Thursday, September 11, 2014

Cwany jak polski rolnik w Brukseli...

   Komisja Europejska zawiesiła wsparcie dla rolników, bo zalały ją fałszywe wnioski o pieniądze z Polski. Do wykorzystania producenci łatwo psujących się owoców i warzyw, których eksport do Rosji uniemożliwiły sankcje, mieli 125 mln euro. O te środki rolnicy z całej Unii mogli ubiegać się na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, wysyłając do Brukseli wnioski z wyliczonymi stratami. Takie zasady, na które początkowo Polacy kręcili nosem, obawiając się, że ubiegną ich rolnicy z innych państw, okazały się jednak niezwykle korzystne dla farmerów znad Wisły. 89% wniosków o wsparcie, jakie wpłynęły do Brukseli właśnie z Polski. Sęk w tym, że ilość wniosków nie odzwierciedla ich jakości, a do tej ostatniej Komisja Europejska ma wiele zastrzeżeń. Bruksela nie ukrywa również żalu do polskich władz za to, że nie wypełniły obowiązku dokładnej kontroli składanych przez rolników podań. Już dwa tygodnie temu, gdy polscy producenci jabłek i papryki protestowali przed Komisją Europejską, unijni dyplomacji mówili, że "polski rząd, zamiast nasyłać rolników na Brukselę, powinien po prostu pomóc im prawidłowo wypełnić wnioski, a wtedy z unijną pomocą nie będzie problemu". Rzecznik KE ds. rolnictwa, Roger Waite dziś oficjalnie już przyznał, że  choć  w ciągu ostatnich dni Komisja Europejska kilkakrotnie prosiła polskie ministerstwo rolnictwa o weryfikowanie danych dotyczących rzeczywistych strat polskich rolników, to polskie władze pozostawały głuche na apele Brukseli. 
   Tymczasem fałszerstw w polskich podaniach nie sposób nie zauważyć. Polscy producenci kapusty w swoich wnioskach o unijne wsparcie na przykład twierdzą, że starty jakie ponieśli na skutek rosyjskiego embarga są pięć razy większe niż cały roczny unijny eksport tego warzywa do Rosji... Nic dziwnego, że takie wyliczenia Polaków wzbudziły wątpliwości w Brukseli. I choć Komisja Europejska rzeczywiście zbyt skąpo potraktowała potrzeby poszkodowanych rosyjskim embargiem unijnych rolników, to przez oszustwa Polaków i przymykanie na nie oczu polskich władz, szanse na jakiekolwiek odszkodowania stracili producenci owoców i warzyw z innych państw, którzy do wniosków o pomoc chcieli podejść rzetelnie i uczciwie. 
Pieniędzy najpewniej nie dostaną zresztą również polscy oszuści, bo Bruksela ich wnioski odeśle do Warszawy, licząc na to, że polskie ministerstwo rolnictwa tym razem wywiąże się ze swoich obowiązków i zweryfikuje dane. Przy okazji oddalone mogą zostać jednak również  poprawne podania z Polski. Na nierozsądnej zagrywce polskiego ministerstwa rolnictwa najwięcej stracą zatem polscy rolnicy i to pewnie nie tylko tym razem. Bruksela jest pamiętliwa i raz zdobytej łatki oszusta, żerującego na unijnej kasie, trudno się tu pozbyć...


                                            Polscy rolnicy manifestują przed Komisją Europejską

Friday, August 29, 2014

Niezasłużone plusy Donalda Tuska, najcenniejsze w Brukseli...


   Na kilka godzin przed unijnym szczytem polski premier urasta do rangi lidera w wyścigu do fotela szefa Rady UE, choć sam cały czas twierdzi, że do Brukseli wcale mu się nie spieszy. Za Donalda Tuska unijną sztafetę już kilka miesięcy temu rozpoczęła sama Angela Merkel. Po miesiącach wysiłków "polską pałeczkę" od niemieckiej kanclerz przejął  premier Wielkiej Brytanii, a potem choć trochę od niechcenia, francuski prezydent. Do biegu na rzecz unijnego fotela dla Polaka od samego początku europejskich przywódców zagrzewały też władze w Brukseli, na czele z odchodzącym Przewodniczącym Rady UE , Herman'em Van Rompuy'em i nowym szefem Komisji Europejskiej, Jean Claude Juncker'em. 
   Czym polski premier tak bardzo ujął europejskich przywódców, że Ci zdecydowali wygrać za niego unijny wyścig o władzę? Właściwie niczym specjalnym. Większość zalet, jakie wymienia się przy kandydaturze Tuska to bynajmniej nie zasłużone, a przypadkowe plusy premiera Polski. W unijnej układance zresztą tak, jak w krajowej polityce często bardziej niż kompetencje, liczą się właśnie kryteria polityczne, geograficzne, czy personalne. 
   Donald Tusk jako przedstawiciel europejskiej centro-prawicy doskonale pasuje na stanowiska szefa Rady UE, które ma trafić w ręce polityka reprezentującego zwycięską w Eurowyborach chadecję. Z tych samych powodów, nowym szefem dyplomacji ma zostać koalicjant chadeków, czyli socjalista, a raczej socjalistka, by w ten sposób spełnić jeszcze jeden warunek: parytet. Kandydatura włoskiej minister spraw zagranicznych właściwie jest już przesądzona i dlatego właśnie przewodniczącym Rady UE nie może zostać Kristalina Georgieva. Bo choć nowy szef KE narzeka na mało kobiet w unijnych fotelach, to dwie panie na najwyższych stanowiskach w Brukseli, dla wielu europejskich przywódców byłyby nie do zaakceptowania... 
   Drugim, niezasłużonym plusem Donalda Tuska jest jego pochodzenie. Polski premier idealnie pasuje do unijnej układanki, bo reprezentuje tzw. nowe państwo Unii, w dodatku największe z tzw. nowej "10". Tusk za europejskimi sterami pozwoliłby zatem zachować równowagę geopolityczną.  
   Co więcej, zdaniem brytyjskiego premiera fakt, że Polska nie jest w strefie euro, sprawiłby również, że jej przywódca kierujący pracami "28", dbałby także o równowagę między krajami z i spoza eurolandu. I robił to w dyplomatyczny, cichy i zakulisowy sposób. W zazwyczaj spokojnym i małomównym na unijnych szczytach polskim premierze, europejscy przywódcy widzą bowiem podobieństwo do obecnego szefa Rady UE, Herman'a Van Rompuy'a. 
   Były belgijski premier przygotowując i przewodząc szczytom najwięcej pracy wkładał właśnie w zakulisowe rozmowy z unijnymi stolicami i nigdy nie chciał grać w Europie pierwszych skrzypiec. Donaldowi Tuskowi również przypisuje się takie cechy, choć nikt do końca nie jest pewien, czy w prowadzeniu negocjacji nie będą przeszkadzały mu słabe umiejętności językowe. 
   Na tle wszystkich przypadkowych, ale jednak zalet, ta raczej nieprzypadkowa wada, podobno nie stanowi jednak większego problemu. Tym bardziej, że choć Donald Tusk nie włada  ani językiem Szekspira, ani Moliera, to posługuje się językiem Angeli Merkel. A ta dla niego nie tylko zorganizowała, ale przebiegła większość wyścigu do fotela w Brukseli. Ciekawe, czego będzie oczekiwała w zamian? 


           European Council Audiovisual Service

Wednesday, August 27, 2014

Pomidory i dynie na ulicach Brukseli...

   Pomysł zakładania warzywników na rondach, skrzyżowaniach i ulicznych skwerach do Belgii przyszedł z Anglii. Pomidory, marchewkę i brokuły zamiast kwiatów na nielicznych zielonych terenach w miasteczku Todmorden zaczęli sadzić jego mieszkańcy, by w ten sposób ograniczyć tzw. ślad węglowy, czyli po prostu ilość spalin produkowanych przez samochody dostawcze, dowożące żywność do miejscowych sklepów z niejednokrotnie bardzo oddalonych miejsc. Gdy warzywne przedsięwzięcie pt. "incredible edible" ("niewiarygodnie jadalne") zaczęło zdobywać wśród mieszkańców coraz więcej zwolenników, jego pomysłodawcy postawili sobie jeszcze ambitniejszy cel, sprawić by do 2018 roku miasto stało się samowystarczalne pod względem wyżywienia. Bakcyla ulicznych upraw szybko złapały nie tylko inne brytyjskie miasta, ale również Hiszpania, Niemcy, Kanada czy Belgia. 
   W Brukseli pierwsze warzywniki powstały na Rue Pelletier, ulicy, która często służy kierowcom, jako skrót do wyjazdu z miasta na autostradę. Na niewielkich wysepkach służących do spowolnienia pojazdów mieszkańcy posadzili pomidory, cukinie, dynie, rabarbar, mięte i szczypiorek. Uprawę rozpoczęły dwie sąsiadki, ale z jej zbiorów zaczęli szybko korzystać pozostali mieszkańcy ulicy. "Nie ma dnia, by któryś z sąsiadów nie częstował się naszymi warzywami, rozchodzą się w mgnieniu oka", mówi Catherine, jedna z założycielek ulicznego warzywnika. Kilka dni wcześniej z pierwszych w tym roku zbiorów Joelle i Catherine ugotowały zupę, którą podzieliły się z pozostałymi mieszkańcami swojej ulicy. I jak zapewniają, po daniu z ulicznych warzyw nikt bynajmniej się nie pochorował. "Mnie te warzywa  smakują lepiej niż z supermarketu. Na pewno nie są bardziej zanieczyszczone, bo wielu rolników w Belgii przecież również ma swoje pola uprawne tuż przy autostradach", tłumaczy Jose, jeden z mieszkańców Rue Pelletier, zajadając się zrywanymi prosto z krzaka pomidorkami. W tym samym czasie, kilka przecznic dalej inni uliczni hodowcy warzyw właśnie dzielą się swoimi pierwszymi w tym roku zbiorami dyni. Uliczne uprawy mogą już wkrótce zmienić oblicze Brukseli.


video




Tomatoes and pumpkins on Brussels streets...

   The idea of planting vegetables on the roundabouts, cross-roads and city squares have come to Belgium from England. Tomatoes, carrots and broccolli instead of flowers on the city few green spaces were first planted by the inhabitants of Todmorden in West Yorkshire. By doing so, they wanted to cut the carbone footprint produced by food suppliers who often drive their products for hundreds of kilometers. And as the scheme "Incredible Edible" started to work out well, gaining new participants from all over the town, its creators set up an even more ambitious goal: to make Todmorden the first town in the country that is self-sufficient in food by 2018.The original idea from West Yorkshire has already got followers in some other 20 UK's towns, and cities in Spain, Germany, Canada and Belgium.  
   First vegetable gardens in Brussels were created at Rue Pelletier, a little street that is often used by drivers in Brussels to join the motorway. Tomatos, courgettes, pumpkinns and rhubab are only some veggies that the inhabitants of the street planted at its two small road islands, used to slow down cars.
The cultivations was started by two neighbours, but everyone else can help themselves to its crops.
"At the moment our vegetables are so popular that they are almost disappearing", says Catherine. A few days earlier the two neighbours made a soup out of their street veggies and then distributed it amongst other inhabitants. "Nobody fall sick", they reassure me.  "For me these vegetables actually taste better than the ones bought at supermarkets. And for sure they are not more polutted as in Belgium many agricultural fields are also next to motorways", explains another neighbour, Jose, whilst picking cherry tomatos. At the same time, a few streets away other neighbours are just enjoying their own first crops, picking up pumpkins and courgettes. Street vegetables may soon change the look of Brussels.

Wednesday, August 6, 2014

Kriek, czyli słynne, belgijskie piwo wiśniowe...

   Belgijskie browary w lecie wyglądem i zapachem przypominają trochę wytwórnie konfitur i soków. Między beczkami i kociołami warzelnymi piętrzą sie bowiem skrzynki z owocami, których Belgowie dodają do swoich słynnych złotych trunków. Najbardziej znanym belgijskim piwem o smaku owoców jest kriek. Nazwa  napoju pochodzi od flamandzkiego słowa "kriek", oznaczającego odmianę kwaśnych wiśni z północy kraju. "Wiśnie kriek mają dużo więcej aromatu i cukru, ale są też bardzo kwaśne", tłumaczy mi uprawiający je Peter Van Den Dale. Kilka razy w tygodniu, punktualnie o 8.00 rano belgijski producent owoców dowozi swoje zbiory do brukselskiego browaru Cantillon. To właśnie w tej,  liczącej ponad 100 lat warzelni na Północy Brukseli powstaje tradycyjny kriek, który nie ma nic wspólnego ze słodzonymi cukrem piwami wiśniowymi, jakie produkują duże browary przemysłowe. 
   W Cantillon wiśnie wraz z pestkami dodaje się do dwuletniego lambica. To tradycyjne belgijskie piwo produkowane ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy i chmielu powstaje w wyniku tzw. spontanicznej fermentacji, do jakiej dochodzi po zaszczepieniu brzeczki dzikimi drożdżami. Dopiero po dwóch latach leżakowania w beczkach w lambicu zanurza się wiśnie.  "Na litr piwa przypada ok. 300 gram wiśni" tłumaczy mi pracownik browaru.  Połączone w ten sposób składniki krieka przez kolejne 3 miesiące nabierają aromatu, koloru i smaku, czyli używając fachowego określenia przechodzą "macerację". A podczas gdy zgodnie z wiekową tradycją piwo fermentuje w beczkach,  przed muszkami i innymi owadami chroni je armia pająków, która, tak, jak właściciel browaru z pokolenia na pokolenia kontynuuje "piwowarską tradycję". "Staramy się kontynuować tradycję naszych ojców i dziadków nawet w najmniejszych szczegółach, właśnie dlatego pomimo popytu nie przeszliśmy na masową skalę produkcji naszego piwa", mówi mi właściciel browaru, Jean Van Roy. Browar Cantillon w 1900 roku założył jego pradziadek i przez ostatnie 100 lat, nie wiele się tu zmieniło. Nieznacznie wzrosła również produkcja złotego trunku, bo w piwnicach Cantillon mieści się zaledwie 11.000 butelek. 
   Tego ostatniego żałują trochę miłośnicy brukselskiego piwa, którzy po łyk wyśmienitego trunku ściągają do stolicy Belgii z całego świata. W browarze krieka i innych odmian lambica codziennie kosztują między innymi grupy amerykańskich turystów.  "U nas taka butelka lambica z Cantillon może kosztować nawet 100 dolarów" tłumaczą mi Amerykanie, którzy do brukselskiego browaru przyjechali z Kalifornii i Texasu. Piwo Cantillon w Stanach Zjednoczonych traktuje się bowiem, jak najlepszego szampana. Choć w smaku bliżej mu chyba do wytrawnego wina, niż do słodkich bąbelków. Kwaśny smak dominuje bowiem w krieku nawet po wtórnej fermentacji, do jakiej dochodzi po rozlaniu piwa do butelek. Zapach i smak wiśni  jest za to jak najbardziej autentyczny i wcale nie przypomina tego, pochodzącego ze sztucznych syropów dodawanych do piw owocowych, produkowanych na przemysłową skalę. Zresztą co tu więcej pisać, tradycyjnego krieka trzeba po prostu spróbować! A wyniki tegorocznego, wiśniowego warzenia będą gotowe do degustacji już w październiku. 



video













Kriek, Belgian famous, cherry beer...

   Belgian breweries in summer look and smell a little bit like jam factories, as between the barrels there are mounts of cases with fruits, that the Belgians add to their beer. The most famous fruity beer in Belgium is "kriek". The name of the drink comes from a word "kriek" which is used for sour cherries grown in the North of the country. "Kriek have much more aroma and sugar than other kinds of cherries, but at the same time they stay very sour" explains their grower, Peter Van den Dale. In the cherry season, a few times per week, punctually at 8.00 a.m., he delivers cases full of kriek to the Cantillon brewery. It is in that very brewery, in the North of Brussels, where traditional beer, including kriek has been breewed for over a hundred years now. And the cherry alcohol made there have nothing in common with the fruity beer, industrially produced by big commercial breweries. 
   At Cantillon cherries with stones are added to already a two year old lambic beer. Made of barely malt and unmated wheat lambic is a traditional beer produced by spontaneous fermentation, caused by the wild yeasts.  After two years of such a fermentation in the barrels, lambic is mixed with kriek cherries. "For one liter of beer we add 300 grams of cherries" tells me a brewery worker. Mixed ingredients for the next three months absorb its values: taste, aroma and color. 
   And whilst the beer ferment in the barrels, it is being protected from flies and insects by the army of spiders, which like the owners of the brewery, pass their duty from one generation to another. "We try to make everything in a traditional way and that's what our clients appreciate the most", explains the Cantillon owner, Jean Van Roy. And such attitude seems to work very well. The Cantillon brewery was set up by his grey grand father in 1900 and since then, not a lot has changed. 
   One significant difference can be spotted if you listen well to the languages spoken by the people who visit Cantillon, as a small beer factory in Brussels over the years have become very famous amongst tourists from all over the world. Cantillon is frequently visited particularly  by American beer lovers. "In the US for a bottle of Cantillon beer you have to pay even 100 dollars" explain tourists who travel to Cantillon from California and Texas. In the US traditional Belgian beer is as much respected and appreciated as a good champagne. Although its taste has much more in common with a dry wine, rather than with the sweet bubbles. The sour taste of kriek wins with the sugar even after the second fermentation of the beer that takes place in the bottles. But despite the sourness, thats dominates in the drink, the taste and aroma of the cherries can well be noticed. Want to try? The results of july cherry brewing should be ready to taste in October. 

Sunday, July 13, 2014

Pierwsze kroki polskich euronowicjuszy...


   Oficjalnie zaprzysiężonych w Strasburgu, zarejestrowanych w Brukseli, a nawet podzielonych na grupy polityczne i komisje parlamentarne 51 polskich europosłów ma już za sobą pierwsze doświadczenia w Parlamencie Europejskim. W tym tygodniu po raz drugi wezmą udział w sesji plenarnej, na której zostanie wybrany nowy szef Komisji europejskiej. Po pierwszych kilku tygodniach sprawowania europoselskiego mandatu, ze mną podzielili się mniej oficjalnymi spostrzeżeniami. 
   Janusz Korwin Mikke na przykład pomimo tego, że w Europarlamencie posługuje się dwoma językami obcymi: francuskim i angielskim, czego byłam świadkiem, nie potrafił uruchomić parlamentarnej maszyny do kawy…Ekspresu wprawdzie nie kopną ani nie opluł, a niezadowolony i zniechęcony nieudanymi próbami skwitował tylko: "nie ma nawet kawy, żeby mnie napoić, a mówiłem przecież, że ta Unia się rozwali z powodów finansowych". Kawę udało się wypić Markowi Jurkowi z PiS, ale nie był nią zachwycony. "Zwykła rozpuszczałka" odpowiedział, gdy zapytałam czy smakowała mu parlamentarna espresso. O tym, że w pracowitym dniu  europosła dodający siły napój jest niezbędny, przekonała się także Beata Gosiewska, choć eurodeputowana PiS nie szukała kawy, a herbaty, "ale nie znalazłam, bo tu wszyscy piją podobno kawę i jest deficyt herbaty". A stawiająca na nogi teina była europosłance bardzo potrzebna, bo jak relacjonowała: "Wstałam dzisiaj o 5-tej rano po to, żeby przylecieć z Warszawy do Brukseli. Potem była cała ta biurokracja, wypełnianie papierów i ten pracowity dzień skończymy ok. 21, więc jak na pierwszy dzień, to rzeczywiście te opowieści, że w Parlamencie Europejskim się  łatwo i przyjemnie spędza czas, nie są póki co prawdziwe". Prawdą jest natomiast, że nadgodziny można czasem odespać na sali, o czym przekonała się Julia Pitera. Świeżo upieczona eurodeputowana PO na swoim pierwszym posiedzeniu z trudem podtrzymywała powieki. "Ja dzisiaj jestem zmęczona niewątpliwie natomiast nie było czasu na odpoczynek po kampanii, bo ona przecież dopiero się skończyła" tłumaczyła Pitera. 
   A w Europarlamencie fizyczna i psychiczna sprawność zwłaszcza na początku, co zauważyli prawie wszyscy polscy euronowicjusze, bardzo się przydaje. "W momencie gdy weszłam do tej sali, gdy trzeba było od 1-6 stolika przechodzić, to się czułam jak tworzywo rzucone do obróbki na taśmie technologicznej..".  Tak proces rejestracji nowych eurodeputowanych relacjonowała Krystyna Łybacka z SLD.  W wyniku "obróbki" każdy europoseł otrzymał identyfikator, który Janusz Korwin Mikke porównał do "kolczyka, jaki świniom się wpina w uszy, a tutaj się na szyi wiesza", mówił dziennikarzom. I choć identyfikator otwiera drzwi do unijnych korytarzy, to, jak przekonali się polscy euronowicjusze,  by je poznać potrzeba prawdziwej siły w nogach. Dla byłego sportowca Bogdana Wenty nie stanowiło to problemu, a nawet było prawdziwą gratką. "Mam nadzieję, że jeszcze pobiegam tutaj trochę" mówił, gdy zatrzymałam go na jednym z korytarzy w parlamentarnym gmachu. Pokonanie kilometrów unijnych korytarzy nie wszystkim idzie jednak łatwo. "Na razie błądzę,  rzeczywiście budynek jest przepotężny i poznać topografię , geografie i ścieżki, którymi się trzeba poruszać to jest bardzo trudna sprawa.." przyznał Janusz Piecha  z PiS. Jeszcze trudniejsza, gdy ulice wokół Europarlamentu poznaje się w deszczu, jaki przywitał eurodeputowanych w Brukseli. "Ponoć to jest tak cały czas, że pada, wcześniej też padało i będzie padać i tak jest ciągle, trzeba  jakąś lampę sobie kupić rozświetlającą do domu, żeby nie dostać depresji, ja na przykład bardzo źle reaguje na tak mało słońca, ale wracam do Polski na weekend " już pociesza się Agnieszka Kozłowska Rajewicz z PO. Bo niektórym nowym europosłom z Polski wystarczyło kilka godzin w Brukseli, by zatęsknić za Warszawą… 




 © European Parliament Audiovisual Unit


video
 ©All rights reserved: Polsat TV Sp.Z.O.O.

Wednesday, July 9, 2014

Eurobiurowce vs. mieszkania w Brukseli...

   Do Brukseli powoli sprowadzają się zwycięzcy majowych wyborów do Europarlamentu. Nowi europosłowie, ich asystenci i sekretarki w stolicy Europy nie przez wszystkich są jednak mile widziani.  Zwykli mieszkańcy Brukseli mają bowiem dość eurokratów, którzy po zaporowych cenach wykupują i wynajmują jedyne dostępne na rynku mieszkania, zmuszając Belgów do szukania dachu nad głową o dużo niższych standardach, albo daleko poza centrum.  
Armia 40.000, a według niektórych szacunków nawet 50.000 eurokratów w Brukseli stwarza problem mieszkaniowy zresztą nie tylko ze względu na swoją ilość, czy siłę nabywczą, ale również sam cel  pobytu w belgijskiej stolicy. To dla unijnych urzędników już w latach 70-tych, gdy zdecydowano, że większość wspólnotowych instytucji będzie miała siedzibę w Brukseli, belgijscy architekci skupili  bowiem całą swoją uwagę na budowie biurowców, zapominając, że pracujący w nich w ciągu dnia ludzie, po pracy będą musieli gdzieś mieszkać. Skutki takich błędnych decyzji  z lat 70-tych widać w Brukseli do dziś. 
"W Brukseli do dyspozycji jest 13 mln m2 powierzchni biurowej. To bardzo dużo dla miasta, które liczy niewiele ponad milion mieszkańców", tłumaczy mi dyrektor  Observatoire des Bureaux w Brukseli. 
Tym bardziej, że znacząca część tej powierzchni pozostaje niewykorzystana, bo gdy na stare biurowce z lat 70-tych, w których trudno zainstalować nowoczesną infrastrukturę eurokraci zaczęli kręcić nosem,  belgijscy architekci i deweloperzy wybudowali im nowe obiekty. Komisja Europejska zajmuje obecnie aż 54 budynki (822.000m2), a Parlament Europejski w samej Brukseli mieści się w 16 budynkach, o łącznej powierzchni 561.000 m2 . Do krainy biurowców w Brukseli wkrótce dołączy ponadto warta miliard euro, nowa kwatera główna NATO i kolejny budynek dla unijnych przywódców (Rada UE), na który wydano 240 mln euro z kieszeni  unijnych podatników.. "Stary budynek był dobry, gdy w Unii było 15 członków, teraz jest ich 28, dlatego praca w nim jest po prostu niewygodna", tłumaczy mi Isabelle Brusselmans z Rady UE.  
   Na nowe, oszklone siedziby Unii Europejskiej zwykli Belgowie spoglądają ze wstrętem, zwłaszcza, że zazwyczaj tuż obok nich stoją stare, puste biurowce, które od lat czekają na wynajem. "Nam też jest niewygodnie w ciasnych, starych kamienicach" mówi mi mieszkanka Brukseli. Julie od ponad roku szuka większego apartamentu dla swojej powiększającej się rodziny. Po kilkunastu miesiącach poszukiwań kobieta wciąż nie znalazła wymarzonego M4, bo choć  do wynajęcia w stolicy Europy pozostaje ponad milion metrów kwadratowych powierzchni biurowej, to mieszkań jest jak na lekarstwo. Z większości kryteriów, jakie Julie postawiła sobie rozpoczynając poszukiwania, zrezygnowała już po kilku miesiącach. Teraz Belgijka nie wyklucza nawet, że zastanowi się nad kupnem mieszkania w przerobionym biurowcu. To ostatni sposób, w jaki próbuje się rozwiązać problem mieszkaniowy w Brukseli. 
   Starym biurowcom, którymi gardzą unijni urzędnicy drugie życie zaczęli nadawać bowiem skruszeni belgijscy architekci. "Robimy z nich mieszkania, hotele, wszystko zależy od struktury budynku, czasem trzeba zmienić fasadę, czasem nie", mówi mi jeden z nich, Anders Bohlke. Zamiana na apartamenty i mieszkania jednego z budynków, położonego między bardziej nowocześniejszymi siedzibami Komisji Europejskiej, zajęła inwestorom zaledwie kilkanaście miesięcy. "Ponad 57% apartamentów jest już sprzedanych, wprowadzać będzie się można w przyszłym roku" mówi mi przedstawicielka inwestora, Vittoire.  Sęk w tym, że ceny mieszkań w starych biurowcach nadal pozostają poza zasięgiem kieszeni zwykłego Belga, bo nawet te lokale eurokraci znów sprzątają im sprzed nosa. "My nie mamy takich środków do dyspozycji, co europejscy urzędnicy, musimy cały czas we wszystkim z nimi konkurować i zawsze w tej konkurencji przegrywamy" tłumaczy mi sfrustrowana Julie. Dlatego jeśli nowi europosłowie i otaczająca ich armia urzędników liczą na ciepłe przyjęcie w Brukseli, to mogą się przeliczyć….


foto: European Parliament Audiovisual Unit


video



Offices vs. apartments in Brussels...

   As the first winners of Euro-elections with their assistants and secretaries are slowly coming to Brussels, they should not expect a very warm welcome here, especially from the Belgian citizens. Brussels inhabitants in fact are fed up with EU workers who buy out the only apartments left on the Belgian real estate market, forcing less well off Belgians to look for much poorer quality flats or even move into Brussels suburbs. The army of over 40.000 eurocrats cause a big real estate problem in Brussels not only because of its number and full pockets ready to buy even the most expensive flats, but also because of the character of their stay in the Belgian capital. Back in the 70s when it was decided that Brussels will host most of the EU institutions, Belgian urban planers and architects had already prioritized offices over the inhabitant space in the city and have finally built too many offices. What they forgot about was that people who work in the offices during the day, in the evenings need to live and sleep somewhere. And although the results of such a bad planning can still be felt nowadays, the lessons haven't been learnt at all. 
   "In Brussels there is 13 million m2 of office space, which is a lot, considering the fact that there are only around million inhabitants here", says director of the Observatoire des Bureaux in Brussels. What is worse, a big part of this space is not in use, because as the old offices from the 70s became proved  to not fit the modern infrastructure , Belgian developers and architectures rushed to build the new ones. Hence, the European Commission at the moment occupies some 54 buildings (822.000m2) and the  European Parliament in Brussels only has 16 buildings and 561.000m2.  Furthermore, Brussels office-land will soon be enlarged by the new NATO headquarters, which, by the way costed over 1 bln euro and a new building of the EU Council, "Europa" which budget so far is estimated at 240 mld euro. All that of course from our, EU tax payers money. "Old building was good, when there were 15 Eu members, now with 28 members the work in it is simply uncomfortable", explains EU Council spokesperson, Isabelle Brusselmans. 
   "We are also very uncomfortable", says Belgian citizen, Julie, who searches for a flat to buy for over a year now. After months of flat hunting, she says she gave up on most of her previous criteria, but finding any apartment still remains a big challenge. As more than one million square meters that rest available for rent in Brussels are qualified as "office space". 
   Turning this very space into flats and apartments has become the latest way of solving Brussels housing problem. "We can turn offices into apartments, hotels, etc, everything depends on the structure of the building but there is always a way", explains Anders Bohlke, Brussels expert on giving new lives to old offices. One of such buildings, currently under renovation lies just between modern EU offices. "Over 57% of the apartments are already sold. people can start to move in from next year", tells me the agent, who shows me around the new apartments made in the place of old offices. When I show the folder with flats and prices that the agent gave me to Julie, she is far from being enthusiastic about it. "You see, even these flats are too expensive for us, we don't have the same means as the eurocrats and we have to compete with them all the time, knowing that one more time we will loose against them", she explains. And that's why, new members of the European Parliament and their entourage should probably not expect a warm welcome from everyone in Brussels...




Thursday, June 26, 2014

Europosady (nie) dla Polaków...

   "Kluczem jest wschód - energia, energia - wschód", tak w skrócie polską strategię w powyborczej grze o unijne wpływy podsumowuje eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski. On sam został już wybrany na jednego z czternastu zastępców szefa Europejskiej Partii Ludowej w PE. Teraz zabiega o to, by w ramach swojej funkcji otrzymać odpowiednią tekę, która będzie sie zgadzać z najważniejszymi dla Polski interesami w Brukseli, czyli polityką energetyczną i unijną polityką zagraniczną. 
   W nowym rozdaniu Polskę interesuje fotel unijnego komisarza ds. energii lub rynku wewnętrznego dla Janusza Lewandowskiego, albo Jana Krzysztofa Bieleckiego (kandydatura Jacka Rostowskiego na to stanowisko po aferze podsłuchowej raczej nie wchodzi już w grę) i szefa komisji Parlamentu Europejskiego w tych samych obszarach dla Jerzego Buzka. To ostatnie stanowisko jest już praktycznie przesądzone na rzecz Polaka. Jeszcze kilka tygodni temu głośno było również o stanowisku  szefa unijnej dyplomacji dla Radosława Sikorskiego. Minister spraw zagranicznych już przed aferą podsłuchową wiedział chyba jednak, że nie ma sporych szans na fotel Cathrine Ashotn. Na antenie Polsat News tłumaczył bowiem, że "to nierealistyczne, bo wszyscy wiemy, że skoro wygrała Europejska Partia Ludowa, to Wysoki Przedstawiciel będzie socjalistą, a ja socjalistą nigdy nie byłem" 
   Kandydaci z Polski mają szanse na ważne fotele w Brukseli tylko, jeśli będą pasować do zawiłej unijnej układanki, w której liczy się nie tylko pochodzenie narodowe czy polityczne, ale również płeć, mocne wsparcie własnego rządu i cechy personalne. To właśnie tych ostatnich, a nie pierwszych według brukselskich komentatorów brakuje Sikorskiemu. W pewnym stopniu potwierdziły to również nagrania ujawnione przez Wprost. O swoim temperamencie i ciętym języku Sikorski nie musiał zresztą w Brukseli nikomu przypominać. Już kilka tygodni wcześniej, jak mówi dziennikarz Le Figaro spalił się we Francji. "Sikorski uznawany jest za dobrego polityka, ale jego ostatnia krytyka sprzedaży francuskich mistrali Rosji mogła mu zaszkodzić we Francji.." tłumaczy Jean Jacques Melev. 
   O tym, jak trudno zdobyć wysoką pozycje w Brukseli doskonale wiedzą szeregowi, unijni urzędnicy z Polski. W  samej Komisji Europejskiej na 33.039 pracowników, Polaków jest niewiele ponad 1400 (1437). Hiszpanów, których populacja jest zbliżona do naszej, pracuje w Komisji o 1000 więcej (2406), a Francuzów prawie dwa razy tyle, co Polaków (3212). Połowa zatrudnionych w Komisji Europejskiej Polaków to sekretarki i obsługa techniczna. Jak tłumaczy sprawujący tu najwyższe stanowisko dyrektor generalny z Polski, w unijnej karierze, samo zdanie urzędniczego egzaminu często nie wystarcza. Jan Truszczyński, który sam często decyduje o unijnym personelu mówi wprost: "swoiste poparcie ma zatem czasem miejsce ale to jest poparcie w postaci dobrego słowa...".  I właśnie brak takiego poparcia zarzucają naszym władzom polscy kandydaci na unijne stanowiska.  Polska urzędniczka w Komisji Europejskiej, Maria Głowacz nazwiskami utalentowanych, perfekcyjnych kandydatów z Polski, którym zabrakło wsparcia rządu sypie, jak z rękawa: "każdy rząd dba o swoich pracowników; w pewnym sensie istnieją tak zwane lobbowania, i my tu rzeczywiscie mamy pewne opóźnienie w tej kwestii" przyznaje Głowacz. 
   Dlatego w tym rozdaniu najważniejszych unijnych stanowisk Polacy mogą znów zostać odprawieni z kwitkiem. Jeden z polskich dyplomatów w Brukseli, na pytanie, to na co liczy Polska, kilka godzin przed unijnym szczytem odpowiedział mi: "na to, co zechcą nam dać".  Szkoda, że polska strategia jest tak mizerna, bo o tym, że warto pomagać i promować swoich w Unii świadczą działania innych europejskich rządów. One już dawno przekonały się o tym, że promowani przez nich rodacy  na unijnych stanowiskach w Brukseli dbają o to, by unijne przepisy były korzystne i zbieżne z interesami krajów, z których pochodzą. 



video





                  foto: european parliament audiovisual unit





Euro-posts (not) for Poles...

   The key is "East - energy, energy - East", this is how Polish MEP, Jacek Saryusz Wolski sums up  Polish strategy in the EU game for the EU's top jobs. He, himself has already become one of 14 EPP's vice-presidents and now tries to get an important for Poland portfolio, such as energy or foreign affairs.
   In the new EU staffing in Brussels Poland aims to get the EU comissioner for energy or internal market, or the European Parliament committee's chair in the same area. Current Polish commissioner, Janusz Lewandowski or Jan Krzysztof Bielecki is mentioned to be the candidate for the EC post, and Jerzy Buzek for the EP committee chair. The highest post in the EU hierarchy, that Poland is aiming  at  is the chair of High Representative. However, the Polish candidate for the post, Radosław Sikorski even before the so called "taping scandal" was himself doubting his chances.  "It is unrealistic, as we all know that since the EPP won the European elections and hence will take the EC chair, the post of the High Representative will probably be given to a socialist and I am not a socialist", Sikorski told Polsat News.
   Polish candidates have chances to get important EU jobs only if they match a complicated EU jigsaw, which is played during the recruitment for the top posts in Brussels. For that, they not only have to  represent an appropriate country, but also political party or sex. They also have to have a clear backing from their government and personal features needed for the job. According to some experts and commentators in Brussels its the last two criteria that finally weigh the most, and that the Polish diplomacy chef  doesn't have. And he has clearly confirmed it in the taping scandal.  The temper and sharp tounge of Sikorski though have already been known to european partners before. As Brussels' correspondent of Le Figaro confirms, Sikorski has already burnt his candidature in France few weeks ago: "Sikorski is known to be a good politician, but his recent  criticism of the French Mistrals sold to Russia, could seriously harm him in France" says Jean Jacques Melev. 
   How difficult it is to get a high rang EU post is well known to many EU functioners from Poland. As after 10 years of the EU membership in the European Commission there are only 1437 Poles. At the same time, Spain which size is comparable to that of Poland has almost 1000 more people there, and France two times as many as Poland (3212 French EC workers). Furthermore,  over a half of the Polish people working at the EC are secretaries and technical assistants. As Polish EC's Director General explains that in the EU career, passing an exam is often not enough to get a high rang EU post. Jan Truszczyński, who often chooses the EC personnel, admits that "a specifiq backing does take place here sometimes, even if it is only a good word sometimes it matters". And this "good word" is exactly what the Polish candidates are missing in their EU career. Maria Głowacz, Polish EC functioner knows many examples of talented, perfect candiates from Poland who missed their chance in Brussels only because they had no political support from the Polish government.  "Every gouvernmet takes care of its candidates, there is in a way a form of a lobbying happening here, and Poland is lagging behind in such practices" says Głowacz. 
   And that's why in the current EU top jobs recruitment the Poles may one more time finish with nothing special at all.  Just few hours before the EU summit one Polish diplomat told me that "the Polish strategy is to take whatever they propose to us". If it is a true, then it is a real shame for the Polish government to not understand something that is so widely understood and practiced by other governments across Europe. And what is a very simple rule, that people who get the EU jobs with the government backing, once in Brussels make sure that the EU regulations and policies they are working on, are beneficiary for the national authorities who helped them with their EU careers.