Sunday, July 13, 2014

Pierwsze kroki polskich euronowicjuszy...


   Oficjalnie zaprzysiężonych w Strasburgu, zarejestrowanych w Brukseli, a nawet podzielonych na grupy polityczne i komisje parlamentarne 51 polskich europosłów ma już za sobą pierwsze doświadczenia w Parlamencie Europejskim. W tym tygodniu po raz drugi wezmą udział w sesji plenarnej, na której zostanie wybrany nowy szef Komisji europejskiej. Po pierwszych kilku tygodniach sprawowania europoselskiego mandatu, ze mną podzielili się mniej oficjalnymi spostrzeżeniami. 
   Janusz Korwin Mikke na przykład pomimo tego, że w Europarlamencie posługuje się dwoma językami obcymi: francuskim i angielskim, czego byłam świadkiem, nie potrafił uruchomić parlamentarnej maszyny do kawy…Ekspresu wprawdzie nie kopną ani nie opluł, a niezadowolony i zniechęcony nieudanymi próbami skwitował tylko: "nie ma nawet kawy, żeby mnie napoić, a mówiłem przecież, że ta Unia się rozwali z powodów finansowych". Kawę udało się wypić Markowi Jurkowi z PiS, ale nie był nią zachwycony. "Zwykła rozpuszczałka" odpowiedział, gdy zapytałam czy smakowała mu parlamentarna espresso. O tym, że w pracowitym dniu  europosła dodający siły napój jest niezbędny, przekonała się także Beata Gosiewska, choć eurodeputowana PiS nie szukała kawy, a herbaty, "ale nie znalazłam, bo tu wszyscy piją podobno kawę i jest deficyt herbaty". A stawiająca na nogi teina była europosłance bardzo potrzebna, bo jak relacjonowała: "Wstałam dzisiaj o 5-tej rano po to, żeby przylecieć z Warszawy do Brukseli. Potem była cała ta biurokracja, wypełnianie papierów i ten pracowity dzień skończymy ok. 21, więc jak na pierwszy dzień, to rzeczywiście te opowieści, że w Parlamencie Europejskim się  łatwo i przyjemnie spędza czas, nie są póki co prawdziwe". Prawdą jest natomiast, że nadgodziny można czasem odespać na sali, o czym przekonała się Julia Pitera. Świeżo upieczona eurodeputowana PO na swoim pierwszym posiedzeniu z trudem podtrzymywała powieki. "Ja dzisiaj jestem zmęczona niewątpliwie natomiast nie było czasu na odpoczynek po kampanii, bo ona przecież dopiero się skończyła" tłumaczyła Pitera. 
   A w Europarlamencie fizyczna i psychiczna sprawność zwłaszcza na początku, co zauważyli prawie wszyscy polscy euronowicjusze, bardzo się przydaje. "W momencie gdy weszłam do tej sali, gdy trzeba było od 1-6 stolika przechodzić, to się czułam jak tworzywo rzucone do obróbki na taśmie technologicznej..".  Tak proces rejestracji nowych eurodeputowanych relacjonowała Krystyna Łybacka z SLD.  W wyniku "obróbki" każdy europoseł otrzymał identyfikator, który Janusz Korwin Mikke porównał do "kolczyka, jaki świniom się wpina w uszy, a tutaj się na szyi wiesza", mówił dziennikarzom. I choć identyfikator otwiera drzwi do unijnych korytarzy, to, jak przekonali się polscy euronowicjusze,  by je poznać potrzeba prawdziwej siły w nogach. Dla byłego sportowca Bogdana Wenty nie stanowiło to problemu, a nawet było prawdziwą gratką. "Mam nadzieję, że jeszcze pobiegam tutaj trochę" mówił, gdy zatrzymałam go na jednym z korytarzy w parlamentarnym gmachu. Pokonanie kilometrów unijnych korytarzy nie wszystkim idzie jednak łatwo. "Na razie błądzę,  rzeczywiście budynek jest przepotężny i poznać topografię , geografie i ścieżki, którymi się trzeba poruszać to jest bardzo trudna sprawa.." przyznał Janusz Piecha  z PiS. Jeszcze trudniejsza, gdy ulice wokół Europarlamentu poznaje się w deszczu, jaki przywitał eurodeputowanych w Brukseli. "Ponoć to jest tak cały czas, że pada, wcześniej też padało i będzie padać i tak jest ciągle, trzeba  jakąś lampę sobie kupić rozświetlającą do domu, żeby nie dostać depresji, ja na przykład bardzo źle reaguje na tak mało słońca, ale wracam do Polski na weekend " już pociesza się Agnieszka Kozłowska Rajewicz z PO. Bo niektórym nowym europosłom z Polski wystarczyło kilka godzin w Brukseli, by zatęsknić za Warszawą… 




 © European Parliament Audiovisual Unit


video
 ©All rights reserved: Polsat TV Sp.Z.O.O.

Wednesday, July 9, 2014

Eurobiurowce vs. mieszkania w Brukseli...

   Do Brukseli powoli sprowadzają się zwycięzcy majowych wyborów do Europarlamentu. Nowi europosłowie, ich asystenci i sekretarki w stolicy Europy nie przez wszystkich są jednak mile widziani.  Zwykli mieszkańcy Brukseli mają bowiem dość eurokratów, którzy po zaporowych cenach wykupują i wynajmują jedyne dostępne na rynku mieszkania, zmuszając Belgów do szukania dachu nad głową o dużo niższych standardach, albo daleko poza centrum.  
Armia 40.000, a według niektórych szacunków nawet 50.000 eurokratów w Brukseli stwarza problem mieszkaniowy zresztą nie tylko ze względu na swoją ilość, czy siłę nabywczą, ale również sam cel  pobytu w belgijskiej stolicy. To dla unijnych urzędników już w latach 70-tych, gdy zdecydowano, że większość wspólnotowych instytucji będzie miała siedzibę w Brukseli, belgijscy architekci skupili  bowiem całą swoją uwagę na budowie biurowców, zapominając, że pracujący w nich w ciągu dnia ludzie, po pracy będą musieli gdzieś mieszkać. Skutki takich błędnych decyzji  z lat 70-tych widać w Brukseli do dziś. 
"W Brukseli do dyspozycji jest 13 mln m2 powierzchni biurowej. To bardzo dużo dla miasta, które liczy niewiele ponad milion mieszkańców", tłumaczy mi dyrektor  Observatoire des Bureaux w Brukseli. 
Tym bardziej, że znacząca część tej powierzchni pozostaje niewykorzystana, bo gdy na stare biurowce z lat 70-tych, w których trudno zainstalować nowoczesną infrastrukturę eurokraci zaczęli kręcić nosem,  belgijscy architekci i deweloperzy wybudowali im nowe obiekty. Komisja Europejska zajmuje obecnie aż 54 budynki (822.000m2), a Parlament Europejski w samej Brukseli mieści się w 16 budynkach, o łącznej powierzchni 561.000 m2 . Do krainy biurowców w Brukseli wkrótce dołączy ponadto warta miliard euro, nowa kwatera główna NATO i kolejny budynek dla unijnych przywódców (Rada UE), na który wydano 240 mln euro z kieszeni  unijnych podatników.. "Stary budynek był dobry, gdy w Unii było 15 członków, teraz jest ich 28, dlatego praca w nim jest po prostu niewygodna", tłumaczy mi Isabelle Brusselmans z Rady UE.  
   Na nowe, oszklone siedziby Unii Europejskiej zwykli Belgowie spoglądają ze wstrętem, zwłaszcza, że zazwyczaj tuż obok nich stoją stare, puste biurowce, które od lat czekają na wynajem. "Nam też jest niewygodnie w ciasnych, starych kamienicach" mówi mi mieszkanka Brukseli. Julie od ponad roku szuka większego apartamentu dla swojej powiększającej się rodziny. Po kilkunastu miesiącach poszukiwań kobieta wciąż nie znalazła wymarzonego M4, bo choć  do wynajęcia w stolicy Europy pozostaje ponad milion metrów kwadratowych powierzchni biurowej, to mieszkań jest jak na lekarstwo. Z większości kryteriów, jakie Julie postawiła sobie rozpoczynając poszukiwania, zrezygnowała już po kilku miesiącach. Teraz Belgijka nie wyklucza nawet, że zastanowi się nad kupnem mieszkania w przerobionym biurowcu. To ostatni sposób, w jaki próbuje się rozwiązać problem mieszkaniowy w Brukseli. 
   Starym biurowcom, którymi gardzą unijni urzędnicy drugie życie zaczęli nadawać bowiem skruszeni belgijscy architekci. "Robimy z nich mieszkania, hotele, wszystko zależy od struktury budynku, czasem trzeba zmienić fasadę, czasem nie", mówi mi jeden z nich, Anders Bohlke. Zamiana na apartamenty i mieszkania jednego z budynków, położonego między bardziej nowocześniejszymi siedzibami Komisji Europejskiej, zajęła inwestorom zaledwie kilkanaście miesięcy. "Ponad 57% apartamentów jest już sprzedanych, wprowadzać będzie się można w przyszłym roku" mówi mi przedstawicielka inwestora, Vittoire.  Sęk w tym, że ceny mieszkań w starych biurowcach nadal pozostają poza zasięgiem kieszeni zwykłego Belga, bo nawet te lokale eurokraci znów sprzątają im sprzed nosa. "My nie mamy takich środków do dyspozycji, co europejscy urzędnicy, musimy cały czas we wszystkim z nimi konkurować i zawsze w tej konkurencji przegrywamy" tłumaczy mi sfrustrowana Julie. Dlatego jeśli nowi europosłowie i otaczająca ich armia urzędników liczą na ciepłe przyjęcie w Brukseli, to mogą się przeliczyć….


foto: European Parliament Audiovisual Unit


video



Offices vs. apartments in Brussels...

   As the first winners of Euro-elections with their assistants and secretaries are slowly coming to Brussels, they should not expect a very warm welcome here, especially from the Belgian citizens. Brussels inhabitants in fact are fed up with EU workers who buy out the only apartments left on the Belgian real estate market, forcing less well off Belgians to look for much poorer quality flats or even move into Brussels suburbs. The army of over 40.000 eurocrats cause a big real estate problem in Brussels not only because of its number and full pockets ready to buy even the most expensive flats, but also because of the character of their stay in the Belgian capital. Back in the 70s when it was decided that Brussels will host most of the EU institutions, Belgian urban planers and architects had already prioritized offices over the inhabitant space in the city and have finally built too many offices. What they forgot about was that people who work in the offices during the day, in the evenings need to live and sleep somewhere. And although the results of such a bad planning can still be felt nowadays, the lessons haven't been learnt at all. 
   "In Brussels there is 13 million m2 of office space, which is a lot, considering the fact that there are only around million inhabitants here", says director of the Observatoire des Bureaux in Brussels. What is worse, a big part of this space is not in use, because as the old offices from the 70s became proved  to not fit the modern infrastructure , Belgian developers and architectures rushed to build the new ones. Hence, the European Commission at the moment occupies some 54 buildings (822.000m2) and the  European Parliament in Brussels only has 16 buildings and 561.000m2.  Furthermore, Brussels office-land will soon be enlarged by the new NATO headquarters, which, by the way costed over 1 bln euro and a new building of the EU Council, "Europa" which budget so far is estimated at 240 mld euro. All that of course from our, EU tax payers money. "Old building was good, when there were 15 Eu members, now with 28 members the work in it is simply uncomfortable", explains EU Council spokesperson, Isabelle Brusselmans. 
   "We are also very uncomfortable", says Belgian citizen, Julie, who searches for a flat to buy for over a year now. After months of flat hunting, she says she gave up on most of her previous criteria, but finding any apartment still remains a big challenge. As more than one million square meters that rest available for rent in Brussels are qualified as "office space". 
   Turning this very space into flats and apartments has become the latest way of solving Brussels housing problem. "We can turn offices into apartments, hotels, etc, everything depends on the structure of the building but there is always a way", explains Anders Bohlke, Brussels expert on giving new lives to old offices. One of such buildings, currently under renovation lies just between modern EU offices. "Over 57% of the apartments are already sold. people can start to move in from next year", tells me the agent, who shows me around the new apartments made in the place of old offices. When I show the folder with flats and prices that the agent gave me to Julie, she is far from being enthusiastic about it. "You see, even these flats are too expensive for us, we don't have the same means as the eurocrats and we have to compete with them all the time, knowing that one more time we will loose against them", she explains. And that's why, new members of the European Parliament and their entourage should probably not expect a warm welcome from everyone in Brussels...




Thursday, June 26, 2014

Europosady (nie) dla Polaków...

   "Kluczem jest wschód - energia, energia - wschód", tak w skrócie polską strategię w powyborczej grze o unijne wpływy podsumowuje eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski. On sam został już wybrany na jednego z czternastu zastępców szefa Europejskiej Partii Ludowej w PE. Teraz zabiega o to, by w ramach swojej funkcji otrzymać odpowiednią tekę, która będzie sie zgadzać z najważniejszymi dla Polski interesami w Brukseli, czyli polityką energetyczną i unijną polityką zagraniczną. 
   W nowym rozdaniu Polskę interesuje fotel unijnego komisarza ds. energii lub rynku wewnętrznego dla Janusza Lewandowskiego, albo Jana Krzysztofa Bieleckiego (kandydatura Jacka Rostowskiego na to stanowisko po aferze podsłuchowej raczej nie wchodzi już w grę) i szefa komisji Parlamentu Europejskiego w tych samych obszarach dla Jerzego Buzka. To ostatnie stanowisko jest już praktycznie przesądzone na rzecz Polaka. Jeszcze kilka tygodni temu głośno było również o stanowisku  szefa unijnej dyplomacji dla Radosława Sikorskiego. Minister spraw zagranicznych już przed aferą podsłuchową wiedział chyba jednak, że nie ma sporych szans na fotel Cathrine Ashotn. Na antenie Polsat News tłumaczył bowiem, że "to nierealistyczne, bo wszyscy wiemy, że skoro wygrała Europejska Partia Ludowa, to Wysoki Przedstawiciel będzie socjalistą, a ja socjalistą nigdy nie byłem" 
   Kandydaci z Polski mają szanse na ważne fotele w Brukseli tylko, jeśli będą pasować do zawiłej unijnej układanki, w której liczy się nie tylko pochodzenie narodowe czy polityczne, ale również płeć, mocne wsparcie własnego rządu i cechy personalne. To właśnie tych ostatnich, a nie pierwszych według brukselskich komentatorów brakuje Sikorskiemu. W pewnym stopniu potwierdziły to również nagrania ujawnione przez Wprost. O swoim temperamencie i ciętym języku Sikorski nie musiał zresztą w Brukseli nikomu przypominać. Już kilka tygodni wcześniej, jak mówi dziennikarz Le Figaro spalił się we Francji. "Sikorski uznawany jest za dobrego polityka, ale jego ostatnia krytyka sprzedaży francuskich mistrali Rosji mogła mu zaszkodzić we Francji.." tłumaczy Jean Jacques Melev. 
   O tym, jak trudno zdobyć wysoką pozycje w Brukseli doskonale wiedzą szeregowi, unijni urzędnicy z Polski. W  samej Komisji Europejskiej na 33.039 pracowników, Polaków jest niewiele ponad 1400 (1437). Hiszpanów, których populacja jest zbliżona do naszej, pracuje w Komisji o 1000 więcej (2406), a Francuzów prawie dwa razy tyle, co Polaków (3212). Połowa zatrudnionych w Komisji Europejskiej Polaków to sekretarki i obsługa techniczna. Jak tłumaczy sprawujący tu najwyższe stanowisko dyrektor generalny z Polski, w unijnej karierze, samo zdanie urzędniczego egzaminu często nie wystarcza. Jan Truszczyński, który sam często decyduje o unijnym personelu mówi wprost: "swoiste poparcie ma zatem czasem miejsce ale to jest poparcie w postaci dobrego słowa...".  I właśnie brak takiego poparcia zarzucają naszym władzom polscy kandydaci na unijne stanowiska.  Polska urzędniczka w Komisji Europejskiej, Maria Głowacz nazwiskami utalentowanych, perfekcyjnych kandydatów z Polski, którym zabrakło wsparcia rządu sypie, jak z rękawa: "każdy rząd dba o swoich pracowników; w pewnym sensie istnieją tak zwane lobbowania, i my tu rzeczywiscie mamy pewne opóźnienie w tej kwestii" przyznaje Głowacz. 
   Dlatego w tym rozdaniu najważniejszych unijnych stanowisk Polacy mogą znów zostać odprawieni z kwitkiem. Jeden z polskich dyplomatów w Brukseli, na pytanie, to na co liczy Polska, kilka godzin przed unijnym szczytem odpowiedział mi: "na to, co zechcą nam dać".  Szkoda, że polska strategia jest tak mizerna, bo o tym, że warto pomagać i promować swoich w Unii świadczą działania innych europejskich rządów. One już dawno przekonały się o tym, że promowani przez nich rodacy  na unijnych stanowiskach w Brukseli dbają o to, by unijne przepisy były korzystne i zbieżne z interesami krajów, z których pochodzą. 



video





                  foto: european parliament audiovisual unit





Euro-posts (not) for Poles...

   The key is "East - energy, energy - East", this is how Polish MEP, Jacek Saryusz Wolski sums up  Polish strategy in the EU game for the EU's top jobs. He, himself has already become one of 14 EPP's vice-presidents and now tries to get an important for Poland portfolio, such as energy or foreign affairs.
   In the new EU staffing in Brussels Poland aims to get the EU comissioner for energy or internal market, or the European Parliament committee's chair in the same area. Current Polish commissioner, Janusz Lewandowski or Jan Krzysztof Bielecki is mentioned to be the candidate for the EC post, and Jerzy Buzek for the EP committee chair. The highest post in the EU hierarchy, that Poland is aiming  at  is the chair of High Representative. However, the Polish candidate for the post, Radosław Sikorski even before the so called "taping scandal" was himself doubting his chances.  "It is unrealistic, as we all know that since the EPP won the European elections and hence will take the EC chair, the post of the High Representative will probably be given to a socialist and I am not a socialist", Sikorski told Polsat News.
   Polish candidates have chances to get important EU jobs only if they match a complicated EU jigsaw, which is played during the recruitment for the top posts in Brussels. For that, they not only have to  represent an appropriate country, but also political party or sex. They also have to have a clear backing from their government and personal features needed for the job. According to some experts and commentators in Brussels its the last two criteria that finally weigh the most, and that the Polish diplomacy chef  doesn't have. And he has clearly confirmed it in the taping scandal.  The temper and sharp tounge of Sikorski though have already been known to european partners before. As Brussels' correspondent of Le Figaro confirms, Sikorski has already burnt his candidature in France few weeks ago: "Sikorski is known to be a good politician, but his recent  criticism of the French Mistrals sold to Russia, could seriously harm him in France" says Jean Jacques Melev. 
   How difficult it is to get a high rang EU post is well known to many EU functioners from Poland. As after 10 years of the EU membership in the European Commission there are only 1437 Poles. At the same time, Spain which size is comparable to that of Poland has almost 1000 more people there, and France two times as many as Poland (3212 French EC workers). Furthermore,  over a half of the Polish people working at the EC are secretaries and technical assistants. As Polish EC's Director General explains that in the EU career, passing an exam is often not enough to get a high rang EU post. Jan Truszczyński, who often chooses the EC personnel, admits that "a specifiq backing does take place here sometimes, even if it is only a good word sometimes it matters". And this "good word" is exactly what the Polish candidates are missing in their EU career. Maria Głowacz, Polish EC functioner knows many examples of talented, perfect candiates from Poland who missed their chance in Brussels only because they had no political support from the Polish government.  "Every gouvernmet takes care of its candidates, there is in a way a form of a lobbying happening here, and Poland is lagging behind in such practices" says Głowacz. 
   And that's why in the current EU top jobs recruitment the Poles may one more time finish with nothing special at all.  Just few hours before the EU summit one Polish diplomat told me that "the Polish strategy is to take whatever they propose to us". If it is a true, then it is a real shame for the Polish government to not understand something that is so widely understood and practiced by other governments across Europe. And what is a very simple rule, that people who get the EU jobs with the government backing, once in Brussels make sure that the EU regulations and policies they are working on, are beneficiary for the national authorities who helped them with their EU careers.  



Monday, June 23, 2014

"Baltops 2014", czyli prężenie muskułów na Bałtyku...

  Ćwiczenia Baltops Amerykanie zorganizowali w tym roku już po raz czterdziesty drugi. Pierwszy raz amerykańskie manewry na Bałtyku odbyły się w 1971 roku. Pomimo upływu lat i jak wydawało się jeszcze do niedawna wielu zmian na scenie międzynarodowej, atmosfera towarzysząca sprawdzaniu zdolności współpracy marynarek wojennych w ciągu ostatnich dwóch tygodni miała wiele wspólnego właśnie z tą z lat 70. i 80. Ćwiczenia, w których uczestniczyło  30 okrętów i 52 statki powietrze z 14 państw, w tym krajów nie będących członkami NATO, jak Szwecja, Finlandia, czy Gruzja można uznać bowiem za celowy pokaz siły, związany z kryzysem ukraińskim.  "Nie jestem pewny czy powracamy już do konfliktu Zachodu ze Wschodem, ale na pewno nasze ćwiczenia są i będą przydatne w przyszłości" mówił mi głównodowodzący Baltops 2014, admirał Rick Snyder. 
   Bo choć głównym celem Baltops od zawsze było sprawdzenie umiejętności współpracy marynarek sojuszników i "amerykański nadzór sytuacji na Bałtyku", co w tym roku po raz kolejny podkreślał Snyder, to do tej pory Amerykanie do swojej kontroli Bałtyku często zapraszali również Rosję. Tym razem, ze względu na kryzys ukraiński zaproszenie dla rosyjskiej floty zostało jednak wycofane.  
   Baltops bez swojego udziału Rosjanie uznali za prowokację. Wiceminister spraw zagranicznych Władimir Titow powiedział rosyjskiej agencji prasowej Interfax, że ćwiczenia organizowane przez Amerykanów "zwiększają napięcie w i tak już trudnej sytuacji i jeśli Nato będzie kontynuowało swoją ekspansję, to Rosja zostanie zmuszona do podjęcia wszelkich działań politycznych i wojskowych, by bronić swoich granic". Rosjanie nie tylko skrytykowali ćwiczenia sojuszników, ale zorganizowali równoległe manewry tuż pod ich nosem, w obwodzie kaliningradzkim. I w ten  właśnie sposób na Bałtyku rozpoczęło się prężenie muskułów, a przygotowane na ćwiczenia scenariusze nagle stały się jeszcze bardziej realistyczne.  "Spodziewaliśmy się takiej ich odpowiedzi. Na razie nie zauważyliśmy niczego groźnego, to typowa rosyjska reakcja na ćwiczenia sojuszników" tłumaczył mi Craig Clapperton, dowódca amerykańskiego okrętu Mount Whitney.  "Typowa" oznacza również, że w czasie ostatnich dwóch tygodni Rosjanie często nie informowali natowskich sił o swojej nawet bardzo bliskiej obecności. "Jeśli tam są Rosjanie, to oznacza, że nie zaprosili mnie na swoją imprezę" żartował Chris Cookson tłumacząc, jak działają radary amerykańskiej marynarki...W dniu, w którym obserwowałam manewry na pokładzie brytyjskiego okrętu Montrose, popłoch załogi wzbudził natomiast przelot tuż nad naszymi głowami rosyjskiego samolotu.  "Faktycznie widzieliśmy ich. Ten samolot też tam sobie latał, oglądał…" relacjonował mi potem również uczestniczący w Baltops ,kapitan polskiego okrętu ORP Flaming, Piotr Pasztelan. "Najważniejsze, że z przeszkodami, czy bez, osiągnęliśmy nasze cele", uspokajał Matthew Dickinson z Mount Whitney. `I choć sprawdzanie zdolności wojskowych w takiej, niemalże zimno-wojennej atmosferze mogło mieć nawet swoje plusy, to lepiej byłoby, gdyby z tych przetestowanych na Bałtyku umiejętności nie trzeba było skorzystać...



video






video



Flexing muscles on the Baltic Sea at "Baltops 2014"

   "Baltops 2014" was the 42nd edition of the annual military exercises, organised by the United States Naval Forces Europe since 1971. But despite the long history and time passing away, the atmosphere in which the last weeks maneuvers on the Baltic see were held, resembled the ones of the 80s and 90s. The very participation of some 30 warships and 52 aircrafts from 14 states, including non Nato countries such as Sweden, Finland and Georgia, have already been linked to the Ukrainian crisis and hence treated like the Allies power demonstration.  "I'm not sure, if we can talk about East - West conflict yet, but our exercise for sure are and will be relevant", said the Baltops 2014 commander, Admiral Rick Snyder. 
   The main purpose of Baltops, since its start have always been to train cooperation skills of the allies' navies in potential real world crisis, but also "to control the Baltic sea", as repeated one more time, by its current commander, Risk Snyder. That's why "American-led maneuvers" were never warmly welcomed by the Baltic power, Russia. And in order to avoid controversies Russian navy was often invited to take part in Baltops. This time however, because of the Ukrainian crisis, the invitation for the Russians has been withdrawn. 
   Baltops without its participation, Russia has immediately called a "provocation". Deputy foreign affairs minister, Vladimir Titov told Russian news agency Interfax, that they "increase tension in already difficult situation, and if Nato will continue its expansion, Russia will be forced to take all possible political and military actions to protect its borders". Russia did not only criticise the allies manouver, but they also organized their own ones, just next to them, in the Kaliningrad region. And this is how the flexing muscles on the Baltic started, and how the scenarios prepared for the excersise have out of a sudden became much more realistic. "We expected such response from them. So far we haven't seen anything dangerous, this is a typical russian reaction to allies exercises" explains the captain of Mount Whitney, Craig Clapperton. But "typical" also means that during the last two weeks, Russian navy hardly ever notified the allies about its sometimes very close presence. "If there are Russians there, it means they haven't invited me to their party", joked one of the American Mount Whitney crew member, when explaining how their radars work…On the day, when I was observing the maneuver on the board of the British warship, Montrose, the crew panicked for few seconds, when an unidentified Russian aircraft flew just few hundreds meters above our heads. "Indeed we saw them. And we also saw that plane, who was flying over, watching us", admitted Piotr Pasztelan, Polish captain of Flaming warship, also participating in Baltops. "The most important is that with the obstruction or without it, we met all our goals", captain Matthew Dickinson from the  Mount Whitney was trying to calmly sum up the maneuvers. But although testing cooperation skills in case of a real world crisis, in an almost cold war atmosphere, could be qualified as advantageous, it would of course be much better, if such military abilities didn't have to be soon used for real...



Thursday, June 12, 2014

Europarlament chce surowszych kar za ustawianie meczów

    Rozpoczynające się dziś Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej mogą odwrócić na chwilę uwagę od unijnych wydarzeń, choć mundialowej atmosfery nie da się nie zauważyć ostatnio także w Brukseli.  Europosłowie bynajmniej nie przychodzą jeszcze do pracy w piłkarskich koszulkach czy korkach, ale zdecydowanie zwiększyli ostatnio swoje wysiłki by pomóc piłkarzom w walce z korupcją i ustawianiem meczów. Plaga futbolowych oszustw coraz bardziej opanowuje bowiem Europę, a w czasie Mundialu może wreszcie przyciągnąć większą uwagę. 
   Według danych Europolu, między 2008-2011 rokiem nawet 680 meczów mogło zostać ustawionych. W samym sezonie 2013-2014 o korupcję podejrzanych było ponad 460 rogrywek piłkarskich. To oznacza, że liczba ustawionych meczów mogła wzrosnąć nawet o połowę. "Walkę z korupcją w sporcie staczamy nie każdego roku, każdego tygodnia, czy każdego dnia, ale każdej godziny. Nawet w tym momencie, gdy rozmawiamy, ktoś na świecie próbuje wpłynąć na wyniki rozgrywek sportowych. Korupcja ma coraz bardziej zaawansowany kształt. Ustawia się już nie tylko wyniki najważniejszych meczów, ale również rozgrywki na niższym szczeblu. Co więcej graczom z góry narzucane są ustalenia, ile goli, i w której minucie meczu mają przepuścić. Dlatego jeśli nic z tym nie zrobimy, to ten wirus całkowicie zniszczy futbol i cały sport" mówi mi szef Federbet, Francesco Baranca. 
   Ustawianie wyników meczów stało się jeszcze bardziej lukratywne, gdy zakłady sportowe trafiły do internetu. Szacuje się, że obstawianie wyników rozgrywek sportowych na całym świecie rocznie generuje ponad 500 mld dolarów. 10% z tej kwoty zdaniem Federbet to wynik korupcji. Oszustw w meczach piłkarskich przybywa z różnych powodów. Tych w najniższej lidze, bo brakuje kontroli, a pozostające na granicy bankructwa kluby nie potrafią odmówić łatwych pieniędzy. Ustawianie rozgrywek na wyższych szczeblach winowajcom też uchodzi na sucho, bo jak tłumaczy Baranca "nawet jeśli doszło do korupcji, to większość narodowych federacji obawia się splamienia dobrego imienia swojej ligi i woli przymykać na nie oko. Dużą odpowiedzialność za taką sytuację zresztą ponosi sama UEFA".  
   Dlatego piłkarzom i ich kibicom postanowili pomóc eurodeputowani. "Przegłosowaliśmy już rezolucję wzywającą Komisję Europejską do opracowania zaostrzonych unijnych przepisów zakazujących zakładów sportowych w rozgrywkach młodzieżowych, czy też zakładów skłaniających do korupcji np. dotyczących tego kto dostanie jako pierwszy żółta kartkę. Chcemy również surowszych kar za ustawianie meczów", tłumaczy belgijski eurodeputowany Marc Tarabella. Na apele europosłów i niepokojące dane zebrane przez Federbet już odpowiedziała FIFA, zlecając organizacji nadzorującej zakłady sportowe kontrolę przepływu pieniędzy na kontach wszystkich reprezentacji uczestniczących w Mistrzostwach Świata. Taki nadzór pewnie nie powstrzyma korupcji, ale przynajmniej pozwoli szybciej ją wykryć. Informacje o możliwym ustawieniu meczów kwalifikacyjnych ostatnich Mistrzostw Świata w Afryce Południowej wyszły na jaw dopiero teraz, czyli cztery lata po fakcie. 



video







European Parliament wants more sever EU rules to fight against match fixing...

   As the World Cup starts, "Mundial" atmosphere can also be felt in the EU institutions. Members of the European Parliament have not changed their suits for football t-shirts or shoes yet, but they used the good timing to raise the problem of corruption in sport. And as match fixing is becoming a real plague in Europe, European Parliament is calling on the member states and European Commission to prepare more severe EU rules to fight corruption in sport. Examples of it are more than obvious. 
   According to Europol, whereas between 2008-2011 some 680 match-fixing was detected, in the season of 2013-2014 already some 460 cases of such behavior have been noticed, which means an increase of over 50%. "It's a fight we have to face not only every year, or every week, but every day. Even at this moment now somebody in the world is trying to fix the results of sport games. That's why if we don't stop this virus it will completely destroy sport" says Federbet chef, Francesco Baranca.
   Match-fixing became even more lucrative activity as the bets have become popular online. The annual turnover from sports bets worldwide at the moment is estimated at over  500 billion dollars. Some 10% of it can be of criminal origin. And although toxic matches are often identified by Federbet and other organizations, their findings are not pursued by the national federations. "They don't want to reveal that as they are afraid it will spoil the image of the whole competition. UEFA is also to blame in advising such behavior" says Baranca. 
   That's why members of the European Parliament try to help the footballers and their supporters to fight against match fixing. "We have already voted a resolution calling the states and the EC to prepare stricter rules and fines for match fixing. We had proposed the ban on bets for youth matches and ban on criminogenic bets, such as betting on who will make the first throw-in or obtain a yellow card", explains Belgian MEP, Mark Tarabella.  The calls of the European Parliament and Federbet have already been heard by FIFA, as it asked Federbet to conduct controls over financial flows around each match of the World Cup. And although such controls will not stop the corruption all together, but it can speed up its identification. The main goal of it is to not face a situation that took place few weeks ago, when the possible match fixing during the qualification matches at the World Cup in South Africa was detected and leaked to world media some four years later after the events took place.



Monday, May 19, 2014

Polska pod ostrzałem eurosceptyków ?

   Spot wyborczy z udziałem wnuka hitlerowskiego zbrodniarza, to do tej pory najbardziej szokujący wideoklip europejskiej kampanii wyborczej. Rainer Hoss przestrzega w nim przed wygraną skrajnej prawicy, która jego zdaniem, może doprowadzić do powtórki z najbardziej krwawej i najokrutniejszej historii Europy. "Moja własna historia nauczyła mnie tego, że demokracja, równość i prawa człowieka nigdy nie mogą być brane za pewnik. Wiele razy chciałem zaprzeczyć swojej przeszłości, udawać kogoś innego. Ale nie wolno nam zapominać naszej przeszłości bez względu na to, jak bardzo to boli. Bo jeśli zapomnimy, historia się powtórzy. Obawiam się, że to się właśnie dzieje", mówi Rainer Hoss. Takimi mocnymi słowami potomek komendanta z Auschwitz przestrzega przed głosowaniem na euroscepytków. Ale oryginalne spoty i organizowane w całej Europie unijne happeningi przegrywają z argumentami skrajnej prawicy. 
   Według ostatnich sondaży w Wielkiej Brytanii, Francji, Austrii i Danii wybory do Parlamentu Europejskiego wygrają politycy, którzy dążą do likwidacji Unii Europejskiej. Brytyjska Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) może liczyć na ponad 30% głosów, a francuski Front Narodowy na ponad 23%.  Dlatego gdy spotykam liderów obydwu ugrupowań w Strasburgu,  zrelaksowani i uśmiechnięci opowiadają mi o swoim rosnącym poparciu i wyborczych hasłach, które tak świetnie sprawdzają się w tegorocznej kampanii. "Unia Europejska jest jak związek sowiecki, narzuca swoją wolę ludziom, dlatego musimy zwrócić obywatelom ich suwerenność", jak mantrę powtarza Marie Le Pen.  I choć z takimi argumentami zgadza się również coraz więcej polskich polityków, w ubiegłej kadencji, po odejściu z PiS w jednej frakcji z eurosceptykami już zasiadali europosłowie Solidarnej Polski, a w kraju rośnie poparcie dla Ruchu Narodowego, to polscy eurosceptycy często zapominają, że ze swojej populistycznej broni, ich "koledzy" na Zachodzie Europy strzelają nie tylko do Unii, ale również bezpośrednio w Polskę. 
   Na własnej skórze odczuli to wielokrotnie polscy imigranci na wyspach brytyjskich, czy w Holandii, na których politycy UKIP, czy holenderskiej PVV od lat prowadzą nagonkę. Świadkiem wrogości do Polaków w Europarlamencie kilkakrotnie był zresztą również polski Premier. "Proszę zabrać sobie swoich Polaków do siebie" krzyczał w Strasburgu na premiera Tuska jeden z europosłów PVV, Barry Madlener. "Na jakiej Pan żyje planecie", szkalował go Nigel Farage z UKIP, wyśmiewając pro-europejskie przemówienie Donalda Tuska z okazji Polskiej Prezydencji w UE w lipcu 2011 roku. Gdy rozmawiam z Faragem, swoim charakterystycznym, podniesionym tonem Brytyjczyk mówi mi: "Lubimy niektórych Polaków, ale nie chcemy, by przyjeżdżały ich do nas miliony!". 
   Tydzień wcześniej na sali plenarnej w Brukseli, inny brytyjski polityk, Nick Griffiths z Brytyjskiej Partii Narodowej pouczał europosłów, że za kryzysem ukraińskim stoi niepotrzebne przyjęcie Polski do Nato. Zachodni eurosceptycy nie kryją swoich sympatii dla Rosji. W kwietniu, w czasie wizyty w Moskwie Marie Le Pen zgodziła się z Putinem, że najlepszym sposobem na rozwiązanie kryzysu na Ukrainie byłby podział państwa. Uważani za piątą kolumnę Putina w Europie, Polskę też, tak, jak Ukrainę najchętniej widzieliby jako rosyjską strefę wpływów. "To niepotrzebne przyjęcie państw Europy Środkowo-Wschodniej do Nato spowodowało napięcia z Rosją, których skutki obserwujemy do dziś " tłumaczy Griffiths. 
   Kontrowersyjne przemówienia, a niekiedy nawet zwykłe oszczerstwa wykrzykiwane przez eurosceptyków na sali Europarlamentu do tej pory były wprawdzie głośne i często po prostu nieprzyjemne, ale ze względu na małą liczbę deputowanych skrajnej prawicy, na krzyczeniu się kończyło. Tym razem może być inaczej. Jeśli eurosceptycy, zgodnie z sondażami zdobędą w Europarlamencie ponad 100 miejsc i stworzą wspólną grupę (do czego potrzeba tylko 25 europosłów z 7 krajów), to będą mieli realny wpływ na unijne prawo, żądając na przykład zamknięcia rynków pracy dla imigrantów, czy blokując kolejny, wspólny unijny budżet. 
   Marsz eurosceptyków po władze w Brukseli powstrzymać może tylko wysoka frekwencja w Eurowyborach. Dlatego UE staje na głowie by przekonać Europejczyków do siebie, a do głosowania w wyborach namawia wnuk hitlerowskiego zbrodniarza. Przedwyborcze sondaże dotyczące frekwencji to eurosceptykom znów wróżą jednak lepszą przyszłość. W wyborach do PE w tym roku może wziąć udział rekordowo niska liczba ludzi. Jeśli sprawdzą się sondaże i frekwencja wyniesie poniżej 40%, to dzięki swojemu, zawsze zmobilizowanemu elektoratowi, skrajna prawica zdobędzie w Brukseli olbrzymie wpływy. A wtedy pod jej ostrzałem znajdzie się nie tylko UE, ale również Polska. 





                   video



Nigel Farage, UKIP


Marie Le Pen, Front National


Barry Madlener, PVV


Poland under fire of powerful extreme right in the new European Parliament? 

   Election spot with the participation of the grandson of Nazi murderer from Austria,  has so far been the most radical video-clip of this year european elections campaign. In the shocking video, Rainer Hoss warns against the victory of extreme right, which can let the most bloody history of Europe repeat itself. "I know more than any people about the desire to forget. There have been times when I wanted to deny my past, pretend I was someone else, but we must never forget our past, no matter how much it hurts, because when we forget, history will repeat itself. I fear that this is happening right now", says Hoss. With such strong words the descendant of the Auschwitz commander, appeals to Europeans to not vote for extreme right. But the election spots and pro-EU happenings which take place all over Europe now, still lose against arguments used by eurosceptics. 
   According to most recent pre-elections polls in the UK, France, Austria and Denmark, extreme right politicians will win the Euro-election this year. United Kingdom Independence Party (UKIP) may get more than 30% of votes, and French Front National over 23%. Therefore, when I meet the leaders of both parties in Strasbourg, they reply to my questions in relax manner, calmly anticipating their victory: "EU is like a Soviet Union, it imposes its will on people, that's why we need to give the sovereignty back to people", Marie Le Pen repeats to me her mantra.And although, there are more and more politicians in Poland, who agree with such arguments; Polish National Movement is also gaining power, the followers of the Western extreme right in Poland, tend to forget that the populist guns used by eurosceptics from Britain, France or Holland often targets not only the EU but also Warsaw. 
   Polish immigrants living in the UK or Netherlands have felt it a lot during the last few years, when the politicians from UKIP or PVV in Holland persecuted them with their anti-Polish actions. They also didn't hesitate to show their hostility to the Polish PM. During a debate in Strasbourg in July 2011, Dutch MEP, Barry Madlener shouted at Donald Tusk: "Take your Poles back to Poland". Nigel Farage also couldn't miss his chance: "What planet are you from?!?" he asked the Polish PM.  When I asked Farage if it wouldn't be a good idea to get the Poles living in the UK on his site and stop to persecute them, he laughs: "We like some Polish people, but we don't want millions of them!". 
   A week before, another British MEP, Nick Griffiths from BNP explains during a debate in Brussels, that it is Poland and its membership of NATO, that is responsible of aggravating relations with Russia, and hence the conflict in Ukraine. "Nato enlargement by countries from eastern Europe was a wrong decision, it made Russia angry and the consequences of this we can see now", tells me Griffiths. As extreme right from Western Europe do not hide its sympathy for Moscow. During her visit in the Russian capital in April this year, Marie Le Pen agreed with Putin that the best solution for the Ukrainian conflict would be federalization of the country. 
   Controversial statements, and sometimes simple slurs shouted out by the eurosceptics in Brussels so far have only been loud and unpleasant, but didn't have any influence on the European law, as there was only a small  group of EU enemies in the chamber. This time however, it might be different. If the eurosceptics gain over 100 places in the EP, which is expected in the pre-elections polls, and they will form one group (for which they only need 25 deputies from 7 countries), they will have a real influence on the EU legislation. As a result of that, they will be able to revise the EU law on open labour markets or block the new EU budget. 
  The eurosceptics March on Europe, could only be stopped by the high turnout. This however is quite unlikely, as according to  pools  less than 40% of people may attend this week Euro-elections. And it may mean that after victory of extreme right in Europe, it will not only be the EU but also Poland which will find itself  under eurosceptic fire. 


Friday, May 16, 2014

Wszystkie "sikające" pomniki w Brukseli...

   Manneken Pis czyli sikający chłopiec to jeden z najsłynniejszych pomników Europy. Przed figurką mierzącą zaledwie 61 centymetrów w Brukseli dzień i noc gromadzą się turyści z całego świata. Niewielu jednak wie, że kilka uliczek dalej Manneken PiS ma swoją siostrę  Yenneken PiS, a nawet  psa Zinneken PiS, którzy tak, jak on, jak gdyby nigdy nic siusiają sobie na brukselskich ulicach. 
   W wyniesieniu na piedestał siusiającej rodzinki Belgowie nie widzą nic dziwnego. W całym kraju spotkać można bowiem równie groteskowe monumenty. Jedni twierdzą, że to skutek belgijskiego poczucia humoru i zamiłowania do surrealizmu. Inni, że w liczącym niewiele ponad wiek państwie, to następstwo braków w narodowych zabytkach, które pośpiesznie  nadrabiano właśnie nie do końca przemyślanymi pomnikami, stawianymi ku czci kogolwiek, czegokolwiek i gdziekolwiek. W samej Brukseli, która z niewiele ponad milionem mieszkańców raczej nie jest wielką metropolią, rozsianych w artystycznym nieładzie już jest ponad 120 pomników i 70 fontann. Nowe pomniki wyrastają tu jak grzyby po deszczu, również dlatego, że  o postawienie swojego monumentu w stolicy Europy zabiega wiele państw. Te ostatnie przechodzą jednak wyśrubowaną selekcję, bo władze Brukseli zdecydowanie bardziej wolą swoje groteskowe pomniki, niż proponowane im wyniosłe statuy. I chyba dzięki takiemu właśnie podejściu, choć Bruksela jest uznawana za stolicę Europy, to Belgowie wciąż mogą się w niej "swojsko" czuć. 



video





All the peeing statues of Brussels...


   Manneken Pis, a statue of a pissing boy in Brussels is one of the most famous monuments in Europe. There are hundreds of people gathering in front of it every day. Not many of them however know, that few meters away from it, there are also stautues of pissing girl, Janneken Pis and a pissing dog, Zenneken Pis. 
   For the Belgians to make the monumets of the "pissing family" is nothing bizarre. Throught the country one can see many equally grotesque statues. According to some, it is a result of Belgian sense of humor, or love for surrealism in the country. Historians and architects underline another point. Since the country is less than a century old, it has had a serious lack of historical monuments and sites. That's why various statutes and art pieces have been quickly comissioned and put up to honour whoever, whatever and whenever. As a result of this, now in Brussels only, a city with little more than a million inhabitants, there are already 120 monuments and 70 fountains. New stautes are put with an amazing speed also, as many countries approach urban planning deprtament asking for their own statue to be build in the city, recognised as the heart of Europe. Such requestes though, as I am reassured in the city plannig office are often turned down, as the projects are simply too serious in the Belgian eyes. It's probably thanks to such an approach, native Brussels citizens, despite the city European status, can still feel here well and at home.