Wednesday, December 17, 2014

"Lajtowy", pierwszy szczyt Euro-Tuska...

   "Ludzie, którzy przygotowali te dokumenty chyba nie wiedzą, że Europa od lat jest w kryzysie" - tak z agendy, jaką na swój pierwszy szczyt opracował Donald Tusk na kilkanaście godzin przed jego rozpoczęciem kpił szef liberałów, byly belgijski premier, Guy Verhofstadt. Uważnie dobierając słowa w swojej miażdżącej krytyce, Verhofstadt utwierdził jednocześnie w przekonaniu wszystkich tych, którzy obawiali się, że Polak w unijnym fotelu nie będzie potrafił rozwiązywać gospodarczych problemów Europy. Idąc śladem słabo przygotowanych dokumentów na szczyt, polski Przewodniczący Rady może zresztą nie tylko zaniedbywać sprawy gospodarcze Unii, ale również ze strachu przed oskarżeniami o wrodzoną rusofobię, postawić krzyżyk na konflikcie ukraińskim. W dokumencie przygotowanym na szczyt o Ukrainie są bowiem dosłownie dwa nie wnoszące nic nowego akapity. Donald Tusk zrezygnował też z zaproszenia na szczyt Prezydenta Poroszenki, choć jego belgijski poprzednik robił to dwukrotnie. "Ten szczyt będzie jak cola w wersji light, żeby nie powiedzieć zerowej" "tak przygotowany szkic wniosków końcowych podsumował Verhofstadt. 
   Unijni dyplomaci z otoczenia Tuska bronią szefa, tłumacząc, że spotkanie przywódców na szczycie specjalnie zwołano w okrojonej wersji, by uskutecznić jego przebieg i wprowadzić w ten sposób potrzebne zmiany. Jeśli nikt nie zgłosi sprzeciwu wobec zapisów, jakie przygotował nowy Przewodniczący, co jest możliwe, bo paragrafów jest tak mało, że trudno w nich szukać kontrowersji, to nowy gospodarz może nawet zakończyć szczyt po kilku godzinach obrad.  A wtedy będzie można mówić już o prawdziwym nowym porządku, jaki zaprowadza w Brukseli Polak. 
   Sęk w tym, że pierwsze dla Tuska w nowej roli spotkanie unijnych przywódców  może nie być dobrym momentem na takie rewolucyjne zmiany, zwłaszcza, że obowiązek czterech do roku, dwudniowych szczytów UE jest jasno określony i zapisany w unijnych traktatach... Chcąc pokazać swoją skuteczność, były polski premier może więc w Brukseli wyjść na lekkoducha, który nie przywiązuje do unijnych problemów, wyzwań, czy zwykłych zasad wystarczającej wagi. Premiera Ewy Kopacz na unijnych salonach w ubiegłym miesiącu była więc chyba bardziej udana, choć i dużo łatwiejsza, bo oczekiwania wobec Premier Polski były dużo mniejsze niż wobec polskiego Prezydenta Europy...

Debiut Euro-Tuska na szczycie: 

video


Guy Verhostadt o dokumentach przygotowanych na szczyt: 

video


A tak, na swoim pierwszym, unijnym szczycie wypadła Ewa Kopacz: 

video





Saturday, December 13, 2014

Belgijsko-francuska wojna o frytki...

   O pochodzenie frytek Belgowie i Francuzi kłócą sie od lat. Według tych pierwszych pokrojone w podłużne kawałki o gubości ok. 1 cm, smażone ziemniaki po raz pierwszy  pojawiły się w Namur na południu Belgii już w XVII wieku. Legenda głosi, że w czasie jedenj ze srogich zim, która uniemożliwiła połowy ryb, zamiast smażonych szczupaków czy pstrągów mieszkańcy miasta na wrzący tłuszcz zaczęli wrzucać małe kawałki ziemniaków. 
Belgijska przekąska miała następnie wyjątkowo posmakować amerykańskim żołnierzom, stacjonującym w czasie I wojny światowej w francuskojęzycznej Walonii na południu kraju. I to Amerykanie "niestety" sugerując się językiem używanym przez miejscowych kucharzy, nazwali frytki "french fries", czyli "francuskie smażonki". Tak przynajmniej brzmi zawiła, belgijska wersja historii frytek. 
   Francuzi do legendy o smażonych ziemniakach nie przywiązują większej wagi, wskazując po porstu, że skoro przysmak nazywa się "french fries", to znaczy, że powstał właśnie nad Sekwaną i miał być jedzony już w czasie wielkiej rewolucji.
   Ale frytkowe różnice między Francuzami a Belgami nie dotyczą tylko pochodzenia smażonych ziemniaków. O ile we Francji frytki to zazwyczaj tylko część dania, które wraz z mięsem i warzywami je się widelcem i nożem z talerza, o tyle w Belgii często smażone na zwierzęcym tłuszczu, polane majonezem frytki serwuje się w papierowych rożkach. 
   W przygotowaniu takiego przysmaku w kraju specjalizuje się zresztą ponad 5000 smażalni frytek, które dziennie do tego celu zużywają 130.000 kg ziemniaków. "Fritkot", czyli smażalnia frytek, to obok kościoła, czy piekarni podstawowa część zabudowy każdego belgijskiego miasta. Pierwszy tydzień grudnia obchodzony jest ponadto w kraju jako "tydzień frytek", w czasie którego w konkursach organizowanych przez belgijskie media można wygrać przyczepę ze smażalnią, która na jeden dzień ustawi sie pod domem zwycięzcy i zaspokoi frytkowe zachcianki jego rodziny i znajomych.
   To właśnie z tych powodów zdaniem Belgów ich poparta szeregiem przykładów i dowodów tradycja smażenia i jedzenia frytek zasługuje na wpis na listę światowego dziedzictwa kulturowego Unesco. Prośbę o takie uznanie Belgowie zgłosili już w ubiegłym roku. Chęć dołączenia do belgijskich starań o tytuł Unesco od razu wyrazili jednak mieszkańcy północnej Francji. Minister rolnictwa Walonii dyplomatycznie zgodził się, by obydwa kraje wspólnie starały sie o wyróżnienie, pod jednym warunkiem, że będzie ono opatrzone dopiskiem "Najlepsze na świecie są belgijskie frytki"...

video




Friday, December 12, 2014

Żubrówka ocalona w unijnym sądzie ?

   Słynnego źdźbła polski alkohol chciała pozbawić szwajcarska firma Underberg AG, która już w 1996 roku zgłosiła w unijnym Urzędzie Harmonizacji Rynku Wewnętrznego taki właśnie trójwymiarowy znak towarowy dla swoich wysokoprocentowych napojów alkoholowych. Ówczesny producent żubrówki, Polmos Białystok, obecnie wchodzący w skład CEDC International sprzeciwił się przyznaniu Szwajcarom wyłączności na używanie trawy w butelce jako znaku towarowego, tłumacząc, że sam równiez posługuje się takim symbolem. Unijny Urząd Harmonizacji Rynku Wewnętrznego oddalił jednak sprzeciw Polaków. 
  Producenci słynnej żubrówki nie dali za wygraną i decyzję unijnych urzędników zaskarżyli do Trybunału w Luksemburgu. Trwająca ponad 18 lat batalia wczoraj przyniosła Polakom pierwsze pozytywne skutki. Sędziowie w Luksemburgu decyzję faworyzującą Szwajcarów uznali za niesłuszną. A to oznacza, że przyszłość słynnego źdźbła w polskiej wódce jest jaśniejsza niż się wydawało, choć znając unijne procedury na ostateczny wyrok w tej sprawie pewnie przyjdzie poczekać kolejnych kilka lat. 
  Problemy żubrówki powinny być sygnałem ostrzegawczym dla polskich przedsiębiorców, by nie lekceważyć zasad wspólnego rynku i rejestrować swoje znaki towarowe, zanim inna europejska firma świadomie lub nie, postanowi zarezerwować dla siebie rozpoznawalne i lubiane w Polsce logo.



 
©CEDC International

Sunday, December 7, 2014

Mustangi podbiły Brukselę...

   Po ubiegłorocznej wystawie Porsche, brukselskie muzeum samochodów "Autoworld" znów wypełniają tłumy. Miłośnicy luksusowych, czterech kółek tym razem podziwiać mogą Fordy Mustangi. Wystawę kultowych samochodów zza oceanu zorganizowano w związku z 50-leciem powstania legendarnego auta. 
   Pierwszego Mustanga wyprodukowano w kwietniu 1964 roku. Dziś warty miliony samochód, pół wieku temu kosztował tylko 2000 dolarów. "Własnie dlatego cieszyły się taka popularnością, bo były stosunkowo tanie i w związku z tym pozwolić mogli sobie na nie nawet młodzi Amerykanie", mówi mi dyrektor Autoworld, Sebastien de Baere. Młodym nabywcom Mustangów podobała się również sylwetka samochodu. Charakterystyczny wydłużony przód i atrakcyjna karoseria do dziś zresztą zachwycają fanów kultowego auta. Do legendy Mustanga w dużej mierze przyczyniło się samo Hollywod, wykorzystując samochód w swoich kasowych produkcjach.  Na wystawie w Brukseli podziwiać można zarówno model, którym Steve McQueen uczestniczył w słynnym wyścigu, jak i Mustanga, którym Nicolas Cage kradł samochody w 60 sekund. Panie mogą natomiast na chwilę poczuć się dziewczynami Jamesa Bonda, wsiadając do auta, którym w Goldfinger jeździła kochanka słynnego szpiega. 
Swoją nazwę legendarny samochód miało otrzymać od słynnych amerykańskich samolotów myśliwskich z okresu II wojny światowej i jak tłumaczy dyrektor Autoworld "tych nawiązań do samolotów w budowie auta jest bardzo wiele, wystarczy spojerzeć na charakterystyczne wentylatory". "Konia przebierającego nogami w oczekiwaniu na poranny bieg", jak pół wieku temu o Mustangu pisał tygodnik Time, wbrew pozorom łatwo było jednak prześcignąć. Jedynym szybkim modelem Mustanga był Shelby. Pozostałe wersje nie należały do szybkich samochodów, "zostały raczej stworzone do swobodnego podróżowania po autostradach, lub legendarną trasą 66 w Ameryce", mówi de Baere. Na wystawie w Brukseli nie może również zabraknąć najnowszej, szóstej generacji Mustanga. W samochodzie stworzonym na 50 urodziny marki po niedociągnięciach protoplastów nie zostało ani śladu, za to niestety znacząco zmieniła się jego cena... 


video














Saturday, December 6, 2014

Doszlifowany angielski, skomplikowany układ krzeseł i jelita ze stali, czyli pierwszy tydzień Tuska w Brukseli...

   Mija pierwszy tydzień Donalda Tuska w fotelu szefa Rady Europejskiej. Po oficjalnym przejęciu władzy, które odbyło bez zbędnej pompy czy fajerwerków, nowy unijny przywódca, wzorem swojego poprzednika rozpoczął codzienne, często żmudne obowiązki reprezentanta i administratora Rady Europejskiej, które w atrakcyjny sposób próbuje sprzedać podległy mu serwis prasowy. W ciągu pierwszych pięciu dni urzędowania Donald Tusk przyjął w swoim nowym gabinecie szefa Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, spotkał się z przywódcą Afganistanu i odwiedzającymi Brukselę politykami z Łotwy i Finlandii. Gości przyjmował w dość "swobodny" sposób - podkreślają obserwujący wizyty dziennikarze, którzy nie zauważyli u Tuska tremy unijnego nowicjusza, ani wyczekiwanych problemów językowych (warte 100.000 zł korepetycje z języka angielskiego, za które zapłacili polscy podatnicy przyniosły efekty), choć czasem wciąż myliły mu się zasady unijnego protokołu dyplomatycznego, gdy np. sadzał odwiedzających w złych miejscach. Zagraniczni dziennikarze za złe mają mu jednak przede wszystkim brak konferencji prasowej na rozpoczęcie mandatu. Współpracownicy Tuska bronią nowego szefa wskazując, że pięć lat temu Herman Van Rompuy również nie organizował specjalnego spotkania z dziennikarzami, ale w przeciwieństwie do Tuska też takiego nie obiecał. 
   Oczekiwania wobec polskiego premiera są ponadto dużo większe, niż wobec jego belgijskiego poprzednika. Mimo tego Donald Tusk na razie woli tylko naśladować Van Rompuy'a, dlatego oficjalne oświadczenie po spotkaniu z szefem NATO zamiast z głowy, odczytał z kartki. Za to w piątek, który wśród eurokratów traktowany jest jako dzień "poluzowanego krawata",  polski szef, ubrany zgodnie z "dress codem" w lichy sweterek, postanowił zjeść obiad w unijnej stołówce. Ten gest "bratającego się z podwładnymi przywódcy",  unijne służby prasowe Tuska oczywiście uwieczniły na twitterze. Jeden z eurokratów twitujący jako "captain europa" obiad Polaka w unijnej kantynie, której dania niejednego urzędnika i korespondenta (!) przyprawiły o rewolucje żołądkowe, uspokoił że "Tusk wychowany jest przecież na kuchni czasów Jaruzelskiego, dlatego na pewno jelita ma ze stali". Choć w pracy, która polega przede wszystkim na godzeniu często skłóconych unijnych stolic, bardziej niż jelita przydałyby mu się stalowe nerwy. 


video
                                                  Wydarzenia Polsatu, 29.12.2014


video
                                                      Wydarzenia Polsatu, 1.12.2014







Polished English, complicated EU protocol and intestines from steel - highlights of Tusk's first week  in Brussels...

   The first week of Donald Tusk in the chair of the EU Council President is coming to an end. After official passing of power, which happened without fireworks, the new EU leader from Poland has started his new, daily and sometimes boring EU duties, representing and administrating works of the EU Council. During the first five days Donald Tusk met with the chefs of the EU Commission, European Parliament, Nato and greeted visiting Brussels politicians from Afghanistan, Latvia and Finland.  He was at ease when welcoming the guests in his new role, admit journalists, who watched the visits. No signs of the newcomer's stress or attended language problems were noticed (so the 100,000 PLN of Polish tax payers money spent on Tusk English classes paid off), but former Polish PM was struggling a bit with the EU diplomatic protocol, putting his guests in wrong seats. 
EU corespondents also criticise him for not organising a press conference at the start of his mandate. And although Tusk's people in Brussels points out that there was also no conference organised by Van Rompuy when he took the job five years ago, the Polish EU President though has officially promised to make one, when he was elected. 
   Tusk is also raising more expectations than his Belgian predecessor. But despite that, so far he prefers  to only copy Herman Van Rompuy and that's why, like Van Rompuy, he didn't orate but read out his official statement after the visit of Nato Secretary General. 
On Friday though, which for many eurocrats is "a day without tie"the  Polish EU Council chef happily followed the special dress code and went even further than that. Dressed in a downmarket jumper he ate his lunch at the Council cantine, despite its reputation of causing stomach revolutions amongst EU workers and correspondents (!). The photo of this gesture of "a leader fraternizing with his subordinates" was then published on twitter by his press service. One of twitter users, known as "captain Europe" reacted to Tusk brave culinary experience: "The food can't be much worse than it was in Jaruzelski's Poland. Tusk must have intestines of steel". 
One is certain, to be efficient in his new job that requires making deals between often divided EU states, new EU leader from Poland does not only have to have intestines but also nerves made of steel.  


Monday, November 3, 2014

Więzienie za uliczny podryw w Brukseli...

   Dziś mijają dokładnie 3 miesiące od kiedy w Brukseli zaczęło obowiązywać prawo przeciwko seksizmowi. Zgodnie z nowymi przepisami tzw. ulicznym podrywaczom grozi nawet rok więzienia, albo 1000 euro grzywny.  Władze  w Brukseli, jako pierwsze w Europie w ten sposób chcą walczyć z seksizmem, w czym dopingują ich obrońcy praw kobiet i równouprawnienia płci. "To prawo jest absolutnie konieczne w Belgii i innych krajach. Tylko tak możemy zacząć walczyć o pełne prawa kobiet" mówi mi Michel Pateel z Instytutu Równouprawnienia w Brukseli.
   Prawo, które sankcjonuje seksistowskie komenatrze w miejscach publicznych wprowadzono po tym, jak belgijska dziennikarka ukrytą kamerą sfilmowała zwykły spacer po Brukseli i towarzyszące mu niewybredne komentarze, a nawet seksualne propozycje, czyli problem, z jakim zmaga się wiele mieszkanek Brukseli. "To zdarza się cały czas i jest przykre", mówi mi jedna z nich. "Nie wolno tego ignorować, bo naprawde czujemy się poniżane", dodaje druga.
   Choć surowe, bo za końskie zaloty w Belgii można nawet trafić na rok do więzienia, albo zapłacić 1000euro grzywny, nowe prawo trudno jednak wyegzekwować. Po prawie 3 miesiącach obowiązywania, mandatami od 50-250 euro ukarano jedynie 18 prześladowców, choć na słowną agresję na belgijskich ulicach zdążyło poskarżyć się już ponad 2 mln osób. "Zazwyczaj po prostu brakuje świadków zdarzenia", tłumaczy mi Bertrand de Buisseret ze Straży Miejskiej w dzielnicy Ixelles w Brukseli.
   Trudna jest też definicja przestępstwa. Zdaniem obrońców praw kobiet ukaranym można być już bowiem za komentarz "ładne nogi". "Jeśli kobieta poczuje się nim poniżona, to sędzia może uznać to za złamanie prawa", mówi Michel Pasteel. I właśnie taka, szeroka interpretacja przeszkadza środowiskom konserwatywnym w Belgii. Dlatego rektor Katolickiego Uniwersytetu w Leuven prawo zwalczające seksizm uważa za absurd. "W takich kategoriach mężczyznę otwierającego kobiecie drzwi wkrótce też będziemy traktować za szowinistyczną świnię, która demonstruje swoją przewagę" mówi mi Rik Torfs. Rektorowi wtórują mieszkający w Brukseli polscy eurposłowie, którzy słyszeli o nowym belgijskim prawie. "Myślę, że tego typu prawo może być wykorzystywane do gnębienia facetów i to jeszcze jak udowodnic, że facet chciał powiedzieć komplement a rzekomo przekroczył jakąś granicę.." tłumaczy Ryszrad Czarnecki z PiS.  W skuteczność legislacji powątpiewa również, eurodeputowany SLD, Janusz Zemke. "Na nagminne zachowania trzeba zacząć reagować, gdyby to był jakiś mandat, uszczerbek finansowy, to może część osób zaczęłaby się gryźć w język, ale więzienie to przesada".  Zdaniem polskich europosłów raczej nie ma też, co liczyć na to, że prawo przeciwko seksizmowi wkrótce zacznie obowiązywać w Polsce.  "Jeszcze dużo wody upłynie w Wiśle", mówi Zemke,  zanim takie rozwiązania pojawią się u nas. "Szkoda" odpowiadają obrońcy praw kobiet, bo belgijskie prawo choć z niedociągnięciami, jest przynajmniej próbą walki o godność kobiet. Taką próbę zazwyczaj jednak łatwiej skrytykować, niż się jej podjąć . 





video


Prison for sexual harrasment on Brussels' streets...

   It has been exactly 3 months today since the new law against sexism in public space has entered into force in Belgium. According to new regulations "street seducers" can even be sent to prison or fined up to 1000 euro. Belgium authorities are the first one in Europe to introduce this kind of law, for which they are widely praised by women rights defenders across the continent. "This law is essential to properly fight for women rights and gender equality" explains Michel Pateel from Brussels Institute for Eguality of Men and Women. 
   The anti-sexism law has been prompted by discoveries made by Belgian undercover journalist. During her walk across Brussels she record sexist comments and even sexual propositions from men passing her on the streets of Belgian capital. Her "discovery" encouraged other Belgian women to speak out loud about the problem, so far only known to a part of society.  "It happens all the time and it's very humiliating" tells me one Brussels living girl when I asked her for street harrasement. "This problem should not be swept under the carpet because it is really touching many women in Brussels" confesses another one. 
   But despite the fact that the fines for the cumbersome street flirting are very heavy, the "street adorers" may even be sent to prison or punished with a 1000 euro fine, the punishements are hardly ever executed. After 3 months of existance, and some 2 mln official complaints made by women, only 18 people were oficially charged with street harrasment and had to pay fines from 50-250 euro. "The problem is that usually there are no witnesses of the crime" says Bertrand Bertrand de Buisseret, sancionateur d'Ixelles in Brussels.
   Furthermore, definition of the crime is also not clear enough. According to women rights defenders, a comment "nice legs!" can already be treated as a breach of law. "If a woman feels humiliated by that, the judge should decide that the law was broken", says Michel Pasteel. But such a wide interpretation of the new regulations is the main reason for growing criticism of the anti-sexism law in the conservative circles of Belgian society. Rector of Catholic University in Leuven conciders the new law as a pure absurd. "If we start to think in such categories, then even a man who opens doors for women will be treated as a chauvinist pig, who demonstrates his supremacy", explains Rik Torfs. 
 His opinion is shared by Polish members of the European Parliament who live in Brussels and hence have heard abot the new Belgian law. "I think that this kind of law can actually be used against men who sometimes want to say compliemnets to women and now they will be accused of breaking the law", says Ryszard Czarnecki from Law and Justice Party. Janusz Zemke, Polish socialist MEP doubts in effectiveness of the Belgian anti-sexism bill. "Of course we should react to street harrassement but I think that the financial fines should probably be enough, prison is exageration". Both Polish MEPs agree that the Belgian law will not arrive in Poland soon.  "It's a shame" reply women right defenders, because despite its shortcomings Belgian law against sexism is at least an attempt to fight for women dignity and rights. Whereas in Poland, like in many other European states, it's still easier to criticise it, rather than work on its weaknesses and implement it for the sake of women rights, if not just a respect... 




Thursday, October 30, 2014

Bruksela Tuska...

   Donald Tusk uczestniczy dziś w pożegnalno - powitalnym spotkaniu w Komisji Europejskiej, bo bieżący tydzień jest ostatnim w roli szefa Komisji Europejskiej dla Jose Manuela Barroso. Przewodniczący Rady UE, Herman Van Rompuy będzię urzędował w Brukseli wprawdzie jeszcze przez miesiąc, ale Belg też po mału pakuje już swoje manatki i robi miejsce swojemu następcy z Polski. A co czeka Donalda Tuska w Brukseli? 
  Biuro Hermana Van Rompuya, to skromny, niemalże surowy pokój, z jedną szafką i biurkiem na którym bynajmniej nie kłębią się unijne dokumenty, a książki, w tym tomy poezji "haiku", której belgijski Przewodniczący Rady jest gorącym zwolennikiem. Kopie przemówień i projektów unijnych przepisów łatwiej znaleźć na biurkach sekretarek i pomocników Van Rompuya. To grupa w sumie 40 osób, wchodzących w skład 5 sekretariatów, w tym aż 4 rzeczników. Jeśli jego następca, Donald Tusk zażyczy sobie więcej asystentów, to pewnie ich dostanie, bo nie ma regulacji dotyczących liczby ludzi, jaką może zatrudnić szef Rady. 
   Jest natomiast budżet do dyspozycji dla jego gabinetu, ale jego wartości nikt w Radzie nie chce ujawnić. Według dziennikarzy brytyjskiego Guardian'a koszty biura odchodzącego przewodniczącego wynosiły ok. 20 mln euro, z czego 4 mln euro stanowiły wydatki na podróże. I nie chodzi tu bynajmniej o prywatne wyjazdy Van Rompuy'a do ojczyzyny, bo po pierwsze belgijski polityk w Brukseli był jak najbardziej u siebie, a po drugie, jak tłumaczy mi Preben Aamann z gabinetu Van Rompuya "Rada nie finansuje prywatnych wyjazdów, dlatego jeśli Donald Tusk będzie chciał wracać na weekend do Sopotu, to będzie musiał sam płacić sobie za takie podróże"
   Donald Tusk w Brukseli będzie musiał również sam znaleźć i opłacić sobie mieszkanie. "To nie Stany Zjednocznone, nie mamy Białego Domu, w którym mógłby zamieszkać Prezydent", tłumaczy Isabelle Brusselsman z Rady UE. Na mieszkanie Donald Tusk będzie otrzymywał jednak z budżetu Rady specjalny dodatek, rzędu 50 tys. euro rocznie. Jego dochody w Brukseli w porównaniu do pensji w Polsce wzrosną ponadto sześciokrotnie, z 230 tys. złotych do 1,250,000, czyli ponad 105,000 zł miesięcznie, jako szefa Rady. Do tego dojdzie prawo do unijnej emerytury. Obecny szef Rady, Herman van Rompuy ma jej dostawać ponad 20.000 zł miesięcznie. 
   Za takie wynagrodzenie jako Przewodniczący Rady Europejskiej Tusk będzie przygotowywał unijne szczyty, współpracował z Komisją i Parlamentem Europejskim, odwiedzał wszystkie 28 unijnych stolic i brał udział w szczytach Unia-Stany Zjednoczone, Chiny, czy Rosja. Jeśli zechce, przemówienia na wszystkie te wydarzenia będzie mu przygotowywał zatrudniony w tym celu człowiek. "Speechwriter" Hermana Van Rompuya, Luc przekonuje, że "choć szef Rady nie ma wielkich kompetencji, to często właśnie swoimi słowami może wpływać na politykę".
   W Brukseli do dyspozycji Donald Tusk będzie miał również szoferów, kamerdynerów i ochroniarzy. A od przyszłego roku także wartą ponad 330 mln euro nową siedzibę Rady. Do nowoczesnego budynku polski Przewodniczący oczywiście przeniesie się z całą swoją świtą. Choć tej wcale nie będzie mógł rano mówić "dzień dobry". W jego gabinecie zgodnie z unijnymi wymogami będzie mogło pracować jedynie kliku urzędników z Polski. Już wiadomo, że Tusk do Brukseli zabiera ze sobą byłego ministra ds. europejskich Piotra Serafina i rzecznika rządu Pawła Grasia. W jego gabinecie ma pracować m.in. Estonka, Francuz, Luksemburczyk, a rzecznikiem prasowym będzie Duńczyk Preben Aamann.
   Dlatego, choć Donald Tusk będzie znacznie lepiej zarabiał i pracował w znacznie lepszych warunkach, to na ręce będzie mu patrzeć znacznie więcej krytyków. Jeśli chce by tak jak Hermanowi van Rompuy'owi i jemu kadencję przedłużono z dwóch i pół do pięciu lat - będzie musiał naprawdę się napracować.









Video kalendarium wyboru Tuska na szefa Rady UE: 

30.08.2014

video


31.08.2014

video

01.09.2014

video



Brussels of Tusk...

   Donald Tusk is attending a farewell party at the European Commission today, as this week is the last one for Jose Manuel Barroso at the EC chair. The Council President, Herman Van Rompuy will still work for another month but Belgian EU leader is also already preparing to give his office to Donald Tusk. So what the former Polish PM will inherit from his Belgian predecessor? 
   The office of Herman Van Rompuy is a very ascetic, simple place with just a few shelves and a desk, where one can find classical literature and haiku poems rather than EU documents.  Official speeches and drafts of EU legislation pill up on desks of his advisors and assistants though. This team during the last 5 years consisted of some 40 people, grouped in 5 secretaries. But if Donald Tusk will ask for more staff, his demand will most likely be fulfilled, as in fact there is no particular regulation about the number of people working in the EU Council President cabinet.
   The number of staff however can be restricted by the budget which on the contrary is clearly defined, although the exact amount of it is not officially revealed. According to the Guardian journalists the leaving President Van Rompuy's spendings were around 20 bln euro, out of which 4 bln were traveling costs only. And we are strictly talking about professional, not private voyages, as Belgian EU chef didn't have to go abroad to see his family.  The new one will most probably do it but the Council authorities already warn him against using EU tax payers money for this purpose. "If Donald Tusk will want to visit Poland for private reasons, come back to his family in Sopot for the weekend for example, then he will have to pay for such journeys from his own pocket", explains Preben Aamann from Van Rompuy's office.
   Donald Tusk will also have to find and pay for his own accommodation in Brussels. "We are not United Stets of America, there is no white house for our President here", explains Isabelle Brusselsman from the EU Council. For accommodation expenses though Donald Tusk will be given extra money,  around 50.000 euro yearly. His incomes in general will grow six times, from 230.000 zlotys as a Polish PM to the equivalent of 1,250,000 zlotys as the Council President, so around 105,000 zlotys monthly. He will also be entitled to the EU pension. Herman Van Rompuy will be getting the equivalent of some 20.000 zlotys pension per month.
   For such a salary as the President of the EU Council Tusk will be preparing EU summits, closely cooperating with the European Commission and the European Parliament, pay constant visits to 28 EU countries and participate in EU summits with third countries. If he will like, all his speeches for these events will be written by a speechwriter. The one working for Van Rompuy, Luc admits that "despite the fact that the Council head doesn't have big competences, he can often influence the politicians with his words". 
   Donald Tusk in Brussels will also have at his disposal the army of butlers, drivers and security men. And next year he will also enjoy new office in the currently constructed for some 330 bln euro new EU Council headquarters. He will certainly move in there with all his "court", but he will not be able to say "dzień dobry"/ "good morning" in Polish language to his people. As according to EU rules, only couple of Poles will be allowed to work in his cabinet.  And most probably this post will be taken by Poland's ex european affairs minister, Piotr Serafin, and Donald Tusk's ex spokesperson, Paweł Graś. In his cabinet Tusk will most probably work with officials from Estonia, Luxembourg and France, and his spokesperson will be a Dane, Preben Aamann. 
   In a nutshel, even if Donald Tusk in the EU Council chair will earn much more and work in much better conditions, he will also be much more controlled and criticized for his mistakes, at least at the beginning. If his ambition is to pre-long his term for another 2,5 years, as in case of Van Rompuy, he will indeed have to work hard for it.