Tuesday, September 30, 2014

Belgia będzie uśmiercać więźniów?


   O specjalistyczną pomoc psychiatryczną albo eutanazję Frank Van de Bleeken poprosił 3 lata temu. Po 30 latach za kratami winny morderstwa i kilku przestępstw seksualnych skazaniec przyznał, że jest zbyt niebezpieczny by wyjść na wolność, a belgijskie zakłady karne nie są w stanie zapewnić mu odpowiedniej pomocy psychiatrycznej. Dlatego Frank Van Den Bleeken poprosił o transfer do holenderskiego zakładu karnego, gdzie mógłby skorzystać ze skuteczniejszej jego zdaniem terapii, albo w ostatecznym wypadku o eutanazję w Belgii. Belgijskie władze już wcześniej godziły się na uśmiercanie więźniów, ale ci zazwyczaj byli również ciężko chorzy i nie chodziło tylko o ich psychiczne cierpienie. 
   Problemy mentalne dla coraz większej liczby belgijskich lekarze stają się ostatnio wystarczające, by zgodnie z życzeniem uśmiercić swoich pacjentów. Tak było na początku 2013 roku gdy eutanazję wykonano na dwóch 45-letni braciach bliźniakach. Głuchoniemi od urodzenia mężczyźni całe życie spędzili razem. Gdy jeden z nich zaczął tracić wzrok i przez to jedyny, możliwy kontakt z bratem, obydwoje zdecydowali, że wolą umrzeć. Psychiczne cierpienie  bliźniaków zakwalifikowano w Belgii, jako wystarczający powód do pozbawienia ich życia. Podobnie będzie z pewnością w przypadku 52-letniego skazańca, bo Sąd w Brukseli wczoraj zgodził się na to, by prośbę Frank'a Van Den Bleeken rozpatrzyli lekarze, a dla tych ostatnich w Belgii eutanazja to zwyczajowy zabieg. W ubiegłym roku śmierć na życzenie otrzymało tu 1807 osób, czyli średnio dziennie odbywało się 5 eutanazji. O możliwości transferu więźnia na leczenie psychiatryczne do Holandii w Belgii mało się mówi. Za to po decyzji Sądu w Brukseli, w kolejce po eutanazję ustawiło się już kolejnych 15 więźniów. 


                                       ©European Parliament Audiovisual Unit


Sunday, September 28, 2014

Przyszli unijni komisarze na ruszcie eurodeputowanych...


   W Parlamencie Europejskim rozpoczyna się jutro wielkie grillowanie. Na ruszcie europosłowie smażyć będą kandydatów na komisarzy. I choć tzw. przesłuchania polityków, jakich do Brukseli oddelegowało 28 rządów jeszcze się nie zaczęły, to niektórych kandydatów na komisarzy już czuć spalenizną. 
   Parlament Europejski jeszcze nigdy w swojej historii nie zaakceptował od razu przedstawionego mu składu nowej Komisji Europejskiej. Europosłowie w ten sposób nie tylko pokazują, że zależy im na tym, by unijne prawo proponowali i stanowili kompetentni i uczciwy politycy, ale również wykorzystują przesłuchania, by prężyć muskuły… Pięć lata temu grillowania europosłów nie przeszła Bułgarka, Rumiana Żelewa. Eurodeputowani zarzucili jej złożenie niepełnego oświadczenia majątkowego i brak kompetencji w dziedzinie pomocy humanitarnej, jaką miała się zajmować w Komisji Europejskiej. Ówczesny przewodniczący europejskiej chadecji w PE, z której pochodziła Rumunka, Joseph Daul po jej rezygnacji tłumaczył, że Żelewa padła ofiarą bezpodstawnych ataków ze strony przeciwników politycznych. "Nasi oponenci rzucali oskarżenia bez żadnego dowodu wiedząc, że ataki personalne choćby bez żadnych podstaw, podważą jej kompetencje", mówił Daul. Winna, czy nie, spalona kandydatka z Bułgarii to przykład tego, jak bardzo gorący i nieprzewidywalny bywa europarlamentarny grill. 
   Jego temperatura tym razem może być jeszcze wyższa, niż dotychczas, bo ogień pod kilkoma kandydatami został zapalony tuż po ich nominacji. Puścić z dymem eurodeputowani chcą m.in. brytyjskiego polityka, Jonathan'a Hill'a. Nominację lorda Hill'a, byłego lobbysty i obrońcy interesów City do fotela komisarza ds. usług finansowych, czyli tych dziedzin, które od czasu kryzysu gospodarczego znalazły się na celowniku Brukseli, wielu eurodeputowanych traktuje jako niesmaczny żart, przypominający "wpuszczenie lisa do kurnika". Bo prawie nikt nie potrafi sobie wyobrazić, że liberalny, wolnorynkowy polityk, rzecznik interesów londyńskiego świata finansów, w fotelu unijnego komisarza nagle się zmieni i będzie kontynuował pracę swojego poprzednika, polegającą na zwiększaniu unijnej kontroli i regulacji w sektorze bankowym. 
   Podobne podejrzenia eurodeputowanych budzi Pierre Moscovici, francuski kandydat na komisarza ds. gospodarczych i monetarnych. Minister finansów w socjalistycznym rządzie Francois Hollande'a nigdy nie krył swojej niechęci do dyscypliny budżetowej, dlatego wielu europosłów nie wierzy w to, że w nowej roli będzie pilnował wydatków unijnych rządów. Władze w Paryżu zresztą już utwierdziły niechętnych Francuzowi europosłów w tym przekonaniu, gdy dzień po jego nominacji, zuchwale zapowiedziały, że nie zredukują swojego deficytu na czas, jaki wyznaczyła im Bruksela. 

   Na unijnym grillu poza kandydatami do najważniejszych, gospodarczych departamentów Komisji Europejkiej, spaleni mogą zostać również politycy, wskazani do ważnych dla Polski tek energetycznych. Zastrzeżenia europosłów budzi zarówno Hiszpan, Miguel Canete, który w ciągu kolejnych 5 lat miałby zajmować się polityką energetyczną, jak i Słowenka, Alenka Bratusek, która w nowej KE ma nadzorować powstającą unię energetyczną. Usmażyć tych polityków europosłowie mogą jednak nie ze względów politycznych, a raczej obyczajowych. Hiszpanowi wprawdzie początkowo wytknięto, że posiada udziały w spółkach naftowych, ale tuż po swojej nominacji miał je pośpiesznie sprzedać. Canete nie udało się jednak powstrzymać plotkarzy, którzy poinformowali eurodeputowanych o jego "wpadce" w czasie kampanii wyborczej w kraju, gdy swoją kontrkandydatkę uznał za mniej "światłą" niż on sam, z powodu płci. Taki incydent w przeczulonej na punkcie gender i równouprawnienia Brukseli traktowany jest jako olbrzymie wykroczenie i może spalić Hiszpana na unijnym ruszcie. 
   Płomienie Europarlamentu jeszcze przed właściwym grillowaniem dopadły również Alenkę Bratusek. Ogień pod byłą premier Słoweni rozpalili w Brukseli jej krajowi przeciwnicy, którzy nie tylko poinformowali unijne władze, że Bratusek sama zgłosiła się do posady w Brukseli, ale również zadbali o to, by w ręce eurodeputowanych dostał się film z święta komunizmu, na którym słoweńska premier świetnie się bawiła, śpiewając międzynarodówkę i piosenki o Unii Europejskiej jako bandzie złodziei…
   Na tle tak kontrowersyjnych kandydatów, zaproponowana na stanowisko komisarza ds. rynku wewnętrznego, przemysłu, małych i średnich przedsiębiorstw Polka wypada dość pozytywnie. Choć to wcale nie oznacza, że trzygodzinne grillowanie, w czasie którego Bieńkowska będzie musiała odpowiedzieć na ok. 45 pytań eurodeputowanych, a na każdą odpowiedź będzie miała tylko dwie minuty, pójdzie jej jak z płatka. Części eurodeputowanym nie podoba się, że w ramach swojego obszernego resortu Polka będzie zajmowała się również przemysłem farmaceutycznym, którego wrażliwości może nie znać. Podejrzenia innych budzi natomiast wyjątkowo ascetyczne oświadczenie majątkowe Bieńkowskiej, z którego wynika, że Polka jest najbiedniejszym kandydatem do unijnej posady. 


                                                                                                  ©European Parliament Audiovisual Unit



Thursday, September 11, 2014

Cwany jak polski rolnik w Brukseli...

   Komisja Europejska zawiesiła wsparcie dla rolników, bo zalały ją fałszywe wnioski o pieniądze z Polski. Do wykorzystania producenci łatwo psujących się owoców i warzyw, których eksport do Rosji uniemożliwiły sankcje, mieli 125 mln euro. O te środki rolnicy z całej Unii mogli ubiegać się na zasadzie kto pierwszy ten lepszy, wysyłając do Brukseli wnioski z wyliczonymi stratami. Takie zasady, na które początkowo Polacy kręcili nosem, obawiając się, że ubiegną ich rolnicy z innych państw, okazały się jednak niezwykle korzystne dla farmerów znad Wisły. 89% wniosków o wsparcie, jakie wpłynęły do Brukseli właśnie z Polski. Sęk w tym, że ilość wniosków nie odzwierciedla ich jakości, a do tej ostatniej Komisja Europejska ma wiele zastrzeżeń. Bruksela nie ukrywa również żalu do polskich władz za to, że nie wypełniły obowiązku dokładnej kontroli składanych przez rolników podań. Już dwa tygodnie temu, gdy polscy producenci jabłek i papryki protestowali przed Komisją Europejską, unijni dyplomacji mówili, że "polski rząd, zamiast nasyłać rolników na Brukselę, powinien po prostu pomóc im prawidłowo wypełnić wnioski, a wtedy z unijną pomocą nie będzie problemu". Rzecznik KE ds. rolnictwa, Roger Waite dziś oficjalnie już przyznał, że  choć  w ciągu ostatnich dni Komisja Europejska kilkakrotnie prosiła polskie ministerstwo rolnictwa o weryfikowanie danych dotyczących rzeczywistych strat polskich rolników, to polskie władze pozostawały głuche na apele Brukseli. 
   Tymczasem fałszerstw w polskich podaniach nie sposób nie zauważyć. Polscy producenci kapusty w swoich wnioskach o unijne wsparcie na przykład twierdzą, że starty jakie ponieśli na skutek rosyjskiego embarga są pięć razy większe niż cały roczny unijny eksport tego warzywa do Rosji... Nic dziwnego, że takie wyliczenia Polaków wzbudziły wątpliwości w Brukseli. I choć Komisja Europejska rzeczywiście zbyt skąpo potraktowała potrzeby poszkodowanych rosyjskim embargiem unijnych rolników, to przez oszustwa Polaków i przymykanie na nie oczu polskich władz, szanse na jakiekolwiek odszkodowania stracili producenci owoców i warzyw z innych państw, którzy do wniosków o pomoc chcieli podejść rzetelnie i uczciwie. 
Pieniędzy najpewniej nie dostaną zresztą również polscy oszuści, bo Bruksela ich wnioski odeśle do Warszawy, licząc na to, że polskie ministerstwo rolnictwa tym razem wywiąże się ze swoich obowiązków i zweryfikuje dane. Przy okazji oddalone mogą zostać jednak również  poprawne podania z Polski. Na nierozsądnej zagrywce polskiego ministerstwa rolnictwa najwięcej stracą zatem polscy rolnicy i to pewnie nie tylko tym razem. Bruksela jest pamiętliwa i raz zdobytej łatki oszusta, żerującego na unijnej kasie, trudno się tu pozbyć...


                                            Polscy rolnicy manifestują przed Komisją Europejską

Friday, August 29, 2014

Niezasłużone plusy Donalda Tuska, najcenniejsze w Brukseli...


   Na kilka godzin przed unijnym szczytem polski premier urasta do rangi lidera w wyścigu do fotela szefa Rady UE, choć sam cały czas twierdzi, że do Brukseli wcale mu się nie spieszy. Za Donalda Tuska unijną sztafetę już kilka miesięcy temu rozpoczęła sama Angela Merkel. Po miesiącach wysiłków "polską pałeczkę" od niemieckiej kanclerz przejął  premier Wielkiej Brytanii, a potem choć trochę od niechcenia, francuski prezydent. Do biegu na rzecz unijnego fotela dla Polaka od samego początku europejskich przywódców zagrzewały też władze w Brukseli, na czele z odchodzącym Przewodniczącym Rady UE , Herman'em Van Rompuy'em i nowym szefem Komisji Europejskiej, Jean Claude Juncker'em. 
   Czym polski premier tak bardzo ujął europejskich przywódców, że Ci zdecydowali wygrać za niego unijny wyścig o władzę? Właściwie niczym specjalnym. Większość zalet, jakie wymienia się przy kandydaturze Tuska to bynajmniej nie zasłużone, a przypadkowe plusy premiera Polski. W unijnej układance zresztą tak, jak w krajowej polityce często bardziej niż kompetencje, liczą się właśnie kryteria polityczne, geograficzne, czy personalne. 
   Donald Tusk jako przedstawiciel europejskiej centro-prawicy doskonale pasuje na stanowiska szefa Rady UE, które ma trafić w ręce polityka reprezentującego zwycięską w Eurowyborach chadecję. Z tych samych powodów, nowym szefem dyplomacji ma zostać koalicjant chadeków, czyli socjalista, a raczej socjalistka, by w ten sposób spełnić jeszcze jeden warunek: parytet. Kandydatura włoskiej minister spraw zagranicznych właściwie jest już przesądzona i dlatego właśnie przewodniczącym Rady UE nie może zostać Kristalina Georgieva. Bo choć nowy szef KE narzeka na mało kobiet w unijnych fotelach, to dwie panie na najwyższych stanowiskach w Brukseli, dla wielu europejskich przywódców byłyby nie do zaakceptowania... 
   Drugim, niezasłużonym plusem Donalda Tuska jest jego pochodzenie. Polski premier idealnie pasuje do unijnej układanki, bo reprezentuje tzw. nowe państwo Unii, w dodatku największe z tzw. nowej "10". Tusk za europejskimi sterami pozwoliłby zatem zachować równowagę geopolityczną.  
   Co więcej, zdaniem brytyjskiego premiera fakt, że Polska nie jest w strefie euro, sprawiłby również, że jej przywódca kierujący pracami "28", dbałby także o równowagę między krajami z i spoza eurolandu. I robił to w dyplomatyczny, cichy i zakulisowy sposób. W zazwyczaj spokojnym i małomównym na unijnych szczytach polskim premierze, europejscy przywódcy widzą bowiem podobieństwo do obecnego szefa Rady UE, Herman'a Van Rompuy'a. 
   Były belgijski premier przygotowując i przewodząc szczytom najwięcej pracy wkładał właśnie w zakulisowe rozmowy z unijnymi stolicami i nigdy nie chciał grać w Europie pierwszych skrzypiec. Donaldowi Tuskowi również przypisuje się takie cechy, choć nikt do końca nie jest pewien, czy w prowadzeniu negocjacji nie będą przeszkadzały mu słabe umiejętności językowe. 
   Na tle wszystkich przypadkowych, ale jednak zalet, ta raczej nieprzypadkowa wada, podobno nie stanowi jednak większego problemu. Tym bardziej, że choć Donald Tusk nie włada  ani językiem Szekspira, ani Moliera, to posługuje się językiem Angeli Merkel. A ta dla niego nie tylko zorganizowała, ale przebiegła większość wyścigu do fotela w Brukseli. Ciekawe, czego będzie oczekiwała w zamian? 


           European Council Audiovisual Service

Wednesday, August 27, 2014

Pomidory i dynie na ulicach Brukseli...

   Pomysł zakładania warzywników na rondach, skrzyżowaniach i ulicznych skwerach do Belgii przyszedł z Anglii. Pomidory, marchewkę i brokuły zamiast kwiatów na nielicznych zielonych terenach w miasteczku Todmorden zaczęli sadzić jego mieszkańcy, by w ten sposób ograniczyć tzw. ślad węglowy, czyli po prostu ilość spalin produkowanych przez samochody dostawcze, dowożące żywność do miejscowych sklepów z niejednokrotnie bardzo oddalonych miejsc. Gdy warzywne przedsięwzięcie pt. "incredible edible" ("niewiarygodnie jadalne") zaczęło zdobywać wśród mieszkańców coraz więcej zwolenników, jego pomysłodawcy postawili sobie jeszcze ambitniejszy cel, sprawić by do 2018 roku miasto stało się samowystarczalne pod względem wyżywienia. Bakcyla ulicznych upraw szybko złapały nie tylko inne brytyjskie miasta, ale również Hiszpania, Niemcy, Kanada czy Belgia. 
   W Brukseli pierwsze warzywniki powstały na Rue Pelletier, ulicy, która często służy kierowcom, jako skrót do wyjazdu z miasta na autostradę. Na niewielkich wysepkach służących do spowolnienia pojazdów mieszkańcy posadzili pomidory, cukinie, dynie, rabarbar, mięte i szczypiorek. Uprawę rozpoczęły dwie sąsiadki, ale z jej zbiorów zaczęli szybko korzystać pozostali mieszkańcy ulicy. "Nie ma dnia, by któryś z sąsiadów nie częstował się naszymi warzywami, rozchodzą się w mgnieniu oka", mówi Catherine, jedna z założycielek ulicznego warzywnika. Kilka dni wcześniej z pierwszych w tym roku zbiorów Joelle i Catherine ugotowały zupę, którą podzieliły się z pozostałymi mieszkańcami swojej ulicy. I jak zapewniają, po daniu z ulicznych warzyw nikt bynajmniej się nie pochorował. "Mnie te warzywa  smakują lepiej niż z supermarketu. Na pewno nie są bardziej zanieczyszczone, bo wielu rolników w Belgii przecież również ma swoje pola uprawne tuż przy autostradach", tłumaczy Jose, jeden z mieszkańców Rue Pelletier, zajadając się zrywanymi prosto z krzaka pomidorkami. W tym samym czasie, kilka przecznic dalej inni uliczni hodowcy warzyw właśnie dzielą się swoimi pierwszymi w tym roku zbiorami dyni. Uliczne uprawy mogą już wkrótce zmienić oblicze Brukseli.


video




Tomatoes and pumpkins on Brussels streets...

   The idea of planting vegetables on the roundabouts, cross-roads and city squares have come to Belgium from England. Tomatoes, carrots and broccolli instead of flowers on the city few green spaces were first planted by the inhabitants of Todmorden in West Yorkshire. By doing so, they wanted to cut the carbone footprint produced by food suppliers who often drive their products for hundreds of kilometers. And as the scheme "Incredible Edible" started to work out well, gaining new participants from all over the town, its creators set up an even more ambitious goal: to make Todmorden the first town in the country that is self-sufficient in food by 2018.The original idea from West Yorkshire has already got followers in some other 20 UK's towns, and cities in Spain, Germany, Canada and Belgium.  
   First vegetable gardens in Brussels were created at Rue Pelletier, a little street that is often used by drivers in Brussels to join the motorway. Tomatos, courgettes, pumpkinns and rhubab are only some veggies that the inhabitants of the street planted at its two small road islands, used to slow down cars.
The cultivations was started by two neighbours, but everyone else can help themselves to its crops.
"At the moment our vegetables are so popular that they are almost disappearing", says Catherine. A few days earlier the two neighbours made a soup out of their street veggies and then distributed it amongst other inhabitants. "Nobody fall sick", they reassure me.  "For me these vegetables actually taste better than the ones bought at supermarkets. And for sure they are not more polutted as in Belgium many agricultural fields are also next to motorways", explains another neighbour, Jose, whilst picking cherry tomatos. At the same time, a few streets away other neighbours are just enjoying their own first crops, picking up pumpkins and courgettes. Street vegetables may soon change the look of Brussels.

Wednesday, August 6, 2014

Kriek, czyli słynne, belgijskie piwo wiśniowe...

   Belgijskie browary w lecie wyglądem i zapachem przypominają trochę wytwórnie konfitur i soków. Między beczkami i kociołami warzelnymi piętrzą sie bowiem skrzynki z owocami, których Belgowie dodają do swoich słynnych złotych trunków. Najbardziej znanym belgijskim piwem o smaku owoców jest kriek. Nazwa  napoju pochodzi od flamandzkiego słowa "kriek", oznaczającego odmianę kwaśnych wiśni z północy kraju. "Wiśnie kriek mają dużo więcej aromatu i cukru, ale są też bardzo kwaśne", tłumaczy mi uprawiający je Peter Van Den Dale. Kilka razy w tygodniu, punktualnie o 8.00 rano belgijski producent owoców dowozi swoje zbiory do brukselskiego browaru Cantillon. To właśnie w tej,  liczącej ponad 100 lat warzelni na Północy Brukseli powstaje tradycyjny kriek, który nie ma nic wspólnego ze słodzonymi cukrem piwami wiśniowymi, jakie produkują duże browary przemysłowe. 
   W Cantillon wiśnie wraz z pestkami dodaje się do dwuletniego lambica. To tradycyjne belgijskie piwo produkowane ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy i chmielu powstaje w wyniku tzw. spontanicznej fermentacji, do jakiej dochodzi po zaszczepieniu brzeczki dzikimi drożdżami. Dopiero po dwóch latach leżakowania w beczkach w lambicu zanurza się wiśnie.  "Na litr piwa przypada ok. 300 gram wiśni" tłumaczy mi pracownik browaru.  Połączone w ten sposób składniki krieka przez kolejne 3 miesiące nabierają aromatu, koloru i smaku, czyli używając fachowego określenia przechodzą "macerację". A podczas gdy zgodnie z wiekową tradycją piwo fermentuje w beczkach,  przed muszkami i innymi owadami chroni je armia pająków, która, tak, jak właściciel browaru z pokolenia na pokolenia kontynuuje "piwowarską tradycję". "Staramy się kontynuować tradycję naszych ojców i dziadków nawet w najmniejszych szczegółach, właśnie dlatego pomimo popytu nie przeszliśmy na masową skalę produkcji naszego piwa", mówi mi właściciel browaru, Jean Van Roy. Browar Cantillon w 1900 roku założył jego pradziadek i przez ostatnie 100 lat, nie wiele się tu zmieniło. Nieznacznie wzrosła również produkcja złotego trunku, bo w piwnicach Cantillon mieści się zaledwie 11.000 butelek. 
   Tego ostatniego żałują trochę miłośnicy brukselskiego piwa, którzy po łyk wyśmienitego trunku ściągają do stolicy Belgii z całego świata. W browarze krieka i innych odmian lambica codziennie kosztują między innymi grupy amerykańskich turystów.  "U nas taka butelka lambica z Cantillon może kosztować nawet 100 dolarów" tłumaczą mi Amerykanie, którzy do brukselskiego browaru przyjechali z Kalifornii i Texasu. Piwo Cantillon w Stanach Zjednoczonych traktuje się bowiem, jak najlepszego szampana. Choć w smaku bliżej mu chyba do wytrawnego wina, niż do słodkich bąbelków. Kwaśny smak dominuje bowiem w krieku nawet po wtórnej fermentacji, do jakiej dochodzi po rozlaniu piwa do butelek. Zapach i smak wiśni  jest za to jak najbardziej autentyczny i wcale nie przypomina tego, pochodzącego ze sztucznych syropów dodawanych do piw owocowych, produkowanych na przemysłową skalę. Zresztą co tu więcej pisać, tradycyjnego krieka trzeba po prostu spróbować! A wyniki tegorocznego, wiśniowego warzenia będą gotowe do degustacji już w październiku. 



video













Kriek, Belgian famous, cherry beer...

   Belgian breweries in summer look and smell a little bit like jam factories, as between the barrels there are mounts of cases with fruits, that the Belgians add to their beer. The most famous fruity beer in Belgium is "kriek". The name of the drink comes from a word "kriek" which is used for sour cherries grown in the North of the country. "Kriek have much more aroma and sugar than other kinds of cherries, but at the same time they stay very sour" explains their grower, Peter Van den Dale. In the cherry season, a few times per week, punctually at 8.00 a.m., he delivers cases full of kriek to the Cantillon brewery. It is in that very brewery, in the North of Brussels, where traditional beer, including kriek has been breewed for over a hundred years now. And the cherry alcohol made there have nothing in common with the fruity beer, industrially produced by big commercial breweries. 
   At Cantillon cherries with stones are added to already a two year old lambic beer. Made of barely malt and unmated wheat lambic is a traditional beer produced by spontaneous fermentation, caused by the wild yeasts.  After two years of such a fermentation in the barrels, lambic is mixed with kriek cherries. "For one liter of beer we add 300 grams of cherries" tells me a brewery worker. Mixed ingredients for the next three months absorb its values: taste, aroma and color. 
   And whilst the beer ferment in the barrels, it is being protected from flies and insects by the army of spiders, which like the owners of the brewery, pass their duty from one generation to another. "We try to make everything in a traditional way and that's what our clients appreciate the most", explains the Cantillon owner, Jean Van Roy. And such attitude seems to work very well. The Cantillon brewery was set up by his grey grand father in 1900 and since then, not a lot has changed. 
   One significant difference can be spotted if you listen well to the languages spoken by the people who visit Cantillon, as a small beer factory in Brussels over the years have become very famous amongst tourists from all over the world. Cantillon is frequently visited particularly  by American beer lovers. "In the US for a bottle of Cantillon beer you have to pay even 100 dollars" explain tourists who travel to Cantillon from California and Texas. In the US traditional Belgian beer is as much respected and appreciated as a good champagne. Although its taste has much more in common with a dry wine, rather than with the sweet bubbles. The sour taste of kriek wins with the sugar even after the second fermentation of the beer that takes place in the bottles. But despite the sourness, thats dominates in the drink, the taste and aroma of the cherries can well be noticed. Want to try? The results of july cherry brewing should be ready to taste in October. 

Sunday, July 13, 2014

Pierwsze kroki polskich euronowicjuszy...


   Oficjalnie zaprzysiężonych w Strasburgu, zarejestrowanych w Brukseli, a nawet podzielonych na grupy polityczne i komisje parlamentarne 51 polskich europosłów ma już za sobą pierwsze doświadczenia w Parlamencie Europejskim. W tym tygodniu po raz drugi wezmą udział w sesji plenarnej, na której zostanie wybrany nowy szef Komisji europejskiej. Po pierwszych kilku tygodniach sprawowania europoselskiego mandatu, ze mną podzielili się mniej oficjalnymi spostrzeżeniami. 
   Janusz Korwin Mikke na przykład pomimo tego, że w Europarlamencie posługuje się dwoma językami obcymi: francuskim i angielskim, czego byłam świadkiem, nie potrafił uruchomić parlamentarnej maszyny do kawy…Ekspresu wprawdzie nie kopną ani nie opluł, a niezadowolony i zniechęcony nieudanymi próbami skwitował tylko: "nie ma nawet kawy, żeby mnie napoić, a mówiłem przecież, że ta Unia się rozwali z powodów finansowych". Kawę udało się wypić Markowi Jurkowi z PiS, ale nie był nią zachwycony. "Zwykła rozpuszczałka" odpowiedział, gdy zapytałam czy smakowała mu parlamentarna espresso. O tym, że w pracowitym dniu  europosła dodający siły napój jest niezbędny, przekonała się także Beata Gosiewska, choć eurodeputowana PiS nie szukała kawy, a herbaty, "ale nie znalazłam, bo tu wszyscy piją podobno kawę i jest deficyt herbaty". A stawiająca na nogi teina była europosłance bardzo potrzebna, bo jak relacjonowała: "Wstałam dzisiaj o 5-tej rano po to, żeby przylecieć z Warszawy do Brukseli. Potem była cała ta biurokracja, wypełnianie papierów i ten pracowity dzień skończymy ok. 21, więc jak na pierwszy dzień, to rzeczywiście te opowieści, że w Parlamencie Europejskim się  łatwo i przyjemnie spędza czas, nie są póki co prawdziwe". Prawdą jest natomiast, że nadgodziny można czasem odespać na sali, o czym przekonała się Julia Pitera. Świeżo upieczona eurodeputowana PO na swoim pierwszym posiedzeniu z trudem podtrzymywała powieki. "Ja dzisiaj jestem zmęczona niewątpliwie natomiast nie było czasu na odpoczynek po kampanii, bo ona przecież dopiero się skończyła" tłumaczyła Pitera. 
   A w Europarlamencie fizyczna i psychiczna sprawność zwłaszcza na początku, co zauważyli prawie wszyscy polscy euronowicjusze, bardzo się przydaje. "W momencie gdy weszłam do tej sali, gdy trzeba było od 1-6 stolika przechodzić, to się czułam jak tworzywo rzucone do obróbki na taśmie technologicznej..".  Tak proces rejestracji nowych eurodeputowanych relacjonowała Krystyna Łybacka z SLD.  W wyniku "obróbki" każdy europoseł otrzymał identyfikator, który Janusz Korwin Mikke porównał do "kolczyka, jaki świniom się wpina w uszy, a tutaj się na szyi wiesza", mówił dziennikarzom. I choć identyfikator otwiera drzwi do unijnych korytarzy, to, jak przekonali się polscy euronowicjusze,  by je poznać potrzeba prawdziwej siły w nogach. Dla byłego sportowca Bogdana Wenty nie stanowiło to problemu, a nawet było prawdziwą gratką. "Mam nadzieję, że jeszcze pobiegam tutaj trochę" mówił, gdy zatrzymałam go na jednym z korytarzy w parlamentarnym gmachu. Pokonanie kilometrów unijnych korytarzy nie wszystkim idzie jednak łatwo. "Na razie błądzę,  rzeczywiście budynek jest przepotężny i poznać topografię , geografie i ścieżki, którymi się trzeba poruszać to jest bardzo trudna sprawa.." przyznał Janusz Piecha  z PiS. Jeszcze trudniejsza, gdy ulice wokół Europarlamentu poznaje się w deszczu, jaki przywitał eurodeputowanych w Brukseli. "Ponoć to jest tak cały czas, że pada, wcześniej też padało i będzie padać i tak jest ciągle, trzeba  jakąś lampę sobie kupić rozświetlającą do domu, żeby nie dostać depresji, ja na przykład bardzo źle reaguje na tak mało słońca, ale wracam do Polski na weekend " już pociesza się Agnieszka Kozłowska Rajewicz z PO. Bo niektórym nowym europosłom z Polski wystarczyło kilka godzin w Brukseli, by zatęsknić za Warszawą… 




 © European Parliament Audiovisual Unit


video
 ©All rights reserved: Polsat TV Sp.Z.O.O.