Monday, May 19, 2014

Polska pod ostrzałem eurosceptyków ?

   Spot wyborczy z udziałem wnuka hitlerowskiego zbrodniarza, to do tej pory najbardziej szokujący wideoklip europejskiej kampanii wyborczej. Rainer Hoss przestrzega w nim przed wygraną skrajnej prawicy, która jego zdaniem, może doprowadzić do powtórki z najbardziej krwawej i najokrutniejszej historii Europy. "Moja własna historia nauczyła mnie tego, że demokracja, równość i prawa człowieka nigdy nie mogą być brane za pewnik. Wiele razy chciałem zaprzeczyć swojej przeszłości, udawać kogoś innego. Ale nie wolno nam zapominać naszej przeszłości bez względu na to, jak bardzo to boli. Bo jeśli zapomnimy, historia się powtórzy. Obawiam się, że to się właśnie dzieje", mówi Rainer Hoss. Takimi mocnymi słowami potomek komendanta z Auschwitz przestrzega przed głosowaniem na euroscepytków. Ale oryginalne spoty i organizowane w całej Europie unijne happeningi przegrywają z argumentami skrajnej prawicy. 
   Według ostatnich sondaży w Wielkiej Brytanii, Francji, Austrii i Danii wybory do Parlamentu Europejskiego wygrają politycy, którzy dążą do likwidacji Unii Europejskiej. Brytyjska Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) może liczyć na ponad 30% głosów, a francuski Front Narodowy na ponad 23%.  Dlatego gdy spotykam liderów obydwu ugrupowań w Strasburgu,  zrelaksowani i uśmiechnięci opowiadają mi o swoim rosnącym poparciu i wyborczych hasłach, które tak świetnie sprawdzają się w tegorocznej kampanii. "Unia Europejska jest jak związek sowiecki, narzuca swoją wolę ludziom, dlatego musimy zwrócić obywatelom ich suwerenność", jak mantrę powtarza Marie Le Pen.  I choć z takimi argumentami zgadza się również coraz więcej polskich polityków, w ubiegłej kadencji, po odejściu z PiS w jednej frakcji z eurosceptykami już zasiadali europosłowie Solidarnej Polski, a w kraju rośnie poparcie dla Ruchu Narodowego, to polscy eurosceptycy często zapominają, że ze swojej populistycznej broni, ich "koledzy" na Zachodzie Europy strzelają nie tylko do Unii, ale również bezpośrednio w Polskę. 
   Na własnej skórze odczuli to wielokrotnie polscy imigranci na wyspach brytyjskich, czy w Holandii, na których politycy UKIP, czy holenderskiej PVV od lat prowadzą nagonkę. Świadkiem wrogości do Polaków w Europarlamencie kilkakrotnie był zresztą również polski Premier. "Proszę zabrać sobie swoich Polaków do siebie" krzyczał w Strasburgu na premiera Tuska jeden z europosłów PVV, Barry Madlener. "Na jakiej Pan żyje planecie", szkalował go Nigel Farage z UKIP, wyśmiewając pro-europejskie przemówienie Donalda Tuska z okazji Polskiej Prezydencji w UE w lipcu 2011 roku. Gdy rozmawiam z Faragem, swoim charakterystycznym, podniesionym tonem Brytyjczyk mówi mi: "Lubimy niektórych Polaków, ale nie chcemy, by przyjeżdżały ich do nas miliony!". 
   Tydzień wcześniej na sali plenarnej w Brukseli, inny brytyjski polityk, Nick Griffiths z Brytyjskiej Partii Narodowej pouczał europosłów, że za kryzysem ukraińskim stoi niepotrzebne przyjęcie Polski do Nato. Zachodni eurosceptycy nie kryją swoich sympatii dla Rosji. W kwietniu, w czasie wizyty w Moskwie Marie Le Pen zgodziła się z Putinem, że najlepszym sposobem na rozwiązanie kryzysu na Ukrainie byłby podział państwa. Uważani za piątą kolumnę Putina w Europie, Polskę też, tak, jak Ukrainę najchętniej widzieliby jako rosyjską strefę wpływów. "To niepotrzebne przyjęcie państw Europy Środkowo-Wschodniej do Nato spowodowało napięcia z Rosją, których skutki obserwujemy do dziś " tłumaczy Griffiths. 
   Kontrowersyjne przemówienia, a niekiedy nawet zwykłe oszczerstwa wykrzykiwane przez eurosceptyków na sali Europarlamentu do tej pory były wprawdzie głośne i często po prostu nieprzyjemne, ale ze względu na małą liczbę deputowanych skrajnej prawicy, na krzyczeniu się kończyło. Tym razem może być inaczej. Jeśli eurosceptycy, zgodnie z sondażami zdobędą w Europarlamencie ponad 100 miejsc i stworzą wspólną grupę (do czego potrzeba tylko 25 europosłów z 7 krajów), to będą mieli realny wpływ na unijne prawo, żądając na przykład zamknięcia rynków pracy dla imigrantów, czy blokując kolejny, wspólny unijny budżet. 
   Marsz eurosceptyków po władze w Brukseli powstrzymać może tylko wysoka frekwencja w Eurowyborach. Dlatego UE staje na głowie by przekonać Europejczyków do siebie, a do głosowania w wyborach namawia wnuk hitlerowskiego zbrodniarza. Przedwyborcze sondaże dotyczące frekwencji to eurosceptykom znów wróżą jednak lepszą przyszłość. W wyborach do PE w tym roku może wziąć udział rekordowo niska liczba ludzi. Jeśli sprawdzą się sondaże i frekwencja wyniesie poniżej 40%, to dzięki swojemu, zawsze zmobilizowanemu elektoratowi, skrajna prawica zdobędzie w Brukseli olbrzymie wpływy. A wtedy pod jej ostrzałem znajdzie się nie tylko UE, ale również Polska. 





                  



Nigel Farage, UKIP


Marie Le Pen, Front National


Barry Madlener, PVV


Poland under fire of powerful extreme right in the new European Parliament? 

   Election spot with the participation of the grandson of Nazi murderer from Austria,  has so far been the most radical video-clip of this year european elections campaign. In the shocking video, Rainer Hoss warns against the victory of extreme right, which can let the most bloody history of Europe repeat itself. "I know more than any people about the desire to forget. There have been times when I wanted to deny my past, pretend I was someone else, but we must never forget our past, no matter how much it hurts, because when we forget, history will repeat itself. I fear that this is happening right now", says Hoss. With such strong words the descendant of the Auschwitz commander, appeals to Europeans to not vote for extreme right. But the election spots and pro-EU happenings which take place all over Europe now, still lose against arguments used by eurosceptics. 
   According to most recent pre-elections polls in the UK, France, Austria and Denmark, extreme right politicians will win the Euro-election this year. United Kingdom Independence Party (UKIP) may get more than 30% of votes, and French Front National over 23%. Therefore, when I meet the leaders of both parties in Strasbourg, they reply to my questions in relax manner, calmly anticipating their victory: "EU is like a Soviet Union, it imposes its will on people, that's why we need to give the sovereignty back to people", Marie Le Pen repeats to me her mantra.And although, there are more and more politicians in Poland, who agree with such arguments; Polish National Movement is also gaining power, the followers of the Western extreme right in Poland, tend to forget that the populist guns used by eurosceptics from Britain, France or Holland often targets not only the EU but also Warsaw. 
   Polish immigrants living in the UK or Netherlands have felt it a lot during the last few years, when the politicians from UKIP or PVV in Holland persecuted them with their anti-Polish actions. They also didn't hesitate to show their hostility to the Polish PM. During a debate in Strasbourg in July 2011, Dutch MEP, Barry Madlener shouted at Donald Tusk: "Take your Poles back to Poland". Nigel Farage also couldn't miss his chance: "What planet are you from?!?" he asked the Polish PM.  When I asked Farage if it wouldn't be a good idea to get the Poles living in the UK on his site and stop to persecute them, he laughs: "We like some Polish people, but we don't want millions of them!". 
   A week before, another British MEP, Nick Griffiths from BNP explains during a debate in Brussels, that it is Poland and its membership of NATO, that is responsible of aggravating relations with Russia, and hence the conflict in Ukraine. "Nato enlargement by countries from eastern Europe was a wrong decision, it made Russia angry and the consequences of this we can see now", tells me Griffiths. As extreme right from Western Europe do not hide its sympathy for Moscow. During her visit in the Russian capital in April this year, Marie Le Pen agreed with Putin that the best solution for the Ukrainian conflict would be federalization of the country. 
   Controversial statements, and sometimes simple slurs shouted out by the eurosceptics in Brussels so far have only been loud and unpleasant, but didn't have any influence on the European law, as there was only a small  group of EU enemies in the chamber. This time however, it might be different. If the eurosceptics gain over 100 places in the EP, which is expected in the pre-elections polls, and they will form one group (for which they only need 25 deputies from 7 countries), they will have a real influence on the EU legislation. As a result of that, they will be able to revise the EU law on open labour markets or block the new EU budget. 
  The eurosceptics March on Europe, could only be stopped by the high turnout. This however is quite unlikely, as according to  pools  less than 40% of people may attend this week Euro-elections. And it may mean that after victory of extreme right in Europe, it will not only be the EU but also Poland which will find itself  under eurosceptic fire. 


Friday, May 16, 2014

Wszystkie "sikające" pomniki w Brukseli...

   Manneken Pis czyli sikający chłopiec to jeden z najsłynniejszych pomników Europy. Przed figurką mierzącą zaledwie 61 centymetrów w Brukseli dzień i noc gromadzą się turyści z całego świata. Niewielu jednak wie, że kilka uliczek dalej Manneken PiS ma swoją siostrę  Yenneken PiS, a nawet  psa Zinneken PiS, którzy tak, jak on, jak gdyby nigdy nic siusiają sobie na brukselskich ulicach. 
   W wyniesieniu na piedestał siusiającej rodzinki Belgowie nie widzą nic dziwnego. W całym kraju spotkać można bowiem równie groteskowe monumenty. Jedni twierdzą, że to skutek belgijskiego poczucia humoru i zamiłowania do surrealizmu. Inni, że w liczącym niewiele ponad wiek państwie, to następstwo braków w narodowych zabytkach, które pośpiesznie  nadrabiano właśnie nie do końca przemyślanymi pomnikami, stawianymi ku czci kogolwiek, czegokolwiek i gdziekolwiek. W samej Brukseli, która z niewiele ponad milionem mieszkańców raczej nie jest wielką metropolią, rozsianych w artystycznym nieładzie już jest ponad 120 pomników i 70 fontann. Nowe pomniki wyrastają tu jak grzyby po deszczu, również dlatego, że  o postawienie swojego monumentu w stolicy Europy zabiega wiele państw. Te ostatnie przechodzą jednak wyśrubowaną selekcję, bo władze Brukseli zdecydowanie bardziej wolą swoje groteskowe pomniki, niż proponowane im wyniosłe statuy. I chyba dzięki takiemu właśnie podejściu, choć Bruksela jest uznawana za stolicę Europy, to Belgowie wciąż mogą się w niej "swojsko" czuć. 








All the peeing statues of Brussels...


   Manneken Pis, a statue of a pissing boy in Brussels is one of the most famous monuments in Europe. There are hundreds of people gathering in front of it every day. Not many of them however know, that few meters away from it, there are also stautues of pissing girl, Janneken Pis and a pissing dog, Zenneken Pis. 
   For the Belgians to make the monumets of the "pissing family" is nothing bizarre. Throught the country one can see many equally grotesque statues. According to some, it is a result of Belgian sense of humor, or love for surrealism in the country. Historians and architects underline another point. Since the country is less than a century old, it has had a serious lack of historical monuments and sites. That's why various statutes and art pieces have been quickly comissioned and put up to honour whoever, whatever and whenever. As a result of this, now in Brussels only, a city with little more than a million inhabitants, there are already 120 monuments and 70 fountains. New stautes are put with an amazing speed also, as many countries approach urban planning deprtament asking for their own statue to be build in the city, recognised as the heart of Europe. Such requestes though, as I am reassured in the city plannig office are often turned down, as the projects are simply too serious in the Belgian eyes. It's probably thanks to such an approach, native Brussels citizens, despite the city European status, can still feel here well and at home. 


Saturday, May 3, 2014

10.000 hektarów tulipanów...

   "Kaukenhof", czyli holenderska świątynia tulipanów, kiedyś był zwykłym ogrodem warzywnym. Ale choć jego nazwa, oznaczająca właśnie ogród kuchenny zachowała się do dziś, to w Lisse, 20 km od Hagii od 65 lat zamiast marchwi, czy kapusty, królują tulipany. Do tego najsłynniejszego ogrodu w Holandii każdego roku przyjeżdża ponad 800.000 turystów. Zapierający dech w piersiach widok, ktory na miejscu czeka kazdego to efekt pracy 30 ogrodników i ponad 7 mln cebulek, jakie kazdego roku sadza w Kaukenhof. "Ogród kwitnie przez 8 tygodni, ale my pracujemy nad nim cały rok" mówi mi Anne Marie Gerards, rzeczniczka Kaukenhof.
 Hodowcy tulipanów w Holandii, swoimi kwiatami obsiewają nie tylko 10.000 hektarów ziemi, ale prześcigają się również w tworzeniu ich nowych odmian. I choć zabawa w tulipanowego boga wcale nie jest trudna, bo by stworzyć nowy gatunek wystarczy pomieszać pyłki, to nikomu do tej pory nie udało się wyhodować legendarnego, czarnego tulipana. Jego historię w 1850 roku opisał Alexander Dumas. Od tej pory czarny tulipan pozostaje niedoścignionym celem i marzeniem holenderskich hodowców. Ci, ktorzy jak ogrodnik w Kaukenhof, Andre Beijk dali za wygrana, tlumacza: "To zwykły mit, czarny kolor w naturze nie istnieje, dlatego najciemniejsze płatki mogą mieć kolor głębokiej purpury, ale nigdy nie czerni". 
   Jedno jest pewne, twórca czarnego tulipana, zbije na nim fortunę. Choć wcale nie będzie pierwszym, który w Holandii dorobił się na kwiatach. W XVII wieku, czyli złotej epoce tulipanów w Holandii, jedna cebulka poszukiwanej odmiany kosztowała tyle, co kamienica w Amsterdamie. Olbrzymi popyt na kwiaty sprawił, że zaczęto spekulować nimi na rynku, sprzedając tulipany, które planowano dopiero posadzić. Wywindowane ceny cebulek i niedotrzymywanie kontraktów na tulipany doprowadziły wreszcie do krachu. Tulipanowi handlarze stracili swoje majątki, a słowo "tulipomania"  do dziś używane jest jako synonim bańki spekulacyjnej. 
Pomimo złego doświadczenia Holendrzy nigdy nie zrezygnowali jednak z "zielonych" interesów i dziś, cztery wieki później wciąż dominują na światowym rynku kwiatów. Ich eksport przynosi Holandii rocznie ponad 5 mld euro zysku. Jego dużą część stanowią cebulki tulipanów. Holendrzy eksportują ich rocznie  ponad 2 mld. 
   "Kaukenhof" trudno nie opuścić zreszta bez torby cebulek, choć nie tych tulipanowych. Na posadzenie najsłynniejszych kwiatów Holandii jest już za późno. Podstawy pod własny kawałek tulipanowego raju w swoim ogródku, można złożyć dopiero na przełomie września i października, bo wówczas sadzi się tulipany. 






















10.000 hectares of tulips in Holland...

   Dutch tulips temple known as "Kaukenhof" used to be a simple vegetable garden. And although it has kept its original name, for more than 65 years now the carrots and cabbage have been replaced there with tulips. Located 20 km away from Hague, the most famous garden of Holland is now visited by some 800.000 tourists every year. And the colours and compositions of flowers mark everyone who come to Lisse. This incredible effect is a result of work of some 30 gardeners and 7 billion bulbs that they plant here every year. "Kaukenhof  flourishes during only 8 weeks per year, but we have to work on it for 12 months" explains Anne Marie Gerards, from Kaukenhof.
   Dutch tulip growers do not only plant their flowers on some 10.000 ha, but they also compete in cross-breeding and creating new cultivars of flowers. But despite the fact that being a tulip god is not too difficult, as it's enough to mix the pollens of the two cultivars to obtain a brand new, unique one, no one though has ever managed to create a black tulip yet. The legend of a black flower was created by Alexander Dumas, who in 1850 wrote a famous book "Black Tulip", which started the ever lasting competition amongst the growers. But as Kaukenhof gardener explains, that the black tulip is and will always remain a legend only. "The black colour doesn't exist in nature, therefore the petals can be dark purple but never black" says Andre Beijk. 
   One is certain, the creator of a black tulip will make a fortune on it. And he will not be the only one in Holland to become rich thanks to flowers. In XVII century, during the golden age of tulips, one precious tulip bulb could reach a price of a house in Amsterdam. Great demand for the flowers led to big speculations on bulbs at the markets. Tradesmen were betting and buying tulips which were only supposed to grow later on. Extraordinarily high prices and unfullfilled contracts finally led to crash.  Tulip dealers lost their houses  and "tulipomania" has become an international synonime of markets bubble. But despite the bad experience, the Dutch never gave up on the green incomes and nowadays, four centuries later,  the Netherlands remains the world's largest producer of tulips bulbs, providing an annual 4,2 billion bulbs, out of which half is exported abroad.  
   It is also almost impossible to leave Kaukenhof without a bag of bulbs, but not the tulips ones though. As it is simply too late to plant the tulips now. The basis for one's own piece of tulips paradise, one can only make in september or october, as this is the right seazon to plant tulips bulbs. 

Thursday, May 1, 2014

Polska woli być gorszym członkiem UE...

   Polska skorzystała na członkostwie w UE najwięcej spośród wszystkich "nowych" krajów. Dzięki kolejnym 106 mld euro, jakie Wspólnota wpompuje w naszą gospodarkę z nowego unijnego budżetu, status największego beneficjenta w Unii utrzymamy jeszcze przez co najmniej 7 lat. Ale to właśnie ten status "kraju na dorobku, który chce jak najwięcej skorzystać na członkostwie", traktując Unię w sposób roszczeniowy, sprawia, że Polska jest i jeszcze długo pozostanie w Brukseli krajem drugiej kategorii. Choć okazji do tego, by stać się pierwszoplanowym, współdecydującym o losach Europy graczem było kilka. Taka rola niesie jednak ze sobą nie tylko same korzyści, ale również straty. Dlatego polskie władze przez ostatnie 10 lat wolały uchodzić za  "pasożyta" niż sternika w Brukseli. Ten ostatni mógłby bowiem kosztować je utratę popularności w społeczeństwie, któremu trudno wytłumaczyć przecież geopolityczne rozgrywki, na których pozytywne rezultaty często trzeba czekać dłużej niż jedną kadencję. 
   Gdy w czasie kryzysu gospodarczego w Europie, unijne władze apelowały do Polski, by przyjmując euro, uratowała słabnącą pozycję wspólnej waluty na światowych rynkach, ówczesny polski minister finansów śmiał się unijnym politykom w twarz,  mówiąc, że "do walącego domu się nie wchodzi".  Polscy politycy szybko zapomnieli, że z ich własnych ruin, uratowały ich właśnie europejskie pieniądze. "Solidarnością" nie tylko na ustach, ale również w czynach; odwagą i poczuciem współodpowiedzialności za losy Europy wykazali się jednak inni "nowi": Słowacja, Estonia i Łotwa.  Do przyjęcia euro przygotowuje się również Litwa. Z "10" państw, które przystąpiły do Wspólnoty w 2004 roku, tylko Polska, Czechy i Węgry wciąż nie zadeklarowały nawet wstępnej daty przyjęcia euro. Rozczarowania z tego powodu w oświadczeniach z okazji 10-lecia w UE nie kryją dziś wszyscy czołowi unijni politycy.  
   Na europejską hipokryzję szybko zachorował zresztą również nasz Premier. Bo choć, z okazji rozpoczęcia Polskiej Prezydencji w UE w lipcu 2011 roku wygłosił w Strasburgu jedno z najbardziej pro-europejskich przemówień w historii Wspólnoty, to gdy rok później o pokierowanie Unią na stanowisku szefa Komisji Europejskiej poprosiła go sama Angela Merkel, uczucia Donalda Tuska do Europy nagle wyparowały. Polski Premier zrezygnował z fotela, o którym marzy wielu europejskich polityków. Zgodnie z logiką polskich polityków wolał bowiem zbijać na Unii  polityczny kapitał w kraju, niż "nie daj Boże" stać się współodpowiedzialnym za coraz trudniejsze losy Europy. 
 A przecież to na takiej właśnie współodpowiedzialności polega prawdziwe, pełnoprawne członkostwo w Unii Europejskiej…Ciekawe, ile jeszcze będziemy musieli na nie poczekać...


                                                                        © European Parliament


                                                                                                              © European Parliament



Poland prefers to be the second class EU member...

   Out of all the 10 states which joined the EU in 2004, it has been Poland who benefited the most from EU's membership. And thanks to further 106 bln euro, that the country will receive from the EU budget during the next 7 years, Poland will also remain the biggest EU's beneficiary for years to come... At the same time however, it is this very status of a "country orientated purely on EU money" that makes Poland to be seen as a second class member. Moreover, despite a few occasions to get rid of this derogatory title, Polish authorities have chosen not to become more involved and responsible for the EU's future. Instead, they preferred their role of "parasite", as at least, it would not risk the loss of popularity in this part of Polish society that doesn't understand the long-awaited results of geopolitical games.  
   One of such opportunity took place in the middle of the economic crisis, when many EU leaders were officially suggesting that Polish decision to join the euro zone could save the single currency image and position at the world markets.  Polish finance minister at that time, however was laughing at european politicians who had had such "crazy ideas", as he explained "one has to be stupid to enter the house which is falling apart". Polish politicians have quickly forgotten that only a few years earlier,  it was the european money that saved ruined economy of Poland. At the same time, three other "new" member states: Slovakia, Estonia and Latvia have positively replied to EU's appeals and shown solidarity (not only in the words but in actions), courage and responsibility for Europe, by joining the euro zone (Lithuania will do so next year). Out of 10 countries that joined the EU in 2004 now only 3 still haven't even declared when they could eventually adopt euro as their currency. And this deceiving situation have been pointed out in all the declarations made by all the european leaders on the occasion of the 10 years enlargement anniversary. 
   The european hypocrisy have also become a sickness of the Polish Prime Minister. Despite one of the most pro-european speeches ever, that Donald Tusk made in July 2011 at the occasion of the start of Poland's EU Presidency, only a year later he refused to be a candidate for the President of the  European Commission; the post that was proposed to him by Angela Merkel and many other influential european politicians. Polish Prime Minister, just like all  the Polish political class, simply preferred to use the EU to gain political capital for him and his party in Poland, rather than become a European leader, responsible for the future of Europe. A full membership of the EU though, only comes with such a responsibility, and not financial advantages and euro-romantic speeches only..I wonder how much longer my country will have to wait for it...


Sunday, April 27, 2014

Jan Paweł II nielubiany w Brukseli...

   Entuzjazm, z jakim Belgowie przywitali Jana Pawła II w 1985 roku zaskoczył nawet tutejszych przywódców Kościoła. Prymas Belgii, Andre-Joseph Leonard wspomina: "przyjechał do naszego kraju, w którym już wówczas postępowała laicyzacja społeczeństwa i mimo tego przyciągnął do siebie tłumy ludzi. On na nowo zjednoczył ludzi w wierze, naprawdę spowodował taki pozytywny wstrząs". Ten "pozytywny wstrząs" nie trwał jednak długo. Już w czasie drugiej wizyty w 1995 roku, pomimo, że JPII beatyfikował belgijskiego misjonarza, ojca Damiana, był witany w kraju już dużo chłodniej. "Druga wizyta papieża nie przebiegała już w tak radosnej atmosferze - przyznaje Prymas Belgii - bo nad belgijskim kościołem wisiały już czarne chmury po aferze Gayo", tłumaczy Leonard.  
   Od końca lat 90-tych belgijski Kościół w związku z aferami pedofilskim zaczął pogrążać się w kryzysie. W miarę jak na jaw wychodziły kolejne afery; według oficjalnych szacunków ofiarami 134 księży pedofilów padło ponad 500 osób, a 13 z nich popełniło z tego powodu samobójstwo; wierni nie tylko stracili zaufanie do księży, ale również całkowicie zrezygnowali z wiary. Wielu z nich to właśnie Jana Pawła II do dziś oskarża o milczenie w tej sprawie. Zresztą uważani obecnie za jednych z najbardziej liberalnych w Europie Belgowie (w tym roku zalegalizowano tu nawet eutanazję dla niepełnoletnich) kwestionują również inne decyzje papieża Polaka.  Prawie wszyscy, których pytałam w Brukseli o zdanie o Janie Pawle II wytykali mu niewłaściwe podejście do antykoncepcji. "Z wieloma jego przesłaniami i naukami się nie zgadzamy, na przykład zakaz używania prezerwatyw, który podtrzymał, spowodował pewnie śmierć z powodu AIDS tysięcy młodych ludzi, zwłaszcza w Afryce", tłumaczył mi jeden z mieszkańców Brukseli. "Jak dla mnie był bardzo starodawnym papieżem i niestety takie były również jego poglądy w sprawie antykoncepcji" mówił inny. Żadna z 20 osób, które zatrzymałam na ulicach belgijskiej stolicy, prosząc o komentarz na temat Jana Pawła II nie udzieliła mi pozytywnej odpowiedzi. Większość już słysząc słowo "papież", rezygnowała z udziału w sondażu, tłumacząc, że nie jest osobą wierzącą.  I to pewnie była poprawna odpowiedź, bo według belgijskich sondaży z ubiegłego roku,  w kiedyś katolickim kraju, dziś praktykujący katolicy stanowią jedynie 8% społeczeństwa. Dlatego również zainteresowanie kanonizacją papieży jest w Belgii dużo mniejsze niż w innych częściach Europy. 


                                          Wizyta Papieża Jana Pawła II w Belgii w 1985;  © European Parliament


                                          Belgowie nie mają dobrej opinii o JPII;  ©Telewizja Polsat Sp.Z.o.o



                                         Prymas Belgii o wizytach Jana Pawła II;  ©Telewizja Polsat Sp.Z.o.o.





Jean Paul II disliked in Brussels...

   The joy and enthusiasm expressed by the Belgians during the first visit of Jean Paul II in the country surprised even the Church leaders in Belgium. Primate of Belgium, Andre Joseph Leoanrd tells me: "When he came to our country, the secularization of the society has already started and despite that, he managed to attract the crowds. He reunited people in faith again and caused such a positive shock". But "the positive shock" didn't last long. Ten years later, during his second visit, despite beatification of Belgian missioner, father Damien, the Pope was welcomed in a much cooler way. "The second visit caused much less joy than the first one, as dark clouds were already approaching Belgian sky after Father Gayo gate", admits Leonard. 
   From the end of the 90s the Belgian church has gradually plunged into crisis, as pedophile scandals started to come out. As a result of some 134 priests accused of abusing sexually over 500 people in Belgium, out of which 13 committed suicide (and this is only official statistics), many believers have not only lost their trust in Church, but also their faith in God. And many of them accuse Polish Pope for not reacting in a proper way. Moreover, the Belgians with their most liberal rights on gay marriage and adoption of children or voted this year law on euthanasia for miners, question other decisions of Jean Paul II too. Almost all the people I asked about the opinion about the Polish Pope on the streets of Brussels, criticized his ban on contraception. "We don't agree with many things he promoted, such as for example the ban of preservatives that he recommended, and which has probably already been mortal, because of AIDS to many young people" says Renauld. "He was very old-fashioned Pope, and so were his opinions on contraception", claims another Brussels citizen, Peter. Out of around twenty people I asked for a comment on Jean Paul II in the Belgian capital, not a single one had something positive to say and many declined to say anything at all as soon as they heard the word "pope". They were simply explaining to me that "they don't believe in God" and turning back. And this was probably an honest answer, as according to the recent opinion polls, carried out in Belgium last year, only some 8% of the society here claim to be active believers. This is also the reason why the interest in the Popes canonization, happening in Rome today,  in Belgium is much smaller than in other parts of Europe. 


Monday, April 21, 2014

Euro-imprezowicze i euro-podróżnicy ...

   Mieli pilnować polskich interesów i przygotowywać dobre dla Polski unijne przepisy, w czasie 5 lat w Parlamencie Europejskim polscy eurodeputowani odkryli jednak również bardziej atrakcyjne zajęcia. Za pieniądze unijnych podatników organizowali bankiety, wozili się po świecie i promowali w swoich okręgach. Niezależnie od tego, czy w Brukseli zajmowali się tworzeniem unjjnego prawa, czy dekorowaniem ścian Europarlamentu wszyscy zarabiali prawie 50.000 złotych miesięcznie. 
   W organizacji wystaw i bankietów wyspecjalizowało się kilku polskich europosłów. Choć w tej kadencji każdy eurodeputowany mógł zorganizować 2 wystawy to Ryszard Czarnecki i Tomasz Poręba z PiS zorganizowali ich po 7 każdy. "Często można coś dobrze sprzedać, trafić do odbiorcy, niekoniecznie ważnym wystąpieniem politycznym tylko przez język sztuki", tłumaczy Czarnecki. I choć za promocję polskiej sztuki w Europie, europosła pewnie nie powinno się krytykować, to należy zauważyć, że Czarnecki w Europarlamencie zorganizował m.in. wystawę znaczków pocztowych a jeden z bankietów poświęcił prezentacji dzieł japońskiego artysty. 
  Parlamentarna rozrywka zdaniem wielu eurodeputowanych nie jest jednak najgorszym przewinieniem. Europoseł Polski Razem, Paweł Kowal przyznaje: "można nawet w tym nie uczestniczyć. Są tacy, którzy po prostu wpadają, pobędą tu chwilę, podpiszą się, zagłosują i wyjeżdżają". Puste krzesło na sali może oznaczać też, że eurodeputowany jest w zagranicznej podróży służbowej. Tak swoje często nieobecności w tej kadencji tłumaczy Michał Kamiński. "To jest prawda, że Parlament Europejski bardzo często wybierał mnie do delegacji międzynarodowych". A Kamiński choć mógł odmówić i zostać w Brukseli by pilnować ważnych dla Polski spraw, wolał to robić podczas opłacanych przez Unię służbowych delegacji. 
   Polscy europosłowie, podróży sponsorowanej z unijnego budżetu nie odmawiali zresztą również swoim wyborcom. Choć każdy eurodeputowany może zaprosić  do Brukseli 110 osób rocznie, to Czesław Siekierski z PSL unijne wycieczki fundował zdecydowanie większej liczbie ludzi ze swojego regionu. "Ja to robię bardziej oszczędnie, to przyjmuje dwa a nawet trzy razy tyle", tłumaczy Siekierski. 
    Oszczędzać wszyscy europosłowie mieli z czego, bo każdy z nich obecny, czy nie, zaangażowany w unijną politykę, czy organizacje bankietów, zarabia ponad 7,5 tysiąca euro, czyli ponad 31 tysięcy złotych brutto miesięcznie. Razem z dziennymi dietami, w wysokości 300 euro i 4000 euro na prowadzenie biura mógł uzbierać miesięcznie ponad 50.000 złotych. "Ja właściwie mam już z czego żyć do końca życia" chwali się Marek Migalski z Polski Razem, który za parlamentarne wynagrodzenia kupił 3 mieszkania. Na łamach prasy oficjalnie krytykuje jednak zbyt wysokie zarobki w Brukseli. "Jeśli słyszę wypowiedzi moich kolegów, zwłaszcza Pana Migalskiego, który mówi, że są bezsensownie wysokie zarobki i mówi to także w imieniu Portugalczyków, Niemców, Hiszpanów, których o zdanie nie pytał, to ja mu odpowiadam, oddaj chłopie polowe tej pensji na cele charytatywne i nie marudź" mówi poirytowany hipokryzją Migalskiego, Tadeusz Zwiefka z PO. Migalski słów Zwiefki nie pozostawia bez odpowiedzi: "Jeśli Pan Zwiefka uważa, że zarabianie przez niego 50.000 złotych miesięcznie jest ekwiwalentne do tego co robi w Parlamencie Europejskim to ja uważam, że to nie jest ekwiwalentne, bo on zarabia trzy razy tyle co Prezydent Rzeczpospolitej".
  To, co za nawet 50.000 złotych miesięcznie europoseł robił albo czego nie robił w Brukseli już wkrótce ocenią wyborcy. A przy tej ocenie warto chyba wziąć pod uwagę takie jego zajęcia w Brukseli, na których skorzystała Polska, a nie tylko sam europoseł i grupa jego znajomych. 





                                                                                         


MEPs who like to party and travel...

   Although elected to represent and defend national interests in Brussels, some Polish MEPs have found much more attractive activities during the last 5 years in the European Parliament. Banquets, foreign trips and auto-promotion paid from EU tax payers money became their favourite things to do whilst in Brussels or in Strasbourg. Despite the EP's rule which says that every MEP can organize maximum 2 exhibitions per term for example, Polish MEPs such as Ryszard Czarnecki and Tomasz Poręba managed to organize 7 of them each. "It's a good way of selling something or attracting somebody's attention, not only through important political statements but also using art", explains Czarnecki. And although promotion of Polish art in Europe by Polish MEP could indeed be a good thing, one has to know that Mr Czarnecki organised exhibitions of stamps or pictures made by a Japanese artist. 
   Parliamentarian entertainment however, according to many MEPs is not the worst abuse in Brussels. Polish MEP, Paweł Kowal admits "There are some MEPs who don't participate even in these kind of events, as they come here for a very short moment, sign the list, vote and go away". Empty chairs though may also mean that MEP is away on foreign delegation. This is an explanation given by Polish MEP Michał Kamiński, often absent in Brussels during the last term "It is true that European Parliament was often choosing me for foreign trips". And Kamiński never declined invitations. As much more than staying and defending Polish interests in Brussels, he preferred to travel around the world. 
  Polish MEPs could also not say no to travel opportunities for their electors. Despite the EP's rule which says that every MEP can invite up to 110 people per year, Polish MEP Czesław Siekierski proudly admits that he managed to sponsor with EU money travel and hotels in Brussels and in Strasbourg much more inhabitants of his region. "I just did it in a more economy way and it's true that I double or even triple the number of my invites". 
   But although Polish MEPs didn't care to spend EU's tax payers money on parties and trips, whilst working in Brussels they learnt very well how to save their own money. And as a result of it, many  of them have become millionaires in Poland (in Polish currency). To save a fortune for Polish MEP during the last 5 years was in fact not to difficult as every MEP, doesn't matter which country he is from,  gets 7,600 euro salary per month, plus 300 euro for his daily expenses while in Brussels or Strasbourg and 4000 euro for his bureau. In case of a Polish MEP it means that he can monthly earn up to 50.000 zlotys, much more than Polish President or Prime Minister of Poland. Thanks to his salaries in Bruxelles Polish MEP Marek Migalski for example bought three flats in Poland. "In fact I have now enough (investment) to leave from till the end of my life" he admits. But in his electoral campaign now ironically Migalski has become the first one to criticize unnecessarily high MEPs salaries. "When I hear such comments, which Mr Migalski makes for all of the MEPs including the ones from Germany, Portugal or Spain, I just want to reply to him: stop to complain and if you have too much, give it to charity", says irritated with Migalski, another Polish MEP Tadeusz Zwiefka. Migalski eagerly continues the polemic: "If Mr Zwiefka thinks that 50.000 zlotys per month is equivalent for the job he does in the European Parliament, than I don't agree with that, because it means he earns three times more than the President of Poland". What a MEP does, or doesn't do for some 50.000 zlotys per month in Brussels will soon be assessed by all of us, during European elections in May. Maybe during this assessment it is worth to take into account what a MEP has indeed done for Poland, rather than for himself and a group of his friends. 

Saturday, April 19, 2014

Czarni pątnicy w Belgii...

   Parada czarnych pątników w Lessines jest jedynym tego rodzaju wydarzeniem Wielkiego Tygodnia w Belgii, a może nawet w tej części Europy. Z wielkopiątkowych marszy pokutników słynie przede wszystkim Hiszpania. Ten w belgijskim Lessines ma upamiętniać północne krucjaty krzyżowe.  Pierwszy pochód czarnych pątników zorganizowano tu w 1475 roku. Miał on wówczas przybliżyć wiernym nie umiejącym czytać, mękę i śmierć Jezusa. Sześć wieków później parada pątników wciąż budzi olbrzymie zainteresowanie miejscowych i turystów, przybywających do Lessines w Wielki Piątek z całej Belgii.
   Ubrani w czarne sutanny z kapturami uczestnicy parady uasabiają zakonników z końca XV wieku. Ich bractwo świadczyło ostatnie posługi kapłańskie skazańcom prowadzonym na śmierć na gilotynie. To właśnie tą owianą zgrozą i tajemniczością atmosferę próbują oddać czarni pątnicy, maszerując przez miasto przy świetle pochodni i dźwiękach kołatek i bębnów.  Pomimo tego, że parada rusza z Kościoła św. Piotra w Lessines i uczestniczą w niej także księża, to w Belgii, która już dawno uważana jest za świecki, a nie katolicki kraj, cała uroczystość ma chyba jednak mimo wszystko bardziej folklorystyczny, niż religijny charakter.






                                                                                                     



                                                                                                       



Friday, April 4, 2014

Sługa to zawód przyszłości...


  Na założenie roboczego stroju, ze wszystkimi detalami mają jedynie 8 minut. "Twój szef może zażądać usługi w każdej chwili, dlatego musisz być szybko gotowy", tłumaczy Leon, jeden z adeptów Akademii Kamerdynerów, w pośpiechu wiążąc krawat. Kamerdyner powinien zawsze obsługiwać swoich chlebodawców w  kompletnym, roboczym stroju, na który składają się m.in. surdut, krawat i białe rękawiczki. Zadbane muszą zresztą być również dłonie lokaja, dlatego po ćwiczeniu z ubieraniem na czas, dyrektor szkoły sprawdza nie tylko, czy na stroju nie ma najmniejszego pyłku, czy nitki, ale również, czy przyszły majordom ma wypolerowane paznokcie i pomimo pośpiechu, wciąż ładnie pachnie. To właśnie ten wojskowy dryl i upokorzenia, których uczniom nie szczędzą wykładowcy Międzynarodowej Szkoły Kamerdynerów w Valkenburgu sprawiły, że dwie kursantki zaledwie po dwóch tygodniach zrezygnowały z zajęć. Dyscyplinę lepiej znoszą ci, którzy tak, jak były amerykański policjant już wcześniej wykonywali zawody wymagające posłuszeństwa. Choć John nie ma bynajmniej zadowolonej miny, gdy opowiada o holenderskim "przyuczania" do zawodu: "W akademii spędzamy od 12-14 godzin dziennie, czasem 7 dni w tygodniu bez przerwy". W tym czasie przyszli lokaje uczą się, jak nosić parasol, ścielić łóżko, czy organizować wystawne przyjęcie. "Nauka jest intensywna, bo cały kurs trwa tylko 8 tygodni, a do przyswojenia jest naprawdę bardzo wiele informacji i umiejętności", tłumaczy założyciel szkoły Robert Wennekes. Za polerowanie sreber, usługiwanie dyrektorowi szkoły i znoszenie jego obelg, adepci akademii  płacą prawie 14.000 euro, czyli ponad 70.000 złotych... Taka "inwestycja", jak zapewnia Wennekes, jest jednak jak najbardziej trafiona, bo otwiera przyszłemu kamerdynerowi drzwi do pałaców i jachtów na całym świecie. 
   A tam na życie bynajmniej się nie narzeka, zapewnia dyrektor szkoły.  Zanim założył akademie w Holandii, Wennekes sam przez lata pracował jako kamerdyner, najpierw u amerykańskiego miliardera, a potem w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Berlinie. I choć teraz musztruje swoich podwładnych bez litości,  to w rozmowie ze mną przyznaje się do swoich pomyłek. Jako kamerdyner w Berlinie na przykład zmuszony był serwować obiad Bill'owi Clinton'owi w...skarpetkach, bo gdy w czasie krótkiej przerwy tuż przed przyjęciem ściagnął buty, stopy spuchły mu tak bardzo, że nie mógł ich  z powrotem założyć. Wennekes wyszedł cało z nietypowej przygody, zarządzając przygaszenie lekko świateł na sali tak, by jego białe skarpetki nie rzucały się w oczy.  Teraz w roli szkoleniowca robi jednak wszystko, by kamerdynerzy wychodzący spod jego ręki, unikali gaf. Zwłaszcza, że zazwyczaj to on sam poleca ich swoim znajomym dorobkiewiczom. 
  Dyrektor Międzynarodowej Akademii Kamerdynerów zapewnia, że telefony od milionerów szukających osobistych asystentów rodziny i lokajów odbiera każdego dnia. W czasie ostatniej wizyty w Chinach zapewniono go, że w kraju już w tej chwili potrzeba jest co najmniej 100.000 profesjonalnych służących. Dlatego latem tego roku, Wennekes otwiera oddział swojej szkoły w Chinach. "Nawet jesli  wciąż trwa kryzys gospodarczy, to jeszcze nigdy dotąd na świecie nie było tak wielkiego zapotrzebowania na kamerdynerów: w Stanach Zjednoczonych, w Rosji, w Indiach, w Chinach…" wylicza Wennekes. I chyba nie przesadza, bo informacje o rosnącej liczbie bogaczy i powiększającej sie przepaści między zamożnymi a biednymi na świecie potwierdza wielu analityków. Według Credit Swiss, w ciągu kolejnych 5 lat liczba milionerów na świecie wzrośnie z 32 do 48 milionów. W Polsce dynamika tego wzrostu ma być największa w Europie. Liczba milionerów nad Wisłą według Credit Swiss praktycznie się podwoi (z obecnych 45 do 85 tysięcy w 2019 roku) . 
   Zmianie ulega również rola lokaja. Współczesny sługa ma nie tylko nosić srebrne tace, ale również rezerwować prywatne jety i regulować rachunki za prowadzenie rezydencji. Osobisty kamerdyner dyrektora holenderskiej szkoły, Christopher Cantlon z dumą opowiada o swojej pracy: "Odbieram telefony, wysyłam maile, czasem podróżuję z moim pracodawcą i on raczej prosi mnie o radę, niż wydaje rozkazy..".  Choć zamożni chlebodawcy bywają różni...dlatego adepci holenderskiej akademii uczą się nakrywać do stołu przy pomocy linijki.. "Nasi goście mają bardzo wysokie oczekiwania, od razu zauważą jeśli na stole jest bałagan" mówi jeden z nauczycieli, Frank Fortgens. "Bałagan" w Valkenburgu oznacza, że talerz leży o centymetr za daleko od krawędzi stołu… Dlatego kamerdyner powinien cechować się zamiłowaniem do precyzji i pokorą. Z tego właśnie powodu najlepszymi adeptami holenderskiej akademii wcale nie są jej najmłodsi uczniowie. Na kursie przeważają mężczyźni po czterdziestce. Policjant, taksówkarz, nauczyciel angielskiego to tylko niektóre zawody, które poświęcili by stać się współczesnymi służącymi. Na moje pytanie, czy taka praca nie wydaje im się niewdzięczna, a nawet poniżająca, odpowiadają zgodnie: "to zawód w którym faktycznie trzeba zapomnieć o swoim ego i w pełni poświęcić się swojemu pracodawcy, ale przecież w każdej innej pracy też służymy innym". A za swoje usługi profesjonalny lokaj może otrzymywać nawet 100.000 euro, czyli ponad 400.000 złotych rocznie.  



















Servant is the profession with the future...

   Professional clothes, students of the International Butler Academy in Valkenburg have to put on in no more than 8 minutes. "Your boss may ask you for a favor at any time of day or night, and then you have to make sure that you are at his disposal as soon as possible", explains Leon, whilst rushing to put his tight on. Every professional butler has to serve his employer in his complete outfit, which consist of frock and shirt, white gloves and a tie. And it is not only the clothes that have to be impeccable but also the person itself. That's why after the 8 minute dressing exercise, the director of the school checks also the nails of the future butler and sniffs his under pitches to find out, if despite the rush, the butler doesn't smell bad... Such a military drill, if not a pure humiliation, offered at the International Butler Academy makes some students quit the course before the end, as it happened with two of them, just after my visit there. This highest level of discipline though is more easily accepted by those who used to have previous occupations in which obedience was required, as it is the case of former American policeman, now trained to become the butler. However, John is not smiling either, when telling me stories from daily life at the academy: "We spend 12-14 hours per day here, sometimes all week, with not a day off". 
Future butlers in Valkenburg learn how to carry the umbrella above the employers' heads, how to make the bed and polish the cutlery. "The course is very intensive, because it lasts only 8 weeks, and there are many information and skills that need to be learnt", explains Robert Wennekes, the founder of the school. His students pay 14.000 euro for serving him coffees, making his bed and listening to his shouting and swear words. Wennekes however ensures that such an "investment" pays off, as it opens the doors to the biggest palaces and yachts in this world. 
   Life next to the richest of this world, as he guaranties, is far from being miserable. Wennekes gives himself as a proof of it, as before setting up the International Butler Academy, he himself for many years worked as a butler, serving American billionaire and then working at the American embassy in Berlin. And although now, he could be called the master of swearing when talking to his students, in the past, he used to make mistakes too. During the official dinner for the US President Bill Clinton for example, Wennekes was serving the President in his white socks only, as his feet got swollen too much when he took his shoes off during the pause, that he was unable to put them back on. Now, in the role of the director of the Butler Academy, Wennekes however makes sure that the butlers trained by him, are able to avoid the gaffes. He cares about his students skills so much also because it is him who then find them jobs at his millioners friends residences. And as he claims, it is not difficult to do so at all. On the contrary,  he receives calls from millionaires looking for personal assistants on daily basis and during his last visit to China he was told that some 100.000 butlers are needed in the country immediately. That's why in summer he opens his school there. "Even if we are still talking about economic crisis, there have never been so many milliners in the world as nowadays, the crisis is in Europe, but in the US, Russia, India, China there are more and more rich people" he says. And there might be no exaggeration his words as  as the same conclusions have recently been drawn by many analytics.     
   According to the recent Credit Swiss Analysis for example, during the next 5 years the number of millionaires in the world will grow from the current 32 to 48 millions. What is more, even in Poland the number of millionaires will double, from current 45 to 85 thousands. 
   The role of a butler itself however is also undergoing big changes. Modern servant should not only know how to carry a silver tray but be able to book the private jet and pay the residence bills. Personal butler of Mr Wennekes, Christopher Cantlon proudly describes his duties: "I also answer the phones, send e-mails and sometimes travel with my employer and he rather ask me for advice than give orders…". Extremely rich employers however can have different attitudes and expectations..therefore at the Dutch Academy, future butlers leaner how to set up the table with a ruler. "Our guests are used to high standards so they will see straightaway if there is a mess on the table". And "mess" in Valkenburg means that a plate is one centimeter too close from the table's edge...That's why the future butler should love precision and always stay submissive. And these are the very reasons why the best adepts of the Butlers Academy are people for whom the job of a servant is usually a second or third career stage. The majority of the students are men in their 40s and 50s, former taxi drivers, policemen, teachers. When I ask them, if they don't think that butler can be considered as an unfulfilling, humiliating job, they all answer: "it's true that in this profession you have to forget your ego and fulfill your employer's needs, but then in any other job, we also serve others".   And for his service a professional butler can earn even 100.000 euro a year. 

Friday, March 28, 2014

Euro-sankcje zakładnikami Eurowyborów...

   Ani dwudniowe rozmowy 28 przywódców UE na ostatnim szczycie, ani płomienne przemówienia   Prezydenta Stanów Zjednoczonych wygłoszone w Hadze i w Brukseli nie przekonały niechętnych karaniu Rosji w Europie do zmiany zdania. Gdy Barack Obama kończył wczoraj swoją wizytę na Starym Kontynencie, szef Siemens'a pozował w Moskwie do zdjęć z Putinem, zapewniając, że rząd w Berlinie wie o jego wizycie w Rosji. Angela Merkel doskonale zdaje sobie sprawę pewnie nie tylko z biznesowych podróży Joe Kaesser'a, ale również z ponad 2 mld obrotów Siemensa w Rosji i tysiącach Niemców, którzy dzięki temu mają pracę. Z tych samych powodów Prezydent Francji wciąż nie zdecydował o przerwaniu opiewających na ponad 1,2 mld euro kontraktów na okręty wojenne dla Rosji, bo przy budowie "Mistrali" pracują tysiące Francuzów.
   Utrata miejsc pracy i wpędzenie kraju w kłopoty gospodarcze "niepotrzebnymi" sankcjami dla Rosji, to argumenty, którymi francuska opozycja chce nie tylko wygrać wybory samorządowe (w kilku regionach już wygrała), ale także Eurowybory. Ukraińsko-rosyjski kryzys w tych ostatnich wykorzystują zresztą w Europie wszyscy. Z tym, że każdy, na najlepiej odpowiadający swojemu elektoratowi sposób. Austriacki eurodeputowany i szef frakcji socjalistów w Parlamencie Europejskim, Hannes Swoboda tłumaczy: "Jeśli zaczniemy wojnę gospodarczą z Rosją, to większość naszych wyborców uzna, że zwariowaliśmy i to przez nasze decyzje oni stracą pracę albo będą marznęli w zimie". Swoboda "zapomina" skonkludować, że zapowiedź wojny gospodarczej z Rosją odebrałaby również jemu szanse na re-elekcję. Europejscy politycy w Niemczech czy Francji z anty-rosyjskimi sloganami na ustach mogliby przegrać nie tylko wybory samorządowe, ale również ciepłe posady w Parlamencie  Europejskim. Te same, o które politycy nad Wisłą walczą właśnie wymachując Rosji przed nosem przysłowiową szabelką i pielgrzymkami na Majdan. To, co przemawia do polskich wyborców i kilku naszych sąsiadów, w pozostałych unijnych państwach odstrasza jednak elektorat. "Nasza wrażliwość jest bardzo różna od wrażliwości w wielu krajach, dlatego odbiór tej całej sytuacji, a zwłaszcza następstw sankcji gospodarczych, może być bardzo różny w różnych krajach", potwierdza polski komisarz Janusz Lewandowski.
   Dlatego przynajmniej do Eurowyborów pod koniec maja, Putin może pozostawać bezkarny bez względu na to, co wpadnie mu do głowy, bo europejskich polityków będzie zajmować tylko walka o stołki w Brukseli. A potem, gdy już na nich wygodnie zasiądą, problemy na "dalekiej", wschodniej granicy UE mogą interesować ich jeszcze mniej. Tym bardziej, że wielu z nich będzie  musiało spłacić wyborczy dług zaciągnięty u swoich oficjalnych i nieoficjalnych sponsorów...



                                                      Szczyt UE w Brukseli, 20-21.03.2014



                                           
                                                Szczyt Nuklearny w Hadze, 24-25.03.2014



Euro-sanctions kept hostage of Euro-elections...

   Neither a two day talks of 28 leaders at the last EU summit, nor the breathtaking speeches of the President of United States in Hague and in Brussels this week, have convinced the opposers of further sanctions for Russia in Europe, to change their mind. When Barack Obama was finishing his visit in Europe yesterday, the director of Siemens was posing with Putin in Moscow, reassuring everyone that his  government in Berlin knows about his visit in Russia. Angela Merkel is most probably aware not only about Joe Kaesser's business trips, but what Siemens' 2 bln euro turnover in Russia and thousands of German electors who thanks to that have jobs. For the same reasons, the French President has also still not withdrawn worth some 1,2 bln euro contracts for military vessels for Russia. As Francois Hollands knows that such decision could not only lead to  significant economic and job losses, but also, what is probably even more important to him, loss of power in both forthcoming elections in France: local and european ones.
   The potential disastrous effects of "irresponsible" sanctions on Russia, have become the campaign slogans of opposition in France and other european countries. Austrian MEP and head of socialists in the European Parliament confirms that with no hesitation: "If we start economic war with Russia now, our electors will think that we are crazy and it is because of us that they loose their job or freeze in winter". Swoboda forgets to add that anti-russia campaign could also cost him his own chair in the European Parliament and hundreds of other MEPs across the EU likewise, with few exemptions of Polish politicians and its Eastern-European colleagues, who on the contrary can only win the Euro-elections, if they show their readiness to go for war with Russia... Despite significant differences in the content, the crisis in Ukraine remains the core of campaign in euro-elections and its role may unfortunately finish just there. The differences in the way "russian-ukrainina crisis" is being used in euro-campaign, come from "different sensitivities in different countries...that's why the assessment of such actions and in particular their economic consequences, can also differ a lot amongs states", confirms Polish commissioner, Janusz Lewandowski.
   One is certain, Putin can probably do whatever he wants, at least till the Euro-elections at the end of May, as the only thing that will be of interest to European politicians  till then will be their future seats in Brussels. And as soon as they get them, they may become even more reluctant to solve problems on the EU's "far", Eastern border. Especially, as many of them will also probably have to pay their campaign debts, owed to their official and unofficial sponsors...



Wednesday, March 5, 2014

Unia Europejska pręży muskuły gospodarcze...


   Unia Europejska chce przekazać Ukrainie w ciągu kolejnych 6 lat 11 mld euro wsparcia. Na jutrzejszym szczycie właśnie tak hojna, jeśli nie hojniejsza, bo europejscy przywódcy mogą też zgłosić chęć wsparcia Ukrainy z własnych budżetów,  pomoc dla Kijowa najpewniej zaakceptuje unijna "28". Coś, o czym wciąż skupiona na dogaszaniu pożaru finansowego na Południu kontynentu Europa do niedawna nie chciała nawet słyszeć, po rosyjskich strzałach na Krymie, stało się jak najbardziej zrozumiałe. Bruksela nie tylko chce przekazać nowym władzom w Kijowie prawie 15 mld dolarów wsparcia, czyli dokładnie tyle samo, ile Ukrainie obiecał Putin, zanim "Majdan" obalił jego sprzymierzeńca, ale również pomóc w takiej przebudowie gazociągów, by w razie zakręcenia rosyjskiego kurka, do kraju gaz mógł popłynąć z Unii (gaz rosyjski, ale odsprzedany przez Słowację, Polskę czy Niemcy). Zazwyczaj stojąca na straży swojego największego, jednolitego rynku na świecie   (liczącego 500 mln konsumentów), Bruksela już dziś chce też jednostronnie znieść cła na ukraińskie towary przemysłowe i rolne, przymykając oczy na płynące z tego milionowe straty dla swoich członków.  

   Przerażonej masową imigracją Europie nagle nie straszny stał się nawet możliwy masowy napływ obywateli z ponad 46 milionowego kraju. W Brukseli już oficjalnie i bez strachu przed atakami nacjonalistów mówi się o konieczności rozpoczęcia procesu znoszenia wiz dla Ukraińców. Unijne kraje wreszcie pomimo początkowych wątpliwości, postanowiły też, że nie odpuszczą tym, którzy doprowadzili do rozlewu krwi na Ukrainie i sprzeniewierzyli państwowy majątek. Wspólnota Europejska zamroziła dziś pieniądze 18 przedstawicielom przed-Majdanowej władzy, zgromadzone w europejskich bankach. Listę osób, którym Unia odcięła dostęp do oszczędności na europejskich kontach otwiera Wiktor Janukowycz.

  W odpowiedzi na militarne prężenie muskułów Rosji, Europa pręży dziś swoje, gospodarcze muskuły. Rosja nie powinna ich ignorować, bo nawet jeśli korzyści z wymiany handlowej z Rosją czerpią również europejscy biznesmeni, to to właśnie UE, a nie Rosja jest największą gospodarką na świecie. A przykład naszego, polskiego podwórka pokazuje, że unijne miliardy są w Europie XXI wieku skuteczniejsze, niż zastępy wojsk. 25 lat temu z tej zasady zaczęła korzystać Polska, gdy porozumienia z EWG, uruchomiły miliony na restrukturyzację gospodarki z programu PHARE.    Władzom w Kijowie korzystanie z unijnej pomocy, z wielu oczywistych powodów, Putin może dużo bardziej utrudniać, ale nie przekreślajmy jej znaczenia. Unia Europejska wreszcie zdecydowała się pomóc Ukrainie, najlepszą i jedyną zbroją, jaką ma do dyspozycji: pieniędzmi, otwartymi granicami i demokratycznymi wartościami. 



                                               Apele Ukraińców wreszcie słyszalne w Brukseli? 

Thursday, February 27, 2014

(Nie)dyplomatyczne wybryki polskich europosłów...


 Skandalem na całą Europę straszy dziś eurodeputowany Jacek Protasiewicz z PO, po tym gdy niemiecka gazeta "Bild" opisała jego incydent na lotnisku we Frankfurcie. Zdaniem bulwarówki polski eurodeputowany miał pijany słaniać się na nogach i ubliżać niemieckim służbom celnym, porównując ich do nazistów. Protasiewicz jest oburzony takim opisem wydarzeń, które jego zdaniem były zwykłym nieporozumieniem i domaga się jak najszybszego wyjaśnienia sprawy. Polski eurodeputowany jeszcze w tym tygodniu chce rozmawiać o zajściu na lotnisku ze swoim europejskim przełożonym, Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, Martin'em Schulz'em. 
   Zanim szef Europarlamentu z Niemiec, w przypadku negatywnego sądu na Polaku, zostanie jednak wrzucony do jednego worka z nazistowskimi celnikami z Frankfurtu, warto zwrócić uwagę na to, że na ocenę "wybryku" polskiego europosła przez Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, może wpłynąć daleka od pozytywnej opinia, jaką polskiej delegacji w Brukseli wyrobili niektórzy jej członkowie. Jak wyliczyła kwestor PE, Lidia Geringer de Oedenberg (SLD) w 35-letniej historii Parlamentu Europejskiego (od 1979 czyli pierwszej kadencji PE wybranego w wyborach powszechnych do 2007 roku), immunitet uchylono jedynie wobec 38 posłów. Pomimo tego, że Polacy weszli do grona eurodeputowanych dopiero po 2004 roku, to dwóch z nich zdążyło zasilić również to wówczas wciąż jeszcze nieliczne, choć niechlubne grono. Już w 2006 roku Parlament Europejski uchylił immunitet Bogdanowi Golikowi (Samoobrona) w związku z oskarżeniem o gwałt, jaki w prokuraturze w Brukseli złożyła francuska prostytutka. Witoldowi Tomczakowi natomiast w 2008 roku Europarlament uchylił immunitet dwukrotnie, pozwalając polskiemu wymiarowi sprawiedliwości pociągnąć polityka do odpowiedzialności karnej za  znieważenie policjantów i wykroczenie drogowe,  a następnie za zniszczenie w Galerii Zachęta w Warszawie dzieła sztuki przedstawiającego Jana Pawła II. 
   Polscy europosłowie tej, dobiegającej końca kadencji Europarlamentu nie byli wprawdzie już oskarżani o gwałty czy rozboje, ale immunitety uchylono aż 5 z nich, głównie za wykroczenia drogowe. To właśnie z powodu procesów karnych spowodowanych udziałem w wypadkach drogowych immunitet zawieszono Jackowi Kurskiemu (spowodowanie wypadku drogowego), Jarosławowi Wałęsie (udział w wypadku drogowym) czy w tym tygodniu Tadeuszowi Cymańskiemu (przekroczenie prędkości). W związku z toczącymi się procesami, w które zamieszani byli eurodeputowani, przywileje dyplomatyczne czasowo zawieszono również Krzysztofowi Liskowi i Zbigniewowi Ziobrze. Ten ostatni tłumaczył zresztą przy okazji, że jest przeciwnikiem jakichkolwiek dyplomatycznych przywilejów. 
   Może gdyby eurodeputowany Protasiewicz również aż tak bardzo nie odgrażał się swoją europejską władzą na niemieckim lotnisku, cała sprawa nie trafiłaby na czołówki dzienników, a opinia o polskich eurodeputowanych nie zostałaby po raz kolejny zszargana... 






All rights reserved: European Parliament