroczystość ma chyba jednak mimo wszystko bardziej folklorystyczny, niż religijny charakter.






                                                                                                     



                                                                                                       



Friday, April 4, 2014

Sługa to zawód przyszłości...


  Na założenie roboczego stroju, ze wszystkimi detalami mają jedynie 8 minut. "Twój szef może zażądać usługi w każdej chwili, dlatego musisz być szybko gotowy", tłumaczy Leon, jeden z adeptów Akademii Kamerdynerów, w pośpiechu wiążąc krawat. Kamerdyner powinien zawsze obsługiwać swoich chlebodawców w  kompletnym, roboczym stroju, na który składają się m.in. surdut, krawat i białe rękawiczki. Zadbane muszą zresztą być również dłonie lokaja, dlatego po ćwiczeniu z ubieraniem na czas, dyrektor szkoły sprawdza nie tylko, czy na stroju nie ma najmniejszego pyłku, czy nitki, ale również, czy przyszły majordom ma wypolerowane paznokcie i pomimo pośpiechu, wciąż ładnie pachnie. To właśnie ten wojskowy dryl i upokorzenia, których uczniom nie szczędzą wykładowcy Międzynarodowej Szkoły Kamerdynerów w Valkenburgu sprawiły, że dwie kursantki zaledwie po dwóch tygodniach zrezygnowały z zajęć. Dyscyplinę lepiej znoszą ci, którzy tak, jak były amerykański policjant już wcześniej wykonywali zawody wymagające posłuszeństwa. Choć John nie ma bynajmniej zadowolonej miny, gdy opowiada o holenderskim "przyuczania" do zawodu: "W akademii spędzamy od 12-14 godzin dziennie, czasem 7 dni w tygodniu bez przerwy". W tym czasie przyszli lokaje uczą się, jak nosić parasol, ścielić łóżko, czy organizować wystawne przyjęcie. "Nauka jest intensywna, bo cały kurs trwa tylko 8 tygodni, a do przyswojenia jest naprawdę bardzo wiele informacji i umiejętności", tłumaczy założyciel szkoły Robert Wennekes. Za polerowanie sreber, usługiwanie dyrektorowi szkoły i znoszenie jego obelg, adepci akademii  płacą prawie 14.000 euro, czyli ponad 70.000 złotych... Taka "inwestycja", jak zapewnia Wennekes, jest jednak jak najbardziej trafiona, bo otwiera przyszłemu kamerdynerowi drzwi do pałaców i jachtów na całym świecie. 
   A tam na życie bynajmniej się nie narzeka, zapewnia dyrektor szkoły.  Zanim założył akademie w Holandii, Wennekes sam przez lata pracował jako kamerdyner, najpierw u amerykańskiego miliardera, a potem w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Berlinie. I choć teraz musztruje swoich podwładnych bez litości,  to w rozmowie ze mną przyznaje się do swoich pomyłek. Jako kamerdyner w Berlinie na przykład zmuszony był serwować obiad Bill'owi Clinton'owi w...skarpetkach, bo gdy w czasie krótkiej przerwy tuż przed przyjęciem ściagnął buty, stopy spuchły mu tak bardzo, że nie mógł ich  z powrotem założyć. Wennekes wyszedł cało z nietypowej przygody, zarządzając przygaszenie lekko świateł na sali tak, by jego białe skarpetki nie rzucały się w oczy.  Teraz w roli szkoleniowca robi jednak wszystko, by kamerdynerzy wychodzący spod jego ręki, unikali gaf. Zwłaszcza, że zazwyczaj to on sam poleca ich swoim znajomym dorobkiewiczom. 
  Dyrektor Międzynarodowej Akademii Kamerdynerów zapewnia, że telefony od milionerów szukających osobistych asystentów rodziny i lokajów odbiera każdego dnia. W czasie ostatniej wizyty w Chinach zapewniono go, że w kraju już w tej chwili potrzeba jest co najmniej 100.000 profesjonalnych służących. Dlatego latem tego roku, Wennekes otwiera oddział swojej szkoły w Chinach. "Nawet jesli  wciąż trwa kryzys gospodarczy, to jeszcze nigdy dotąd na świecie nie było tak wielkiego zapotrzebowania na kamerdynerów: w Stanach Zjednoczonych, w Rosji, w Indiach, w Chinach…" wylicza Wennekes. I chyba nie przesadza, bo informacje o rosnącej liczbie bogaczy i powiększającej sie przepaści między zamożnymi a biednymi na świecie potwierdza wielu analityków. Według Credit Swiss, w ciągu kolejnych 5 lat liczba milionerów na świecie wzrośnie z 32 do 48 milionów. W Polsce dynamika tego wzrostu ma być największa w Europie. Liczba milionerów nad Wisłą według Credit Swiss praktycznie się podwoi (z obecnych 45 do 85 tysięcy w 2019 roku) . 
   Zmianie ulega również rola lokaja. Współczesny sługa ma nie tylko nosić srebrne tace, ale również rezerwować prywatne jety i regulować rachunki za prowadzenie rezydencji. Osobisty kamerdyner dyrektora holenderskiej szkoły, Christopher Cantlon z dumą opowiada o swojej pracy: "Odbieram telefony, wysyłam maile, czasem podróżuję z moim pracodawcą i on raczej prosi mnie o radę, niż wydaje rozkazy..".  Choć zamożni chlebodawcy bywają różni...dlatego adepci holenderskiej akademii uczą się nakrywać do stołu przy pomocy linijki.. "Nasi goście mają bardzo wysokie oczekiwania, od razu zauważą jeśli na stole jest bałagan" mówi jeden z nauczycieli, Frank Fortgens. "Bałagan" w Valkenburgu oznacza, że talerz leży o centymetr za daleko od krawędzi stołu… Dlatego kamerdyner powinien cechować się zamiłowaniem do precyzji i pokorą. Z tego właśnie powodu najlepszymi adeptami holenderskiej akademii wcale nie są jej najmłodsi uczniowie. Na kursie przeważają mężczyźni po czterdziestce. Policjant, taksówkarz, nauczyciel angielskiego to tylko niektóre zawody, które poświęcili by stać się współczesnymi służącymi. Na moje pytanie, czy taka praca nie wydaje im się niewdzięczna, a nawet poniżająca, odpowiadają zgodnie: "to zawód w którym faktycznie trzeba zapomnieć o swoim ego i w pełni poświęcić się swojemu pracodawcy, ale przecież w każdej innej pracy też służymy innym". A za swoje usługi profesjonalny lokaj może otrzymywać nawet 100.000 euro, czyli ponad 400.000 złotych rocznie.  



















Servant is the profession with the future...

   Professional clothes, students of the International Butler Academy in Valkenburg have to put on in no more than 8 minutes. "Your boss may ask you for a favor at any time of day or night, and then you have to make sure that you are at his disposal as soon as possible", explains Leon, whilst rushing to put his tight on. Every professional butler has to serve his employer in his complete outfit, which consist of frock and shirt, white gloves and a tie. And it is not only the clothes that have to be impeccable but also the person itself. That's why after the 8 minute dressing exercise, the director of the school checks also the nails of the future butler and sniffs his under pitches to find out, if despite the rush, the butler doesn't smell bad... Such a military drill, if not a pure humiliation, offered at the International Butler Academy makes some students quit the course before the end, as it happened with two of them, just after my visit there. This highest level of discipline though is more easily accepted by those who used to have previous occupations in which obedience was required, as it is the case of former American policeman, now trained to become the butler. However, John is not smiling either, when telling me stories from daily life at the academy: "We spend 12-14 hours per day here, sometimes all week, with not a day off"
Future butlers in Valkenburg learn how to carry the umbrella above the employers' heads, how to make the bed and polish the cutlery"The course is very intensive, because it lasts only 8 weeks, and there are many information and skills that need to be learnt", explains Robert Wennekes, the founder of the school. His students pay 14.000 euro for serving him coffees, making his bed and listening to his shouting and swear words. Wennekes however ensures that such an "investment" pays off, as it opens the doors to the biggest palaces and yachts in this world. 
   Life next to the richest of this world, as he guaranties, is far from being miserable. Wennekes gives himself as a proof of it, as before setting up the International Butler Academy, he himself for many years worked as a butler, serving American billionaire and then working at the American embassy in Berlin. And although now, he could be called the master of swearing when talking to his students, in the past, he used to make mistakes too. During the official dinner for the US President Bill Clinton for example, Wennekes was serving the President in his white socks only, as his feet got swollen too much when he took his shoes off during the pause, that he was unable to put them back on. Now, in the role of the director of the Butler Academy, Wennekes however makes sure that the butlers trained by him, are able to avoid the gaffes. He cares about his students skills so much also because it is him who then find them jobs at his millioners friends residences. And as he claims, it is not difficult to do so at all. On the contrary,  he receives calls from millionaires looking for personal assistants on daily basis and during his last visit to China he was told that some 100.000 butlers are needed in the country immediately. That's why in summer he opens his school there. "Even if we are still talking about economic crisis, there have never been so many milliners in the world as nowadays, the crisis is in Europe, but in the US, Russia, India, China there are more and more rich people" he says. And there might be no exaggeration his words as  as the same conclusions have recently been drawn by many analytics.     
   According to the recent Credit Swiss Analysis for example, during the next 5 years the number of millionaires in the world will grow from the current 32 to 48 millions. What is more, even in Poland the number of millionaires will double, from current 45 to 85 thousands. 
   The role of a butler itself however is also undergoing big changes. Modern servant should not only know how to carry a silver tray but be able to book the private jet and pay the residence bills. Personal butler of Mr Wennekes, Christopher Cantlon proudly describes his duties: "I also answer the phones, send e-mails and sometimes travel with my employer and he rather ask me for advice than give orders…". Extremely rich employers however can have different attitudes and expectations..therefore at the Dutch Academy, future butlers leaner how to set up the table with a ruler. "Our guests are used to high standards so they will see straightaway if there is a mess on the table". And "mess" in Valkenburg means that a plate is one centimeter too close from the table's edge...That's why the future butler should love precision and always stay submissive. And these are the very reasons why the best adepts of the Butlers Academy are people for whom the job of a servant is usually a second or third career stage. The majority of the students are men in their 40s and 50s, former taxi drivers, policemen, teachers. When I ask them, if they don't think that butler can be considered as an unfulfilling, humiliating job, they all answer: "it's true that in this profession you have to forget your ego and fulfill your employer's needs, but then in any other job, we also serve others".   And for his service a professional butler can earn even 100.000 euro a year.