Wednesday, December 31, 2014

W Belgii mija rok saksofonu...

   W mijającym roku w Belgii dźwięk saksofonu słychać było prawie na każdej ulicy. Kraj twórcy tego instrumentu hucznie obchodził bowiem dwusetne urodziny swojego mistrza. 
 Adolf Sax urodził się w 1914 roku w Dinant, małym miasteczku na południu Belgii. Muzyczno-rzemieślniczego bakcyla zaszczepił w nim ojciec, który sam tworzył instrumenty dla orkiestry. W okolicach Dinant prężnie działały wówczas huty, dlatego o surowiec do ich budowy nie było trudno. Legenda głosi, że młody Sax tworząc saksofon inspirował się również lokalnymi wypiekami. Właścicielka słynnej ciastkarni, którą założono jeszcze przed wojną i która działa do dziś z dumą potwierdza tą wersję historii powstania saksofonu. 
   Pierwsze flety i klarnety wyszły spod rąk Adolfa Saxa, gdy ten miał zaledwie 15 lat. Potem jego muzyczne wynalazki wielokrotnie wygrywały konkursy w Brukseli i w Paryżu. W sumie w fabryce jaką Adolf Sax założył we Francji powstało ponad 40.000 instrumentów dętych. 
   Ale to stworzony przez 26-letniego wówczas Belga saksofon skradł serca muzyków na całym świecie, którzy w mijającym roku masowo odwiedzali miasteczko mistrza. Na początku listopada, w dniu urodzin Saxa, przed jego domem zagrało dwustu saksofonistów. Miłośnicy stworzonego przez Belga instrumentu liczą na to, że w Nowym Roku pojawią się kolejne okazje, by wspólnie uczcić pamięć ojca saksofonu. I pewnie wcale się nie zwiodą, bo choć w Dinant Adolf Sax spędził tylko pierwsze miesiące swojego życia, to jego mieszkańcy wiernie kultywują legendę mistrza i czego nie da się ukryć, czerpią z niej olbrzymie zyski.



video











Wednesday, December 24, 2014

Coraz mniej "boże" Boże Narodzenie w Europie...

   Boże Narodzenie w Belgii z roku na roku jest coraz mniej "boże". Na rynku głównym w Brukseli stoi wprawdzie choinka, ale już szopkę władze miejskie musiały okratować, po tym, jak stała się celem politycznych ataków. Kilka dni po ustawieniu figurek świętej rodziny do stajenki wdarli aktywiści walczący o prawa uchodźców i nielegalnych imigrantów. Na znak protestu wobec coraz ostrzejszej polityki belgijskiego rządu, wydalającego całe rodziny bez prawa pobytu w kraju,  aktywiści przebrani w policyjne mundury ukradli dzieciątko Jezus i spałowali Józefa i Maryję. Świętą rodzinę ich zdaniem również można uznać bowiem za "nielegalnych imigrantów", niemile widzianych w Belgii. Po tym incydencie szopkę na brukselskim rynku okratowano. 
   Losy stajenki ze święta rodziną w Belgii z roku na rok są jednak coraz mniej pewne również z innych powodów. Tak, jak we Francji coraz więcej obywateli szopkę w miejscach publicznych traktuje bowiem jako naruszenie zasad świeckości państwa i bezprawne narzucanie religijnych znaków coraz bardziej laickiemu społeczeństwu. W ten sposób właśnie swój wyrok zlecający usunięcie szopki z holu merostwa La Roche-sur-Yon tłumaczył na początku grudnia sąd administracyjny we francuskim regionie Wandei. Szopka przeszkadzała organizacji "Wolna Myśl", związanej z kręgami masońskimi, które wniosły sprawę na wokandę i...wygrały. 
   W Belgii również masoni zdobywają coraz większą władze. Swoje powiększające się szeregi tłumaczą rozczarowniem Kościołem katolickim, jakiego doświadcza coraz więcej Belgów. Afery pedofilskie z udziałem kapłanów sprawiły, że w kiedyś katolickim kraju, teraz za praktykujących  uznaje się jedynie 8% belgijskich katolików. Podobny trend widać zresztą w całej Europie. Według ostatnich badań Eurobarometru ponad połowa Europejczyków nie ufa Kościołowi. Rozczarowanych, byłych katolików z powodzeniem werbują  loże wolnomuralskie, współcześnie zwane "organizacjami humanistycznymi". Ich przywódcy, wszechobecni w politycznych i biznesowych kręgach jednocześnie dbają o postępującą sekularyzację państwa, zaczynając właśnie od usuwania religijnych znaków i tradycji z przestrzeni i życia publicznego. Pierre Galand z Europejskiej Federacji Humanistów tłumaczy takie działania oczywistymi jego zdaniem zmianami w społeczeństwie europejskim: "wielu Europejczyków uważa, że religia to sprawa prywatna, dlatego jej dogmaty, symbole, czy filozofie nie powinny być obecne w życiu publicznym". 
Takie, zdobywające coraz szerszą aprobatę w Europie podejście widać już nie tylko we francuskich sądach, ale również w unijnych instytucjach. Coraz więcej eurodeputowanych, w tym z partii chrześcijańskiej demokracji na przykład, składając życzenia w ogóle pomija słowo "Boże Narodzenie", zastępując je niewiele znaczącym i przez to "bezpieczniejszym" zwrotem "Season's Greetings", czyli życzenia świąteczne. O jakie święta chodzi, to odbiorca życzeń ma sobie dopowiedzieć sam... 
   W imię poprawności obyczajowej, albo raczej dla jak największych zysków bożonarodzeniowy jarmark w Brukseli nazwano "Plaisir d'Hiver", czyli w wolnym tłumaczeniu "Przyjemności Zimy". I faktycznie konsumenckich przyjemności na nim nie brakuje. Niemal co drugie stoisko serwuje grzane wino i wysoko procentowe alkohole, za to w żadnej z budek nie można kupić tradycyjnej szopki z figurkami świętej rodziny...Bo po pierwsze "nie daj boże" odstraszyłyby niewierzących klientów, a po drugie i równie smutne..pewnie i tak nikt nie chciałby ich kupić...
 


video



             Szopka za kratami, na rynku w Brukseli, ©Dąbkowski


Less and less "Christ" in Christmas in Europe...

   There is less and less "Christ" in Belgian Christmas and a similar trend can be observed all over Europe. "Grand Place" in Brussels is still decorated with Christmas tree this year but the nativity scene was barred after it had been used by activists. Just few days after the figurines of holy family were put on in the centre of Brussels, group of refugees and illegal immigrants defenders used them in their manifestation, as an example of foreigners who should also be expelled from Belgium, where the new authorities are more and more ruthless towards immigrants. 
   The future of nativity scene in Belgium is however  threatened also for other reasons. As in France, more and more citizens consider it as a religious symbol that should not be present in public life. Such reasoning was used at the begining of this month by French court, which ruled that the nativity scene should be removed from the City Council of La Roche-sur-Yon. The petition against nativitiy scene was filed by the free masonry movement. 
   Such  movements gain more and more popularity also in Belgium. Thier success is partly owed to the big comedown by the Catholic Church, as pedophily scandals with priests changed once a catholic country in one, where only some 8% of people consider themselves as actively practising  believers. Similar situation can be observed across Europe. According to the recent Eurobarometer study more than half of Europeans do not trust the Church. Dissapointed and disilusioned former-Catholics are easily recruited by masonry movements, nowadays often called "humanistic organisations". Their leaders are omnipresent in political and business circles in Belgium,  making sure that the secularisation of the state is moving forward smoothly and efficiently. As Pierre Galand from European Humanists Federation explains "many Europeans think that religion is a private matter, and its dogmats, symbols or philospohy should not be present in public life".  
   Such attitudes gain more and more support all over Europe and can be observed not only in France or Belgium but also in the EU institutions, where more and more members of the European Parliament, including the ones from christian democrat parties prefer to send you "Season's greetings" rather then to wish "Merry Christmas".
   For the sake of moral correctness, or rather pure economical benefits, christmas market in Brussels has also been called "Plaisir d'Hiver", "Winter Pleasures". And one has to admit that there is indeed no lack of pleasures there. Almost every other booth serves hot wine or stronger alcohol, but it is not possible to find the nativity scene for sale there...Figurines of the holy family could after all scared of the non-beliving but full wallets clients, and even if they were there, nobody would probably want to buy them anyway...

Tuesday, December 23, 2014

W Europarlamencie Polak Polakowi wilkiem...

   Polskich eurodeputowanych w tej kadencji Parlamentu Europejskiego właściwie łączy tylko język, którym jednak wolą się ze sobą nie porozumiewać. "Na razie nikt się nie pali do organizowania regularnych spotkań", wyjaśnia szef klubu PO w Parlamencie Europejskim, Jan Olbrycht. Główny powód tego, że polscy eurodeputowani w Brukseli wolą się unikać niż ze sobą współpracować to wybory w Polsce i jak twierdzi Olbrycht spowodowana nimi  "trochę inna atmosfera w Parlamencie Europejskim". Ta "trochę inna atmosfera" to nie tylko patrzenie na siebie wilkiem, ale coraz bardziej widoczne kłótnie i wyborcze zagrywki Polaków w Brukseli. 
   Z tych powodów właśnie choć od wyborów do Parlamentu Europejskiego upłynęło 7 miesięcy, w Brukseli do tej pory nie powstało tzw. koło polskie, czyli nieformalne zgrupowanie polskich eurodeputowanych wszystkich partii. "Zle, że nie ma, pamiętam, że w pierwszej kadencji 2004-2009 odgrywało bardzo pozytywną role, integrowalo nas Polaków tutaj w Parlamencie", wspomina eurodeputowany PiS Ryszard Czarnecki. Koło polskie przede wszystkim pomagało ponad partyjnymi podziałami bronić interesów Polski, bo to na nim Polacy uzgadniali, jak głosować nad istotnymi dla kraju unijnymi ustawami.
   Aż 80% obowiązujacego nas wszystkich  prawa stanowią bowiem przepisy uchwalane własnie w  Europarlamencie. O to by były one dobre dla ich kraju ponad politycznymi podziałami dbają m.in. europosłowie z Włoch czy Niemiec. "Dla europosłów z większości krajów, poza Polakami to normalne że rozmawia się tu i utrzymuje kontakty również z politykami z innych partii. W Europarlamencie nie ma rządu i opozycji dlatego koalicje buduje się wokół powstajacych przepisów" tłumaczy były niemiecki eurodeputowany, Frank Schwalba Hoth.
    Korzystne, czy szkodliwe dla Polski unijne przepisy polskich eurodeputowanych jednak coraz mniej interesują. Dużo bardziej zajmująca jest dla nich kampania wyborcza w Polsce, którą  próbują prowadzić także w Brukseli. Dlatego w ciągu ostatnich tygodni W Parlamencie Europejskim kilkakrotnie można było dowiedzieć się o sfałszowanych wyborach samorządowych w Polsce, najpierw gdy eurodeputowani PiS bezowocnie próbowali namówić do potępiania Polski w rezolucji cały Europarlament, a potem, gdy na kilkugodzinnym wysłuchaniu publicznym w Parlamencie Europejskim rozliczali polskie władze, albo raczej jak określał je na unijnym forum "znajomych królika".
   Zamiast współpracować polscy europosłowie w Brukseli coraz częściej oskarżają się również nawzajem o działania na szkodę Polski. Takie zarzuty eurodeputowanym PO: Jarosławowi Wałęsie i Danucie Jazłowieckiej postawił ostatnio Tomasz Poręba z PiS. Poręba oskarżył eurodeputowany PO o głosowanie za zamknięciem petycji w sprawie budowy drogi ekspresowej Via Carpathia w Polsce Wschodniej. "Ja prosiłem moich kolegów z Polski, abyśmy w tej sprawie ważnej dla Polski, budowy tej drogi mówili jednym głosem, doszło do awantury", tłumaczy europoseł PiS. Zdaniem eurodeputowanych PO, petycja była czystą "zagrywka wyborczą" ze strony Poręby,  bo poza tym, że dzięki niej w Polsce zabawiłoby przez parę dni kilku zagranicznych europosłów, ich wizyta w żaden sposób nie wpłynęłaby na decyzję o unijnym finansowaniu drogi. "To jest draństwo najwyższego stopnia, bo to jest sprzedawanie nadziei ludziom, którzy potrzebują tej drogi, a na komisji petycji tego nie da się załatwić", tłumaczy Jarosław Wałęsa.
   To gdzie i jak szukać unijnego wsparcia dla drogi Via Carpathia polscy eurodeputowani mogliby uzgodnić na kole polskim, ale o tym żaden z nich nie chce słyszeć, odpowiedzialnością za brak woli współpracy oskarżając innych. "Do tanga trzeba dwojga, a Platforma woli stać w kącie", mówi eurodeputowany PiS, Ryszrad Czarnecki. "Jeśli komuś jest potrzebne koło polskie, to niech je założy" odpowiada Róża Thun z PO.  
   Koło polskie w Europarlamencie najbardziej potrzebne jest polskim wyborcom, o których interesy w Brukseli powinni dbać wybrani przecież w tym celu eurodeputowani. Na przenoszeniu przysłowiowego polskiego piekiełka poza granice kraju zazwyczaj bowiem nikt nie zyskuje, za to prawie zawsze traci Polska…


video 



Jarosław Wałęsa (PO) kontra Tomasz Poręba (PiS) ©EuropeanParliament AudiovisualUnit



Wednesday, December 17, 2014

"Lajtowy", pierwszy szczyt Euro-Tuska...

   "Ludzie, którzy przygotowali te dokumenty chyba nie wiedzą, że Europa od lat jest w kryzysie" - tak z agendy, jaką na swój pierwszy szczyt opracował Donald Tusk na kilkanaście godzin przed jego rozpoczęciem kpił szef liberałów, byly belgijski premier, Guy Verhofstadt. Uważnie dobierając słowa w swojej miażdżącej krytyce, Verhofstadt utwierdził jednocześnie w przekonaniu wszystkich tych, którzy obawiali się, że Polak w unijnym fotelu nie będzie potrafił rozwiązywać gospodarczych problemów Europy. Idąc śladem słabo przygotowanych dokumentów na szczyt, polski Przewodniczący Rady może zresztą nie tylko zaniedbywać sprawy gospodarcze Unii, ale również ze strachu przed oskarżeniami o wrodzoną rusofobię, postawić krzyżyk na konflikcie ukraińskim. W dokumencie przygotowanym na szczyt o Ukrainie są bowiem dosłownie dwa nie wnoszące nic nowego akapity. Donald Tusk zrezygnował też z zaproszenia na szczyt Prezydenta Poroszenki, choć jego belgijski poprzednik robił to dwukrotnie. "Ten szczyt będzie jak cola w wersji light, żeby nie powiedzieć zerowej" "tak przygotowany szkic wniosków końcowych podsumował Verhofstadt. 
   Unijni dyplomaci z otoczenia Tuska bronią szefa, tłumacząc, że spotkanie przywódców na szczycie specjalnie zwołano w okrojonej wersji, by uskutecznić jego przebieg i wprowadzić w ten sposób potrzebne zmiany. Jeśli nikt nie zgłosi sprzeciwu wobec zapisów, jakie przygotował nowy Przewodniczący, co jest możliwe, bo paragrafów jest tak mało, że trudno w nich szukać kontrowersji, to nowy gospodarz może nawet zakończyć szczyt po kilku godzinach obrad.  A wtedy będzie można mówić już o prawdziwym nowym porządku, jaki zaprowadza w Brukseli Polak. 
   Sęk w tym, że pierwsze dla Tuska w nowej roli spotkanie unijnych przywódców  może nie być dobrym momentem na takie rewolucyjne zmiany, zwłaszcza, że obowiązek czterech do roku, dwudniowych szczytów UE jest jasno określony i zapisany w unijnych traktatach... Chcąc pokazać swoją skuteczność, były polski premier może więc w Brukseli wyjść na lekkoducha, który nie przywiązuje do unijnych problemów, wyzwań, czy zwykłych zasad wystarczającej wagi. Premiera Ewy Kopacz na unijnych salonach w ubiegłym miesiącu była więc chyba bardziej udana, choć i dużo łatwiejsza, bo oczekiwania wobec Premier Polski były dużo mniejsze niż wobec polskiego Prezydenta Europy...

Debiut Euro-Tuska na szczycie: 

video


Guy Verhostadt o dokumentach przygotowanych na szczyt: 

video


A tak, na swoim pierwszym, unijnym szczycie wypadła Ewa Kopacz: 

video





Saturday, December 13, 2014

Belgijsko-francuska wojna o frytki...

   O pochodzenie frytek Belgowie i Francuzi kłócą sie od lat. Według tych pierwszych pokrojone w podłużne kawałki o gubości ok. 1 cm, smażone ziemniaki po raz pierwszy  pojawiły się w Namur na południu Belgii już w XVII wieku. Legenda głosi, że w czasie jedenj ze srogich zim, która uniemożliwiła połowy ryb, zamiast smażonych szczupaków czy pstrągów mieszkańcy miasta na wrzący tłuszcz zaczęli wrzucać małe kawałki ziemniaków. 
Belgijska przekąska miała następnie wyjątkowo posmakować amerykańskim żołnierzom, stacjonującym w czasie I wojny światowej w francuskojęzycznej Walonii na południu kraju. I to Amerykanie "niestety" sugerując się językiem używanym przez miejscowych kucharzy, nazwali frytki "french fries", czyli "francuskie smażonki". Tak przynajmniej brzmi zawiła, belgijska wersja historii frytek. 
   Francuzi do legendy o smażonych ziemniakach nie przywiązują większej wagi, wskazując po porstu, że skoro przysmak nazywa się "french fries", to znaczy, że powstał właśnie nad Sekwaną i miał być jedzony już w czasie wielkiej rewolucji.
   Ale frytkowe różnice między Francuzami a Belgami nie dotyczą tylko pochodzenia smażonych ziemniaków. O ile we Francji frytki to zazwyczaj tylko część dania, które wraz z mięsem i warzywami je się widelcem i nożem z talerza, o tyle w Belgii często smażone na zwierzęcym tłuszczu, polane majonezem frytki serwuje się w papierowych rożkach. 
   W przygotowaniu takiego przysmaku w kraju specjalizuje się zresztą ponad 5000 smażalni frytek, które dziennie do tego celu zużywają 130.000 kg ziemniaków. "Fritkot", czyli smażalnia frytek, to obok kościoła, czy piekarni podstawowa część zabudowy każdego belgijskiego miasta. Pierwszy tydzień grudnia obchodzony jest ponadto w kraju jako "tydzień frytek", w czasie którego w konkursach organizowanych przez belgijskie media można wygrać przyczepę ze smażalnią, która na jeden dzień ustawi sie pod domem zwycięzcy i zaspokoi frytkowe zachcianki jego rodziny i znajomych.
   To właśnie z tych powodów zdaniem Belgów ich poparta szeregiem przykładów i dowodów tradycja smażenia i jedzenia frytek zasługuje na wpis na listę światowego dziedzictwa kulturowego Unesco. Prośbę o takie uznanie Belgowie zgłosili już w ubiegłym roku. Chęć dołączenia do belgijskich starań o tytuł Unesco od razu wyrazili jednak mieszkańcy północnej Francji. Minister rolnictwa Walonii dyplomatycznie zgodził się, by obydwa kraje wspólnie starały sie o wyróżnienie, pod jednym warunkiem, że będzie ono opatrzone dopiskiem "Najlepsze na świecie są belgijskie frytki"...

video




Friday, December 12, 2014

Żubrówka ocalona w unijnym sądzie ?

   Słynnego źdźbła polski alkohol chciała pozbawić szwajcarska firma Underberg AG, która już w 1996 roku zgłosiła w unijnym Urzędzie Harmonizacji Rynku Wewnętrznego taki właśnie trójwymiarowy znak towarowy dla swoich wysokoprocentowych napojów alkoholowych. Ówczesny producent żubrówki, Polmos Białystok, obecnie wchodzący w skład CEDC International sprzeciwił się przyznaniu Szwajcarom wyłączności na używanie trawy w butelce jako znaku towarowego, tłumacząc, że sam równiez posługuje się takim symbolem. Unijny Urząd Harmonizacji Rynku Wewnętrznego oddalił jednak sprzeciw Polaków. 
  Producenci słynnej żubrówki nie dali za wygraną i decyzję unijnych urzędników zaskarżyli do Trybunału w Luksemburgu. Trwająca ponad 18 lat batalia wczoraj przyniosła Polakom pierwsze pozytywne skutki. Sędziowie w Luksemburgu decyzję faworyzującą Szwajcarów uznali za niesłuszną. A to oznacza, że przyszłość słynnego źdźbła w polskiej wódce jest jaśniejsza niż się wydawało, choć znając unijne procedury na ostateczny wyrok w tej sprawie pewnie przyjdzie poczekać kolejnych kilka lat. 
  Problemy żubrówki powinny być sygnałem ostrzegawczym dla polskich przedsiębiorców, by nie lekceważyć zasad wspólnego rynku i rejestrować swoje znaki towarowe, zanim inna europejska firma świadomie lub nie, postanowi zarezerwować dla siebie rozpoznawalne i lubiane w Polsce logo.



 
©CEDC International

Sunday, December 7, 2014

Mustangi podbiły Brukselę...

   Po ubiegłorocznej wystawie Porsche, brukselskie muzeum samochodów "Autoworld" znów wypełniają tłumy. Miłośnicy luksusowych, czterech kółek tym razem podziwiać mogą Fordy Mustangi. Wystawę kultowych samochodów zza oceanu zorganizowano w związku z 50-leciem powstania legendarnego auta. 
   Pierwszego Mustanga wyprodukowano w kwietniu 1964 roku. Dziś warty miliony samochód, pół wieku temu kosztował tylko 2000 dolarów. "Własnie dlatego cieszyły się taka popularnością, bo były stosunkowo tanie i w związku z tym pozwolić mogli sobie na nie nawet młodzi Amerykanie", mówi mi dyrektor Autoworld, Sebastien de Baere. Młodym nabywcom Mustangów podobała się również sylwetka samochodu. Charakterystyczny wydłużony przód i atrakcyjna karoseria do dziś zresztą zachwycają fanów kultowego auta. Do legendy Mustanga w dużej mierze przyczyniło się samo Hollywod, wykorzystując samochód w swoich kasowych produkcjach.  Na wystawie w Brukseli podziwiać można zarówno model, którym Steve McQueen uczestniczył w słynnym wyścigu, jak i Mustanga, którym Nicolas Cage kradł samochody w 60 sekund. Panie mogą natomiast na chwilę poczuć się dziewczynami Jamesa Bonda, wsiadając do auta, którym w Goldfinger jeździła kochanka słynnego szpiega. 
Swoją nazwę legendarny samochód miało otrzymać od słynnych amerykańskich samolotów myśliwskich z okresu II wojny światowej i jak tłumaczy dyrektor Autoworld "tych nawiązań do samolotów w budowie auta jest bardzo wiele, wystarczy spojerzeć na charakterystyczne wentylatory". "Konia przebierającego nogami w oczekiwaniu na poranny bieg", jak pół wieku temu o Mustangu pisał tygodnik Time, wbrew pozorom łatwo było jednak prześcignąć. Jedynym szybkim modelem Mustanga był Shelby. Pozostałe wersje nie należały do szybkich samochodów, "zostały raczej stworzone do swobodnego podróżowania po autostradach, lub legendarną trasą 66 w Ameryce", mówi de Baere. Na wystawie w Brukseli nie może również zabraknąć najnowszej, szóstej generacji Mustanga. W samochodzie stworzonym na 50 urodziny marki po niedociągnięciach protoplastów nie zostało ani śladu, za to niestety znacząco zmieniła się jego cena... 


video














Saturday, December 6, 2014

Doszlifowany angielski, skomplikowany układ krzeseł i jelita ze stali, czyli pierwszy tydzień Tuska w Brukseli...

   Mija pierwszy tydzień Donalda Tuska w fotelu szefa Rady Europejskiej. Po oficjalnym przejęciu władzy, które odbyło bez zbędnej pompy czy fajerwerków, nowy unijny przywódca, wzorem swojego poprzednika rozpoczął codzienne, często żmudne obowiązki reprezentanta i administratora Rady Europejskiej, które w atrakcyjny sposób próbuje sprzedać podległy mu serwis prasowy. W ciągu pierwszych pięciu dni urzędowania Donald Tusk przyjął w swoim nowym gabinecie szefa Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, spotkał się z przywódcą Afganistanu i odwiedzającymi Brukselę politykami z Łotwy i Finlandii. Gości przyjmował w dość "swobodny" sposób - podkreślają obserwujący wizyty dziennikarze, którzy nie zauważyli u Tuska tremy unijnego nowicjusza, ani wyczekiwanych problemów językowych (warte 100.000 zł korepetycje z języka angielskiego, za które zapłacili polscy podatnicy przyniosły efekty), choć czasem wciąż myliły mu się zasady unijnego protokołu dyplomatycznego, gdy np. sadzał odwiedzających w złych miejscach. Zagraniczni dziennikarze za złe mają mu jednak przede wszystkim brak konferencji prasowej na rozpoczęcie mandatu. Współpracownicy Tuska bronią nowego szefa wskazując, że pięć lat temu Herman Van Rompuy również nie organizował specjalnego spotkania z dziennikarzami, ale w przeciwieństwie do Tuska też takiego nie obiecał. 
   Oczekiwania wobec polskiego premiera są ponadto dużo większe, niż wobec jego belgijskiego poprzednika. Mimo tego Donald Tusk na razie woli tylko naśladować Van Rompuy'a, dlatego oficjalne oświadczenie po spotkaniu z szefem NATO zamiast z głowy, odczytał z kartki. Za to w piątek, który wśród eurokratów traktowany jest jako dzień "poluzowanego krawata",  polski szef, ubrany zgodnie z "dress codem" w lichy sweterek, postanowił zjeść obiad w unijnej stołówce. Ten gest "bratającego się z podwładnymi przywódcy",  unijne służby prasowe Tuska oczywiście uwieczniły na twitterze. Jeden z eurokratów twitujący jako "captain europa" obiad Polaka w unijnej kantynie, której dania niejednego urzędnika i korespondenta (!) przyprawiły o rewolucje żołądkowe, uspokoił że "Tusk wychowany jest przecież na kuchni czasów Jaruzelskiego, dlatego na pewno jelita ma ze stali". Choć w pracy, która polega przede wszystkim na godzeniu często skłóconych unijnych stolic, bardziej niż jelita przydałyby mu się stalowe nerwy. 


video
                                                  Wydarzenia Polsatu, 29.12.2014


video
                                                      Wydarzenia Polsatu, 1.12.2014







Polished English, complicated EU protocol and intestines from steel - highlights of Tusk's first week  in Brussels...

   The first week of Donald Tusk in the chair of the EU Council President is coming to an end. After official passing of power, which happened without fireworks, the new EU leader from Poland has started his new, daily and sometimes boring EU duties, representing and administrating works of the EU Council. During the first five days Donald Tusk met with the chefs of the EU Commission, European Parliament, Nato and greeted visiting Brussels politicians from Afghanistan, Latvia and Finland.  He was at ease when welcoming the guests in his new role, admit journalists, who watched the visits. No signs of the newcomer's stress or attended language problems were noticed (so the 100,000 PLN of Polish tax payers money spent on Tusk English classes paid off), but former Polish PM was struggling a bit with the EU diplomatic protocol, putting his guests in wrong seats. 
EU corespondents also criticise him for not organising a press conference at the start of his mandate. And although Tusk's people in Brussels points out that there was also no conference organised by Van Rompuy when he took the job five years ago, the Polish EU President though has officially promised to make one, when he was elected. 
   Tusk is also raising more expectations than his Belgian predecessor. But despite that, so far he prefers  to only copy Herman Van Rompuy and that's why, like Van Rompuy, he didn't orate but read out his official statement after the visit of Nato Secretary General. 
On Friday though, which for many eurocrats is "a day without tie"the  Polish EU Council chef happily followed the special dress code and went even further than that. Dressed in a downmarket jumper he ate his lunch at the Council cantine, despite its reputation of causing stomach revolutions amongst EU workers and correspondents (!). The photo of this gesture of "a leader fraternizing with his subordinates" was then published on twitter by his press service. One of twitter users, known as "captain Europe" reacted to Tusk brave culinary experience: "The food can't be much worse than it was in Jaruzelski's Poland. Tusk must have intestines of steel". 
One is certain, to be efficient in his new job that requires making deals between often divided EU states, new EU leader from Poland does not only have to have intestines but also nerves made of steel.